Rozmowa o Bożym Narodzeniu z o. Szczepanem

Z ojcem Szczepanem Praśkiewiczem, duchownym pochodzącym z Kielecczyzny, który pracuje też w Watykanie – jest konsultorem Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, Dorota Kułaga z redakcji gazety „Echo Dnia” (Kielce) rozmawia o istocie Bożego Narodzenia, wyjątkowych świętach za granicą i w domu rodzinnym, słabości do pierogów, makowca i kompotu z suszu.


Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Czy nie zauważył ojciec, że ostatnio w wirze pracy, codziennego zabiegania czasem zapominamy o istocie tych wyjątkowych dni?

Tak, w naszym codziennym życiu w dzisiejszych czasach jesteśmy bardzo zagonieni, ludzie ciągle za czymś pędzą, a gdy zbliżają się święta, pośpiech ten staje się jeszcze większy, rytm życia staje się bardzo napięty. Ulegamy niejako modzie tego świata, który próbuje to wielkie święto Bożego Narodzenia jedynie skomercjalizować, spłycić do wymiaru li tylko zewnętrznego, do podarunków i świecidełek. Skoro tylko minie uroczystość Wszystkich Świętych, która dla niektórych staje się ostatnio „Halloweenem”, wystawy sklepów, a zwłaszcza supermarketów pełne są reklam i podarunków świątecznych, tzw. „gwiazdkowych”. I cała uwaga skupia się na nich, a zapominamy o tym, co jest najistotniejsze, to jest o tym, że prawdziwą świąteczną radość przynosi nam Pan Jezus, rodzący się w żłóbku.

Jak więc dobrze przeżyć Boże Narodzenie?

No właśnie, mówiąc najprościej – to spotkać się z Jezusem! Uczynić wszystko, by zrodził się On w naszych sercach. Bo tylko On daje prawdziwą radość! A podarunki, świecidełka, cała ta świąteczna otoczka, której zauważamy nawet pewien przesyt to tylko zewnętrzne oznaki owej wewnętrznej, duchowej radości, płynącej z faktu, że Bóg stał się człowiekiem, czyli jednym z nas, że wszedł w sposób rzeczywisty w życie człowieka, że – jak napisał w swej encyklice „Redemptor Hominis” święty Jan Paweł II – zjednoczył się z człowiekiem – każdym bez wyjątku, aby go odkupić. I to jest zasadniczy motyw bożonarodzeniowej radości, co skądinąd w swej mowie na Boże Narodzenie przypominał już papież Leon Wielki (zm. 461), mówiąc: „Poznaj chrześcijaninie godność twoją! Przez wcielenie Syna Bożego zostałeś w Nim usynowiony, przez Jego narodzenie stałeś się uczestnikiem boskiej natury”. Jakaż tutaj jest głębia, jakże głębokie podejście wiary, jakie zaproszenie do adorującego przeżywania tajemnicy Bożego Narodzenia. Tak je przeżywali wielcy święci i tak je przeżywali nasi praojcowie. W jakimś sensie uobecnia ich nasz wieszcz narodowy Adam Mickiewicz, który zesłany na Krym, pozbawiony wszelkich zewnętrznych oznak świętowania Bożego Narodzenia, w noc wigilijną przeniknął do głębi jego misterium i napisał pamiętne słowa: „Grom, błyskawica, stań się, stało, Matką – Dziewica; Bóg – ciało!”. Nas dobry Bóg nie pozbawia zewnętrznych oznak bożonarodzeniowej radości. Co więcej, mamy nawet ich przesyt, mamy szopkę, choinki, karpia i makowiec… Ale równocześnie Pan Bóg pragnie, byśmy nie zatrzymali się tylko na tych zewnętrznych oznakach święta, lecz byśmy przeniknęli do sedna tajemnicy i przyjęli do naszych serc Jezusa; by On zrodził się w tych naszych sercach i stał się naszym pokojem. Wszak cytowany już wieszcz narodowy Adam Mickiewicz napisał jeszcze: „Wierzysz, że Bóg się narodził w betlejemskim żłobie? Dobrze, lecz biada, jeśli nie zrodzi się w tobie!”.

