Święta Teresa od Jezusa z Los Andes
(Juana Fernández Solar)
1900 – 1920




Juana Fernández Solar urodziła się w Santiago w Chile 13 lipca 1900 roku. Od dzieciństwa była zafascynowana osobą Chrystusa i głęboko przeżywała duchową łączność z Nim.

Odznaczała się wielkim nabożeństwem do Najświętszej Maryi Panny, a także prostotą, miłością bliźniego i radością życia. W 1919 roku wstąpiła do klasztoru karmelitanek bosych w Los Andes i przyjęła imię Teresy od Jezusa. Zmarła na tyfus 12 kwietnia następnego roku, po złożeniu ślubów zakonnych.

W 1987 roku papież Jan Paweł II ogłosił ją błogosławioną i przedstawił jako wzór dla młodzieży. Ten sam papież kanonizował ją w roku 1993. Jest ona pierwszym kwiatem świętości narodu chilijskiego i Zakonu Karmelitańskiego w Ameryce Łacińskiej.

wspomnienie liturgiczne

13 lipca

Osoba i dzieło - chronologia życia
o. Czesław Gil OCD

Ulubienica wszystkich

Teresa od Jezusa, dla odróżnienia od Teresy z Awili nazwana Teresą z Los Andes, urodziła się 13 lipca 1900 roku w patriarchalnym domu dziadka Eulogiusza Solar w stolicy Chile Santiago. Była piątym dzieckiem Michała Fernándeza Jaraquemady i Łucji Solar Armstrong. Jej starsza siostra, Janina, zmarła w niemowlęctwie, po niej zaś przyszły jeszcze na świat Rebeka, która była powiernicą jej serca, i Ignacy. Na chrzcie otrzymała imiona: Janina, Teresa, Józefina od Najświętszych Serc. Rodzina należała do bardzo zamożnych, zwłaszcza do śmierci dziadka w roku 1907. Ojciec okazał się gorszym gospodarzem, stąd w latach późniejszych warunki bytowe rodziny były skromniejsze.

Juanita i Rebeka były ulubionymi wnuczkami dziadka, który je rozpieszczał na wszystkie możliwe sposoby. Dzieci o tym wiedziały i potrafiły to wykorzystać. Na szczęście miały czujną matkę, która chroniła je od nadmiernej dobroci dziadka i pochlebstw otoczenia. Zdaniem wszystkich, Juanita była najładniejszą z rodzeństwa.

Pierwsze lata swego życia Juanita spędzała między domem dziadka w Santiago a jego majątkiem w pobliskim Chacabuco. Tam dowiedziała się o śmierci dziadka. Przeżyła ją bardzo boleśnie. Dziadek był dla niej wzorem dobrego chrześcijanina i nauczył ją wielu pożytecznych rzeczy. Dzięki pobytom w Chacabuco pokochała przyrodę, odkryła jej piękno, szukała bezpośredniego kontaktu z polami, lasami, górami i wodą.

"Dzień bez chmur"

Od najwcześniejszych lat Juanita brała udział w życiu religijnym swojej rodziny, zwłaszcza matki i rodzeństwa. Matka zabierała ją codziennie na Mszę św. Z przykrością godziła się, że nie może razem z nią przystąpić do Komunii św. Przed siódmym rokiem życia starszy brat, Ludwik, nauczył ją odmawiania różańca. Odmawiali go codziennie razem. Tylko raz jako małe dziecko zapomniała go odmówić.

Dziecięca miłość do Najśw. Dziewicy i głębokie przeżywanie obecności Chrystusa w Eucharystii to dwa rysy religijności Juanity od wczesnych lat życia. Chodzi tu o coś znacznie więcej niż wierność ulubionym przez siebie praktykom pobożnym. Maryja i Jezus, zwłaszcza po I Komunii św., byli po prostu obecni w jej życiu. Z Nimi rozmawiała o swoich sprawach i zdziwiła się, że inni tego nie czynią. Z biegiem lat jej pobożność maryjna dojrzała. Zdaje sobie sprawę, że skoro jest córką Maryi, to powinna być podobna do swojej Matki i stara się o to podobieństwo przez naśladowanie Jej cnót. Szczególnie była jej bliska tajemnica Niepokalanego Poczęcia. Przypuszczalnie tu jest źródło jej nabożeństwa do Matki Bożej z Lourdes. Od 1907 roku figurka Najśw. Maryi Panny z Lourdes zawsze stała przy oknie Juanity. W lutym 1917 roku odbyła z matką pielgrzymkę do Lourdes. Swoje przeżycia opisała w dzienniku: "Ty jesteś Matką, niebieską Madonną, która nas prowadzi... Nie wierzyłam, że jest możliwe szczęście na ziemi, ale wczoraj moje serce, spragnione szczęścia, znalazło je. Moja dusza, zachwycona u Twoich dziewiczych stóp, wsłuchiwała się w Twoje słowa... Moja Matko, w Lourdes znalazłam niebo".