Gdzie w tym roku ojciec spędzi wigilię i święta? Będzie okazja odwiedzić rodzinne strony?

Samą wigilię i uroczystość Narodzenia Pańskiego będę przeżywał ze współbraćmi w moim klasztorze wadowickim, służąc też Ludowi Bożemu w naszym sanktuarium. W klasztorze, w Karmelu, przeżywam święta od przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, od kiedy noszę habit zakonny i ciągle uderza mnie i fascynuje bogactwo tradycji karmelitańskiej związane z tymiż świętami. W klasztorze nie brakuje żadnego z elementów świętowania, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni w domach rodzinnych (opłatek, choinka, podarunki, śpiewanie kolęd), a nadto dochodzą do tego procesje ze Żłóbkiem i kolędą na ustach z chóru zakonnego (tj. z kaplicy) do refektarza (stołówki) i potem z refektarza do sali rekreacyjnej. Żłóbek z figurką Dzieciątka Jezus towarzyszy nam podczas wszystkich wspólnotowych modlitw, posiłków, chwil wytchnienia na rekreacji. Zaś w miejsce wieczornej, wspólnotowej modlitwy myślnej śpiewamy kolędy i pastorałki. W uroczystość św. Młodzianków z Betlejem, tj. 28 grudnia, odwiedzamy „kolędowo” bliskie klasztory sióstr karmelitanek bosych, dzieląc się radością płynącą ze Żłóbka z naszymi siostrami w powołaniu karmelitańskim. Natomiast w Niedzielę Świętej Rodziny, czyli w pierwszą niedzielę po Bożym Narodzeniu, poszukujemy wszyscy „zaginionego” Dzieciątka Jezus, którego maleńki medalik czy obrazek chowa gdzieś w klasztorze (np. w choinkowej bombce, w szczelinie źle sklejonego krzesła, pod karniszem firany w sali rekreacyjnej, itp.) nasz przełożony. Szczęśliwy znalazca Dzieciątka przedstawia trzy prośby: pierwszą, która dotyczy całej wspólnoty klasztoru, i jest to na ogół prośba o Mszę św. w intencji tejże wspólnoty; druga dotyczy jakiegoś podarunku użytecznego dla wspólnoty. W 1978 roku, pamiętam, była to prośba o kolorowy telewizor do sali rekreacyjnej (wtedy pojawiały się właśnie na rynku pierwsze z nich, rosyjskie). Może to być też prośba o tzw. wielką rekreację, czyli całodzienny wyjazd współbraci do jakiegoś znanego miejsca (np. Tyńca, Lichenia, na nasz kielecki Święty Krzyż…). Zaś w trzeciej prośbie szczęśliwy znalazca może przedłożyć jakiś osobisty dezyderat, np. o laptopa do własnego użytku czy o inną pożyteczną rzecz, pomocną w duszpasterstwie… W okresie kolędowym możemy też odwiedzić najbliższych i podzielić się z nimi radością płynącą ze Żłóbka i połamać się opłatkiem. Odwiedzę i ja mamę w Grabowcu, rodzeństwo w Kielcach, współbraci w Piotrkowicach….

Jakie ma ojciec wspomnienia tych świąt z dzieciństwa, z najmłodszych lat? Co szczególnie utkwiło w pamięci i pozostało głęboko w sercu?