Na dzień I Komunii św. z utęsknieniem czekała kilka lat. Przygotowana przez zakonnice, w roku 1907 przystąpiła po raz pierwszy do spowiedzi, a 11 września 1910 roku - po uprzedniej spowiedzi generalnej - do Komunii. Był to dla niej "dzień bez chmur" nie tylko w sercu przepełnionym radością, ale również w naturze, która dostosowała się do wewnętrznego nastroju dziecka. "Nie potrafię opisać, co czuła moja dusza po przyjęciu Jezusa. Tysiąc razy prosiłam Go, aby mnie zabrał i po raz pierwszy usłyszałam Jego kochany głos. Mówiłam do Niego: O Jezu, kocham Ciebie, uwielbiam Ciebie! Modliłam się za wszystkich. Czułam również obecność Matki Bożej". W radości uczestniczyły liczne dzieci krewnych i znajomych. Przez dłuższy czas komunikowała codziennie. "Od tego pierwszego uścisku Jezus mnie nie wypuścił i zatrzymał mnie dla siebie".

Ona również była wierna przyjaźni. Codziennie długie chwile spędzała na modlitwie traktowanej jako rozmowa z Jezusem. Dlatego bardzo polubiła samotność. "To nie ja żyłam, to Jezus żył we mnie".

W miarę dorastania jej zażyłość z Chrystusem również dojrzewa. Przynajmniej od siedemnastego roku życia codziennie odprawia rozmyślanie. Uważa je za zwierciadło swojej duszy, które pozwala jej poznać samą siebie i skuteczniej pracować nad sobą, by się bardziej podobać Jezusowi.

"Dzień bez chmur" nie trwał jednak zawsze. Nadeszły oschłości, modlitwa stała się trudem, zdawało się jej, że Jezus ją opuścił. Jej niebo przykryły czarne chmury, otoczyła ją ciemna noc. Noc potrzebna, aby oczyścić miłość z tego, co ludzkie, aby pokochała Jezusa dla Niego samego, a nie dla darów, które od Niego otrzymywała. Szukała światła w pismach św. Teresy od Jezusa, Teresy od Dzieciątka Jezus, Elżbiety od Trójcy Świętej. A przede wszystkim patrzyła na krzyż i w nim odnajdowała siłę.

W kolegium zakonnym

W trosce o dobro dziecka, wbrew protestom żyjącego jeszcze dziadka, siedmioletnią Juanitę umieściła matka w kolegium sióstr Terezjanek. Wytrzymała tam tylko miesiąc. W domu była oczkiem w głowie dla wszystkich, tutaj stała się jedną z wielu. Niektóre koleżanki wykorzystywały jej skłonność do gniewania się z byle powodu i celowo ją drażniły, a ona nie potrafiła się obronić. Wychowawczynie również nie umiały pomóc dziecku wejść w zupełnie dla niego nową sytuację życiową. Nie był to jednak czas zupełnie stracony. W ciągu tego miesiąca Juanita nauczyła się czytać, co nieźle świadczy o jej zdolnościach.

Matka jednak nie zrezygnowała ze swego planu. W tym samym roku Juanita rozpoczęła uczęszczać do kolegium sióstr Najśw. Serca Jezusa jako eksternistka. Po lekcjach codziennie wracała do domu, dzięki czemu łatwiej to znosiła. Sytuacja radykalnie zmieniła się, gdy w roku 1915 matka zadecydowała, że dla jej dobra powinna zamieszkać w internacie. W dalszym ciągu mocno związana z rodziną, przyzwyczajona do pewnej wolności osobistej, z trudem podporządkowywała się koniecznej dyscyplinie. Dlatego gwałtownie buntowała się przeciw nowej sytuacji. Równocześnie była na tyle dojrzała, by zdać sobie sprawę, że pobyt w internacie pomoże jej usamodzielnić się, stać się zdolną do życia poza rodziną. W listach do koleżanek dochodzi do głosu przede wszystkim spontaniczny i młodzieńczy bunt. W lutym 1916 roku, pod koniec wakacji spędzonych w Chacabuco, pisała do przyjaciółki, że już niedługo skończą się miłe przechadzki i długie konne wyprawy w góry, że trzeba wracać do kolegium. "Kiedy o tym myślę, wpadam w rozpacz". W taką rozpacz wpada prawie każdy uczeń pod koniec wakacji, zwłaszcza jeżeli były bardzo udane.

Z jeszcze większym smutkiem pisała w marcu tegoż roku: "Pomyśl, już tylko siedem dni i trzeba będzie wrócić do tego więzienia. Na samą myśl o tym krew mi się ścina w żyłach. W internacie jestem bardzo nieszczęśliwa... Chętnie puściłabym go z dymem". Ostre słowa, ale było w nich chyba sporo młodzieńczej egzaltacji. W dzienniku jej ocena internatu jest znacznie bardziej stonowana: "Sądzę, że nigdy nie przywyknę do życia z dala od rodziny, od ojca, od matki, których bardzo kocham". W tym czasie jednak myślała już o życiu zakonnym, dlatego rozsądnie dodaje: "Ale Bóg żąda więcej i ja muszę iść za Jezusem aż na koniec świata, jeśli On tego będzie chciał. Tylko On bowiem wypełnia moje serce, a wszystko poza Nim jest ciemnością, udręką i próżnością". I dalej: "Chociaż to mi się nie podoba, powinnam dziękować Bogu, że pozwala mi się przygotować do życia poza rodziną przed wstąpieniem do Karmelu".

Wbrew początkowym buntom i lękom, Juanita przywykła do życia poza rodziną i zżyła się z nowym środowiskiem. Pobytowi w kolegium zawdzięczała bardzo dużo. Nie tylko osiągnęła odpowiednie wykształcenie, ale przede wszystkim dzięki systematycznej pracy nad sobą zapanowała nad wadami swego charakteru. Wysoka pozycja społeczna jej rodziców, wychowanie w dostatku, świadomość własnych zalet i pochlebstwa otoczenia mogły ją zepsuć. Ponadto słabe zdrowie, ciągłe lęki o życie sprawiły, że była dziewczyną nadmiernie wrażliwą, trochę zapatrzoną w siebie. Juanita często wspomina w swoim dzienniku o napadach gniewu z byle powodu, o histerycznym płaczu, którym usiłowała terroryzować otoczenie, o trudnościach z pokorą, o zagniewanym sercu, które nie potrafi zapomnieć przykrości i upomina się o swoje... Nie zrażała się jednak niepowodzeniami w pracy nad swoim charakterem. Wielokrotnie postanawia "zniszczyć w sobie miłość własną aż do ostatniego zarodka", zajmować ostatnie miejsce i służyć innym, być pokorną, nie mówić o sobie...

W połowie sierpnia 1918 r. Juanita opuściła kolegium i wróciła do domu rodzinnego. Już dawno minęła jej chęć "puszczenia go z dymem". Teraz w dzienniku zapisuje słowa żalu z tego powodu, że musi je opuścić.

Szczęśliwa dziewczyna

Mimo wad, o których wspomnieliśmy, Juanita miała dobry charakter: była otwarta na przyjaźń, radość, niewinną zabawę i żart. Jako dziewiętnastolatka pisała: "Dziękuję Bogu, że wszędzie czuję się dobrze, wszędzie, gdzie się znajdę, jestem szczęśliwa. Nie rozumiem tych dziewcząt, które zawsze na wszystko narzekają".

Zwłaszcza po opuszczeniu kolegium, już trochę oderwana od rodziny, chętnie przebywała w towarzystwie rówieśników na wycieczkach w góry i nad morze. Od dziecka pasjonowała się jazdą konną. Często były to brawurowe wyprawy po stromych zboczach górskich. "Jeździłam dużo konno i urzekało mnie wspinanie się i zjeżdżanie po zboczach górskich. Dziwiono się, ponieważ jazda mnie nie męczyła; nazywano mnie prawdziwą amazonką". W innym liście pisała: "Wczoraj zjeżdżaliśmy z tak stromego wzgórza, że Edward uważał, iż nie potrafię. Ja jednak chwyciłam się za grzywę konia i spokojnie zjechałam. U stóp wzgórza płynęła rzeczka". Z pasją grała w tenis, lubiła pływanie, szybką jazdę samochodem, długie spacery nadmorskie...

Piękno przyrody ją zachwycało, ale nie pochłaniało bez reszty. Każdy dzień wakacji rozpoczynał się udziałem we Mszy św. i udziałem w nabożeństwie eucharystycznym. Włączała się również w pracę duszpasterską parafii, w której spędzała wakacje, nauczając na przykład dzieci katechizmu lub przygotowując rodziny do poświęcenia się Najśw. Sercu Pana Jezusa.