Jestem najstarszym z rodzeństwa. Mam siostrę młodszą o 5 lat, Oleńkę i jeszcze młodszych braci Artura i Jacka. Pamiętam, gdy Ola miała chyba ze 3 latka, choinkę ubraliśmy z rodzicami wieczorem, gdy ona już spała. Rano, obudziwszy się, podbiegła do mnie jeszcze śpiącego, krzycząc z radości: „zobacz, co to takie jest! Kapajka!”. Tak nazwała choinkę, bogato obwieszoną cukierkami i ciastkami (notabene wypieku mamy). Razem z bąbkami niejako „kapały” one z pięknego świerka przyniesionego przez tatę z naszego lasu na Wygwizdowie. I siostra, choć maleńka, nazwała choinkę „kapajką”. Ola zawsze była refleksyjna i taką pozostaje jako długoletnia nauczycielka, pełna twórczych idei. Czasem z braćmi przezywaliśmy ją „kapajką”. To jedno ze wspomnień. Inne, to namaszczenie, jakie panowało przy wieczerzy wigilijnej, przeżywanej jak paraliturgia, a kolejne wspomnienie, to ten skrzypiący pod stopami śnieg, gdy szliśmy 2 km na pasterkę do kościoła.

“Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy. Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory…”. Nie ma drugiego takiego dnia w roku, jak wigilia…

Zespół „Czerwone gitary” wspaniale oddał w tej kolędzie ducha Bożego Narodzenia, tego jedynego dnia i jedynej nocy w roku. Rzeczywiście, nie ma takiego drugiego wieczoru, jak ten wigilijny. W domach, w szpitalach, na okrętach, w koszarach, a nawet w więzieniach bierze się do ręki bały opłatek i dzieląc się nim tworzy się tę atmosferę życzliwości i szacunku, która wypływa z tajemnicy zwanej w teologii „admirabile commercium” (przedziwna wymianą), tj. z faktu, że Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek dążył do „przebóstwienia” („Deus in homine, ut homo deus”), a więc by był lepszy, życzliwy, uprzejmy, serdeczny…Przecież to tak niewiele, a równocześnie tak bardzo, bardzo dużo!

Nie sposób nie wspomnieć o Pasterce, która zwykle jest odprawiana o północy. Miał ojciec okazję odprawiać tę mszę poza Polską?