W kolegium ważnym przedmiotem była nauka śpiewu i gry na pianinie. Dzięki dobremu słuchowi muzycznemu Juanita posiadła w tym zakresie znaczne umiejętności. Chętnie uczęszczała do teatru na dobre sztuki, oceniając krytycznie występy aktorów, zwłaszcza śpiewaczek. W jej przekonaniu, dziewczęta, które przygotowywały się do życia w świecie, nie powinny unikać towarzystwa i żyć jak mniszki. W ostatnich dwóch latach przed wstąpieniem do klasztoru wiele czasu spędzała w domu zastępując matkę w pracach domowych. Prace te bynajmniej nie utrudniały jej wierności praktykom życia religijnego. Codziennie była na Mszy św. i codziennie przyjmowała Komunię św. Chętnie pełniła obowiązki domowe, traktując to jako przygotowanie się do życia zakonnego. "Pragnę, aby nikt nie podejrzewał, że pewne zajęcia są dla mnie okazją do ofiary i wszystko wykonuję chętnie. Dzięki temu wszyscy sądzą, że mają prawo oczekiwać ode mnie wszystkiego, co im się podoba".

W Karmelu

Rozwój powołania zakonnego był u Juanity owocem rozwoju życia religijnego. Po raz pierwszy myśl o powołaniu karmelitanki pojawia się w jej dzienniku w czternastym roku życia i była związana z przeżyciem obecności Chrystusa w Eucharystii. Pragnie swoim życiem wynagrodzić Mu obojętność innych ludzi.

Z życiem zakonnym zetknęła się już wcześniej. To zakonnice przygotowały małą Juanitę do pierwszej spowiedzi i I Komunii św. Bardziej bezpośrednie zetknięcie się nastąpiło, gdy w roku 1915 zamieszkała w kolegium sióstr Najśw. Serca Jezusa. Tutaj szczególnie zaprzyjaźniła się z m. Ríos, która nie narzucając niczego, starała się jej pomóc w zapoznaniu się z duchowością Karmelu. Podsunęła jej pisma św. Teresy od Jezusa i s. Teresy od Dzieciątka Jezus.

W roku 1915, za zgodą spowiednika, złożyła czasowy ślub czystości. Uważała się za oblubienicę Chrystusa i córkę Maryi. Jednak dopiero w klasztorze dowiedziała się, że Zakon Karmelitański jest w szczególny sposób związany z Maryją. W kwietniu 1916 roku po raz pierwszy ze swego postanowienia zwierzyła się młodszej siostrze, Rebece, powiernicy swojego serca. "Moja myśl jest zajęta tylko Jezusem, On jest moim ideałem. Ideałem nieskończonym. Marzę o dniu, kiedy wstąpię do Karmelu, aby myśleć tylko o Nim, żyć tylko dla Niego. Kochać i cierpieć, by zbawiać dusze". Karmel nie był dla niej celem, celem było życie dla Jezusa, Karmel zaś środowiskiem, które umożliwiało takie życie. Jak Elżbieta od Trójcy Świętej, chciała stać się mieszkaniem Jezusa.

Karmelitanki bose osiedliły się w Ameryce Południowej bardzo wcześnie. Już w roku 1628 powstał klasztor w Córdobie w Argentynie. W Santiago, stolicy Chile, założyły klasztor w roku 1690. Nie wiemy, dlaczego Juanita nie nawiązała kontaktu z tym właśnie klasztorem, ale z niedawno założonym w Los Andes (1898). We wrześniu 1917 roku nastąpiła pierwsza wymiana listów między karmelitankami z tego klasztoru i Juaną. W tym czasie, jak wiemy, była jeszcze w kolegium. Dopiero 11 stycznia 1919 roku, wybrała się z matką do Los Andes. Została przyjęta bardzo serdecznie. Rozmawiała z przełożoną i ze zgromadzeniem. Ogromne wrażenie zrobiło na niej ubóstwo klasztoru. Omówiono warunki przyjęcia. Wstąpiła 7 maja tego roku; po pięciu miesiącach postulatu, 14 października, otrzymała habit zakonny. Niewiele musiała zmieniać w sposobie życia. Już wcześniej żyła jak karmelitanka. "W Karmelu wszystko czyni się z radością, ponieważ wszędzie mamy naszego Jezusa, który jest naszą radością nieskończoną". Tą radością żyła w każdym dniu swego nowicjatu. W marcu 1920 roku, na początku Wielkiego Postu, powiedziała swojemu spowiednikowi, że umrze w ciągu miesiąca. W Wielki Piątek dostała wysokiej gorączki. Nie pomagały żadne lekarstwa. Była chora na ostrą odmianę tyfusu. 5 kwietnia poprosiła o sakramenty święte, dwa dni później złożyła śluby zakonne na łożu śmierci. To była jej ostatnia radość na ziemi. Zmarła 12 kwietnia.

Beatyfikacji Teresy z Los Andes dokonał Ojciec Święty Jan Paweł II 3 kwietnia 1987 roku w Santiago, w czasie pielgrzymki do Chile. Zaledwie sześć lat później, 21 marca 1993 roku, odbyła się uroczystość kanonizacyjna w Bazylice św. Piotra w Rzymie. Dziewiętnastoletnia karmelitanka, najmłodsza z karmelitanek wyniesionych na ołtarze, stała się patronką swego narodu. Co roku do jej grobu pielgrzymuje milion osób.

Historia mojej duszy to cierpieć i kochać
o. Andrzej Ruszała OCD

Obecność w Kościele i wyniesienie na ołtarze młodziutkiej chilijskiej karmelitanki, zmarłej w wieku dziewiętnastu lat i dziewięciu miesięcy, z których tylko jedenaście miesięcy przeżyła w Karmelu, może budzić pewne zdziwienie i pytanie: dlaczego Bóg stawia właśnie ją jako wzór do naśladowania oraz jaka jest jej osobista misja w Kościele i świecie? Kiedy myślimy o takich świętych, jak np. Franciszek Ksawery, św. Teresa z Awili czy o współczesnej nam św. Matce Teresie z Kalkuty, nikt właściwie się nie pyta o sens ich kanonizacji i ich świętości, ponieważ pozostałe po nich zewnętrzne dzieła mówią właściwie same za siebie.

Jednak w przypadku Juany Fernández de Solar – znanej dziś przede wszystkim pod swym imieniem zakonnym jako Teresa od Jezusa, a jeszcze bardziej, dla odróżnienia od Świętej Reformatorki Karmelu, jako Teresa z Los Andes: określenie to pochodzi od nazwy klasztoru karmelitanek, do którego wstąpiła – nie pozostały po niej żadne zewnętrznie wielkie dzieła, poprzez które jasno by się dostrzegło jej heroiczną miłość do Boga i bliźniego. Jej życie było życiem ukrytym. Trzeba spojrzenia w świetle Ewangelii i w perspektywie odwiecznego Bożego powołania człowieka, by w zewnętrznej zwyczajności tego krótkiego życia odkryć wielkość świętości i przesłania, które Teresa z Los Andes kieruje do współczesnego człowieka.

Modlitwa kolekty w liturgiczne wspomnienie naszej Świętej w sposób następujący ujmuje tajemnicę jej świętości i misji:

"Boże miłosierdzia i radości Świętych, Ty rozpaliłeś żarem dziewiczej miłości do Chrystusa i Kościoła młodość świętej Teresy z Los Andes i uczyniłeś ją radosnym świadkiem Twojej miłości także w godzinie krzyża…".

W słowach tych zwraca się uwagę przede wszystkim na dwa aspekty duchowej drogi Świętej: młodzieńczą, dziewiczą i radosną miłość do Chrystusa i Kościoła oraz tajemnicę Krzyża, czyli cierpienia, związanego z miłością Boga i Kościoła. Sama zresztą Teresa, rozpoczynając pisanie swego dziennika duchowego, tak podsumowuje historię swego życia:

"Historia mojej duszy streszcza się w dwóch słowach: cierpieć i kochać".

Uściśla przy tym obydwa te aspekty jej duchowej drogi, zwracając się do matki Julii Rios, zakonnicy ze Zgromadzenia Najświętszego Serca, której dedykuje swój Dziennik:

"Historia, którą będziesz czytała […] jest intymną historią pewnej nędznej duszy, która bez żadnej zasługi z jej strony, Jezus Chrystus miłował w szczególny sposób i obficie napełnił swoimi łaskami i dobrami".

Co do cierpienia stwierdza natomiast:

"Cierpiałam, a dobry Jezus nauczył mnie cierpieć w milczeniu […]. Wiem, Matko, że droga, którą ukazywał mi Jezus od dzieciństwa, była tą, którą On sam przeszedł i ukochał. A ponieważ umiłował mnie, poszukał dla mnie takiej samej, aby nakarmić moją biedną duszę cierpieniem".

Różne oblicza miało doświadczanie Bożej miłości i cierpienia w życiu Teresy z Los Andes. Miłość zawsze przeżywana była jako dar, jednakże z czasem stała się potężnym ogniem przemieniającym w Boga i jednoczącym z Nim duszę Teresy. Podobnie różne oblicza przyjmowało cierpienie w życiu Świętej. W początkach kroczenia za Bogiem było to przede wszystkim cierpienie i trud związany z przełamywaniem siebie i przezwyciężaniem w sobie "starego człowieka", z jego wadami i nieuporządkowaniem. Z czasem pojawiły się duchowe cierpienia związane z oczyszczeniami nocy ciemnej oraz te, które Bóg dopuszczał jako uczestnictwo w zbawczym cierpieniu Chrystusa. Oprócz tego praktycznie przez całe swe życie Teresa z Los Andes doświadczała także cierpień fizycznych.