Miałem i to w wielu miejscach, nie tylko w Europie, ale i w Ameryce Południowej i w Afryce. Pierwszy raz poza ojczyzną przeżywałem Boże Narodzenie jako kleryk w Rzymie, w kolegium międzynarodowym „Teresianum” w 1980 roku. Najpierw byliśmy na opłatkowym spotkaniu dla Polaków z Ojcem Świętym Janem Pawłem II i na pasterce pod jego przewodnictwem w bazylice św. Piotra. Potem kolędowaliśmy w kolegium do rana, bo każdy ze współbraci chciał zaśpiewać kolędę w swoim języku. Zaczynaliśmy od „Adeste fideles” po łacinie, a kończyliśmy kolędami z Tamil Nadu w Indiach czy z Peru, Madagaskaru lub Egiptu. Oczywiście nie brakowało też międzynarodowych przysmaków i nie zawsze wszyscy wiedzieli, co z czym jeść. Utkwiło mi, jak jeden ze współbraci z Indii, Nesamony, jadł makowiec, jaki upiekły nam polskie siostry zakonne pracujące w Rzymie, suto posmarowany majonezem… Najsmutniejsze było Boże Narodzenie w 1981 roku, tj. tuż po ogłoszeniu stanu wojennego. Nie dotarły wówczas listy z Polski z opłatkiem, nie można było zadzwonić do najbliższych, Polska była odcięta od świata i było nam bardzo przykro, ale czuliśmy szczególną bliskość i solidarność współbraci z innych krajów…Gdy w latach 1991-1999 byłem generalnym sekretarzem misji w Rzymie, udawałem się na Boże Narodzenie najczęściej do Afryki. Było inaczej – bez śniegu, bez przesytu świecidełek i podarunków, ale bardziej duchowo! W 2001 roku udałem się na Boże Narodzenie wraz z o. Mariuszem Jaszczyszynem, prowincjałem warszawskiej prowincji naszego zakonu, do Argentyny. Celebrowaliśmy pasterkę ze współbraćmi Polakami tam posługującymi w mieście Tandil. Wszystko by pasowało, tylko brak było zimy, wszak to inna, południowa półkula i czas pięknej wiosny. W 2004 roku, by być jako prowincjał blisko współbraci przeżywających niespokojny czas rewolucji pomarańczowej, udałem się na Boże Narodzenie na Ukrainę. Pasterkę celebrowaliśmy w Berdyczowie. Atmosfera była podniosła. Najbardziej wzruszył śpiew kolędy „Bóg się rodzi”. Słowa „podnieś rękę Boże Dziecię, błogosław ojczyznę miłą”, śpiewane przez tych, którzy już w 1922 roku, wskutek traktatu ryskiego, byli z ojczyzny, z Polski wykluczeni, nie mogły nie wzruszyć. Utkwiła mi w pamięci podróż powrotna do Polski, akurat w noc sylwestrową, bo pociąg w przededniu nie kursował…Życzeń noworocznych w całym wagonie było co niemiara. Do dziś mam w uchu to, które należało do rytuału: „czto by zdarowie było, czto by diengi byli, czto by Nowyj God charoszy był”. Trudno mi było się obronić, aby przyjmowanych życzeń nie potwierdzać przyjmowaniem towarzyszących im „kropelek”, bynajmniej nie zdrowotnych… Specyficzną pasterkę przeżyłem na Islandii, w klasztorze sióstr karmelitanek bosych w Hafnarfjördur w 2005 roku. Przybył na nią chór z pobliskiej szkoły protestanckiej i śpiewał pięknie w języku łacińskim hymny i kolędy w duchu prawdziwego ekumenizmu. A wszędzie rozbrzmiewało „Gleðileg jól”, tj. „Błogosławionych Świąt” w miejscowym języku. Przy stole jednak zamiast karpia, było mięso z wieloryba… Wszędzie jednak zauważałem, jak Boże Narodzenie jest uroczystością rodzinną, radosną, uszlachetniającą. Wyraża prawdę włoskie przysłowie: „Natale tra i suoi, Pasqua dove vuoi” (Boże Narodzenie świętuje się ze swoimi, Wielkanoc tam, gdzie każdy zechce).

Porozmawiajmy o symbolach Bożego Narodzenia. Opłatek, sianko, choinka, 12 potraw…

W Polsce przywiązujemy do nich dużą wagę, w innych europejskich krajach ta tradycja nie jest już tak pielęgnowana. To prawda! Nie ma też, np. we Włoszech zwyczaju kolędy, to jest wizyty duszpasterskiej księży w domach parafian. W niektórych regionach jest tzw. błogosławieństwo mieszkań („benedizione delle case”), ale odbywa się ono w okresie wielkiego postu, a nie w czasie kolędowym. Co do zwyczaju duszpasterskich odwiedzin kolędowych w Polsce, dodajmy zwyczaj wypisywania na drzwiach naszych domów inicjałów K+M+B, tak, lepiej C+M+B. To KMB oznaczałoby imiona mędrców ze Wschodu, którzy przybyli do żłóbka Pana Jezusa (według tradycji mieli imiona: Kacper, Melchior i Baltazar), tymczasem głębszą wymowę mają inicjały CMB, oznaczające łacińskie „Christus mansionem benedicat” (niech Chrystus błogosławi to mieszkanie).

Wspomniałam o 12 potrawach. Ma ojciec ulubione, takie, na które czeka z utęsknieniem? A może jest jakieś świąteczne danie, czy ciasto, którego trudno sobie odmówić?

Tak, to pierogi z kapustą i z grzybami, a nadto kompot z suszonych śliwek. Z ciast zaś, to makowiec. W Rzymie bardzo mi ich brakowało. Włoskie wino, choćby najprzedniejsze „chianti”, tego kompotu nie zdołało zastąpić. Pierogi rekompensowały w jakimś sensie włoskie ravioli ze szpinakiem, a makowiec babka „panettone”. Współbracia z Rzymu wiedzą, że bardzo tę typowo bożonarodzeniową bakę lubię i zawsze przysyłają mi ją teraz do Wadowic na nasz świąteczny stół klasztorny.

Polska ma największe w Europie i na świecie bogactwo kolęd i pastorałek. Które z nich ojciec najbardziej lubi śpiewać?

Z dzieciństwa pamiętam, jak coś nie pasowało mi w śpiewaniu ze słuchu kolędy „Z narodzenia Pana”, gdzie w drugiej zwrotce mamy słowa: „Dumają pasterze przy tym widoku (…), skąd ta łuna bije tak miła oku”. W moim uchu brzmiało to jako „z kąta łuna bije tak miła oku”. Patrzyłem we wszystkie kąty, i z żadnego łuna nie biła…Dopiero moja dobra mama mnie skorygowała. Stąd tę kolędą lubię szczególnie. Ale kocham też kolędy karmelitańskie, zwłaszcza zatytułowaną „Mam ja skarb mam”. Tak, tym skarbem jest Jezus nowonarodzony: „Znalazłem Go w stajni, między bydlętami, przyznam się wam”. Tego skarbu „za nic nie dam, ani sprzedam, i za żadną”. cenę nigdy nie zamienię, tego co mam”. Bo mając Jezusa, mam wszystko!

A pamięta ojciec jakiś wyjątkowy prezent z dzieciństwa, który znalazł pod choinką?

W naszym domu rodzinnym nie było biedy, ale nie przelewało się. Śp. tato Jan był chłopo-robotnikiem. Mama, dziś osiemdziesięciolatka, uprawiała warzywa i sprzedawała je na targu w Kielcach, głównie na Czarnowie. Pamiętam te letnie targi we wtorki i w piątki, na które czasem jeździłem z mamą, a nawet sam z kolegami i koleżankami, zwłaszcza wiosną, gdy sprzedawaliśmy rzodkiewkę, jaka zdołała urosnąć w Grabowcu. Sprzedawaliśmy ją „na pęczki” prosto z worka pod arkadami Placu Partyzantów czy na ul. Sienkiewicza. Na Placu Partyzantów było lepiej, bo pęczki z rzodkiewką można było „odświeżyć” wodą z tamtejszej fontanny i wyglądały chwytliwie. A co do podarunków, to w naszym domu były zawsze rzeczami przydatnymi: coś z odzieży czy obuwia, no i coś słodkiego… Jednym z takich podarunków, który pamiętam do dziś, była taka skórzana, futrzana czapka z daszkiem i opuszczanymi nausznikami. Służyła mi wiele lat, także i po podstawówce, gdy wyjechałem właśnie do Wadowic, do przyklasztornego liceum – niższego seminarium duchownego. Pamiętam też, gdy jako chłopak przebrałem się za św. Mikołaja. Wziąłem do worka jabłka, jakie znajdowały się w sianie na strychu „na zimę” i rozniosłem do sąsiadów. Oczywiście nie prosząc rodziców o pozwolenie. Ich reakcja po fakcie mogła być wobec mnie surowsza, ale skoro sami opowiadali nam wcześniej o hojności św. Mikołaja, uszanowali i moją spontaniczną, może nie do końca dojrzałą hojność…

I na koniec – czego ojciec życzyłby czytelnikom „Echa Dnia” z okazji świąt Bożego Narodzenia?

No przede wszystkim tego, by Chrystus zrodził się w sercach Wszystkich, przynosząc szczęście, pokój, radość i wesele, bo On zawsze niesie ze sobą te nadprzyrodzone dary. A nadto tej rodzinnej atmosfery, jaka wpisana jest w klimat tychże świąt, umocnienia więzi rodzinnych, odpoczynku w odejściu od codzienności, zdrowia i błogosławieństwa w Nowym, 2019 Roku Pańskim!

źródło: Echo Dnia