W niniejszym przedłożeniu prześledzimy drogę duchową Teresy z Los Andes w wyżej wymienionych dwóch istotnych jej aspektach, podając najpierw najważniejsze fakty z jej życia i cechy jej osobowości.


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Najważniejsze wydarzenia życia
o. Andrzej Ruszała OCD

Juana Fernández de Solar urodziła się 13 lipca 1900 roku w Santiago, stolicy Chile, w rodzinie dość dobrze usytuowanej materialnie. Sama wyznaje w Dzienniku:

"Urodziłam się pośród bogactwa".

Bogactwo to było przede wszystkim zasługą pracy i zapobiegliwości jej dziadka ze strony matki, Eulogia Solar, którego Juanita bardzo kochała. Była piątym z siedmiorga dzieci Miguela Fernandez i Lucii Solar. Miała trzy siostry i trzech braci; przy czym jedna z jej starszych sióstr zmarła kilka godzin po narodzeniu. Najbliższe więzi posiadała ze swą młodszą o dwa lata siostrą Rebeką i starszym o dwa lata bratem Luisem. Rodzice byli głęboko religijni, w związku z tym Juanita – jak ją nazywano w rodzinie – wychowywała się w atmosferze żywej wiary i pobożności. W wieku siedmiu lat rozpoczyna naukę w szkole prowadzonej w Santiago przez siostry zakonne ze Zgromadzenia Najświętszego Serca, zaś od 15. roku życia zamieszkuje również w internacie prowadzonym przez to zgromadzenie, gdzie przebywała do zakończenia nauki w osiemnastym roku życia. W wieku dziesięciu lat przyjmuje Pierwszą Komunię Św. Jako siedemnastoletnia dziewczyna zostaje przyjęta do Stowarzyszenia Córek Maryi. Po powrocie z internatu pomaga przy parafii w katechizowaniu dzieci z najuboższych rodzin, zaś 7 maja 1919 wstępuje do klasztoru karmelitanek bosych Los Andes w Santiago. 14 października mają miejsce jej obłóczyny zakonne, podczas których przyjmuje imię Teresa od Jezusa. Na początku marca 1920 wyjawia – ku zdumieniu i niedowierzaniu wszystkich, że umrze za miesiąc. Rzeczywiście, od 2 kwietnia choruje na tyfus, a w obliczu śmierci składa profesję zakonną i umiera 12 kwietnia 1920 roku, na trzy miesiące przed ukończeniem dwudziestego roku życia. W roku 1947 rozpoczyna się na terenie diecezji jej proces beatyfikacyjny, który doprowadza do beatyfikacji przez papieża Jana Pawła II, w dniu 3 kwietnia 1987 r., a następnie 21 marca 1995 r. do jej kanonizacji. Jest pierwszą świętą Chilijką i pierwszą świętą karmelitanką z Ameryki.


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Cechy charakteru świętej karmelitanki
o. Andrzej Ruszała OCD

Pomimo głębokiego życia duchowego właściwie od najmłodszych lat, w zewnętrznym zachowaniu Juanita nie odróżniała się czymś szczególnym i niezwykłym od innych młodych osób w jej czasach. Unikała wszelkich niezwykłych zewnętrznych dewocyjnych oznak pobożności. Dawała się poznać jako normalna młoda osoba, która dobrze się czuła tam, gdzie się znajdowała, i potrafiła to uzewnętrznić, potrafiła też szczerze wyrazić miłość wobec bliskich. Była radosna, komunikatywna, lubiła żartować, wprowadzała wokół siebie pogodną atmosferę. To zjednywało jej sympatię otoczenia. Bardzo pociągał ją sport, zwłaszcza jazda konna. Od wczesnego dzieciństwa jej dziadek, don Eulogio, uczył ją jeździć konno w swej letniej posiadłości w Chacabuko, ok. 60 km od Santiago de Chile, w czym z czasem okazała się prawdziwą mistrzynią. Lubiła również grać w tenisa, świetnie pływała i nurkowała. Pobierała lekcje muzyki i śpiewu, była zresztą obdarzona ładnym głosem.

Posiada serce wrażliwe i otwarte na potrzeby bliźnich. Jeszcze przed wstąpieniem do Karmelu angażuje się w pracę wychowawczą wobec dzieci z ubogich rodzin. Naucza je katechizmu, organizuje różne konkursy i zabawy, organizując w ten sposób ich czas. Czyni to z wielkim poświęceniem.

W tej bogatej osobowości nie brakowało też wad. Juanita łatwo poddawała się nastrojom, bywała próżna i pyszna, miewała częste napady złego humoru i gniewu. Pisze o jednym z takich napadów, gdy miała lat 15, a wspomina o tym – jak zaznacza – dla większego upokorzenia:

"Był on tak wielki, iż wydawało się, że oszalałam. Powodem było to, że moja siostra i kuzynka, które z nami były, nie chciały się z nami kąpać, gdyż byłyśmy bardzo małe. Oburzało mnie to, iż nazywano mnie małą, więc nie chciałam się kąpać, ale mnie zmuszono. Kiedy ubierałyśmy się, przyszły dziewczynki, aby nas przynaglić, lecz odpowiedziałam im, że nie ubiorę się, dopóki nie odejdą. One jednak nie chciały odejść i moja mama powiedziała, że powinnam się ubrać. Ja przekornie nie chciałam. Mama dała mi klapsa, ale i to okazało się daremne. Zaczęłam krzyczeć, a gniew był tak wielki, że chciałam rzucić się do wanny. Mama zaczęła mnie ubierać, lecz ja trwałam w gniewie".

Jeszcze w wieku prawie 17 lat, będąc w szkole prowadzonej przez siostry zakonne, potrafiła ze złością rzucić kawałkiem ciasta, który jej dano, tylko dlatego, że wydawał jej się zbyt mały w porównaniu z tymi, jakie otrzymali inni. Szczerze mówi także o swych skłonnościach do kokieterii wobec jednego z młodzieńców, które wyjawiła w szczerej rozmowie s. Julii Rios, swej zaufanej wychowawczyni ze szkoły, do której uczęszczała. Wówczas – jak pisze w Dzienniku –

Matka "zapytała mnie, jak mogłam mieć przyjaciela po tak licznych wezwaniach do Boga. Chociaż nawet nie był to grzech, powinnam rozważyć, że ten, który mnie wybrał, jest Królem nieba i ziemi. Kim ja jestem, aby w ten sposób się bawić?... Dlaczego miałabym dać moją miłość człowiekowi, skoro prosił o nią Bóg?".

Słowa tej siostry zakonnej, którą Juanita bardzo kochała i darzyła ogromnym zaufaniem, stały się ważnym bodźcem do wytrwałego zmagania się z własnymi nie do końca uporządkowanymi skłonnościami i wadami charakteru.


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Trud walki ze słabością
o. Andrzej Ruszała OCD

O tym, że w Juanicie umacniała się zdecydowana wola do walki z własnymi wadami i niedoskonałościami, świadczą choćby zapiski i postanowienia z przeżywanych rekolekcji, czy też postanowienia, jakie spisywała na początku nowego roku kalendarzowego. Tak np. podczas rekolekcji odprawianych w roku 1916 zanotowała jako postanowienie:

"przekształcić siebie samych, być gotowymi na wszelkie cierpienia", "być gotowymi iść za Jezusem, dokądkolwiek On pragnie. On wybiera ubóstwo, upokorzenia, krzyż i chce dla mnie wszystkich tych darów".

Jako postanowienia podjęte na rok 1917 notuje:

"Przyjmować okazje do ofiar bez szemrania w sercu czy zniechęcenia; być bardziej ukryta; zapomnieć o sobie: przez zjednoczenie z Jezusem..., nie wyrażając swojej opinii, jeśli nie zostanę zapytana, znosząc upokorzenia z radością, będąc miła w stosunku do tych, którzy mnie upokarzają".

Postanowienia te są świadectwem na to, że w wieku 16–17 lat Juanita dobrze zna swe podstawowe wady i podjęte postanowienia "wycelowane są" w to, co sprawia jej najwięcej trudności: pychę, drażliwość, skłonność do nazbyt emocjonalnego angażowania się w relacje z bliźnimi. Zmagania w własną słabością podejmowane są także poprzez sakrament pojednania. Tam otrzymuje światło co do przezwyciężania wad, jak choćby niecierpliwości. 15 czerwca 1917 r. pisze:

"Wczoraj byłam u spowiedzi św. Kapłan powiedział mi, że potrzebne są trzy rzeczy, aby uniknąć zniecierpliwienia: nie okazywać swego gniewu na zewnątrz; być miłą w stosunku do osób, które powodują mój gniew, i milczeć, stłumić gniew w sercu".

Zmaganie z własną słabością nie kończy się jednak tylko na pobożnych pouczeniach i postanowieniach. Juanita z Bożą pomocą rzeczywiście zaczyna w poszczególnych sytuacjach odnosić zwycięstwa, jak choćby to, o którym pisze 19 czerwca 1917:

"Dzisiaj odniosłam nad sobą wielkie zwycięstwo, aby się nie rozgniewać. Mój Boże, przyszedłeś mi z pomocą. Składam Ci dzięki. Odrabiając swoje lekcje, a także odpoczywając, byłam doskonała".

Zdaje sobie jednak sprawę, że tej doskonałości jeszcze brakuje, bo zaraz dodaje: "ale nie było tak w czasie moich lekcji".

Można zauważyć, że przyszła karmelitanka nie podejmuje jakichś szczególnych i wyszukanych umartwień, nie szuka cierpienia dla samego cierpienia, lecz wykorzystuje codzienne sytuacje, w których zauważa własne odruchy pychy, drażliwości i gniewu, ciekawości, aby przeciwstawiać się tym tendencjom. Wysiłki ascetyczne dotyczą więc przede wszystkim samych korzeni nieuporządkowanych skłonności. Takie ukierunkowanie ascezy okazuje się szczególnie skuteczne w przezwyciężeniu wad, zgodnie z dosadnym stwierdzeniem św. Jana od Krzyża, że

"godna pożałowania jest nieświadomość niektórych, którzy obciążają się nadzwyczajnymi pokutami i innymi licznymi samowolnymi ćwiczeniami, sądząc, że one wystarczą im do osiągnięcia zjednoczenia z Mądrością Bożą. Nie osiągną tego jednak nigdy, jeżeli nie będą usilnie umartwiać swoich pożądań. I gdyby tylko połowę swej pracy zużyli na poskromienie pożądań, postąpiliby więcej w ciągu miesiąca niż dzięki samym ćwiczeniom w ciągu wielu lat. […] Bez tej pracy nad wyniszczeniem pożądań wszelkie usiłowanie postępu w doskonałości, w poznawaniu Boga i siebie będzie tylko rzucaniem ziarna w nierozoraną ziemię".

W życiu Świętej w pełni sprawdzają się te słowa św. Jana od Krzyża, zważywszy na to, że w bardzo krótkim czasie życia, bo w wieku niespełna dwudziestu lat dokonuje się w niej pełne oczyszczenie i zjednoczenie z Bogiem.


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Dojrzewanie do pełni świętości
o. Andrzej Ruszała OCD

Początkowe wysiłki naszej Chilijki w zmaganiu z własną słabością, podejmowane w dzieciństwie i wieku młodzieńczym, szły równolegle z otrzymywanymi od Boga łaskami, przede wszystkim z doświadczaną Jego miłością, ale również z tajemnicą cierpienia, które stopniowo stawało się jej osobistym doświadczeniem.

Miłość

Przyszła karmelitanka bardzo szybko odkryła i zaczęła doświadczać miłości Jezusa, bo jak wyznaje:

"od chwili, kiedy zaczęłam sobie zdawać sprawę z czegokolwiek, to znaczy od szóstego roku życia lub wcześniej"; wtedy też "Jezus zaczął pociągać moje serce, by było Jego własnością".

Przeżywana miłość Jezusa stawała się potężną siłą do walki z własną słabością i wadami, a także rodziła pragnienie całkowitego oddania się Bogu, najpierw poprzez ślub czystości złożony na ręce spowiednika w piętnastym roku życia, a potem poprzez podjęcie powołania zakonnego w Karmelu.

Miłość otrzymywana na modlitwie

Wydaje się, że początkiem doświadczenia – o mistycznym charakterze – zarówno obecności, jak i miłości Chrystusa był dzień Pierwszej Komunii Świętej. Teresa wyznaje, że wtedy

"poczułam po raz pierwszy Jego kochający głos. […] A obok czułam obecność Najświętszej Panny. […] Po raz pierwszy doświadczyłam rozkosznego pokoju".

To głębokie, mistyczne doświadczenie Bożej miłości, jakie miało miejsce podczas Pierwszej Komunii, pozostawiło po sobie ważne i trwałe owoce. Rozbudziło w niej pragnienie codziennej Eucharystii i Komunii Św. oraz modlitwy, czemu pozostała wierna. Rozbudziło także jej miłość i ufność wobec Maryi oraz pragnienie nieba, a w konsekwencji też nieprzywiązywanie się do tego świata. Wspominając tamto wydarzenie, wyznaje:

"Codziennie chodziłam do Komunii Św. i długi czas rozmawiałam z Jezusem; moim zaś szczególnym przedmiotem czci była Najświętsza Panna. Mówiłam Jej wszystko. Od tego dnia ziemia przestała być dla mnie atrakcyjna. Chciałam umrzeć i błagałam Jezusa, aby zechciał mnie zabrać ósmego grudnia", czyli w dzień poświęcony Niepokalanemu Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

Bóg co prawda nie zabrał jej z tego świata w najbliższy dzień 8 grudnia, ale od następnego roku (1911), co roku przez kilka lat w ten właśnie dzień pojawiały się różne poważne – jak na tamte czasy – choroby, które o mało nie doprowadziły do jej śmierci. Były to kolejno dyfteryt, bardzo wysoka gorączka, zapalenie wyrostka robaczkowego. Doświadczenie cierpienia, zwłaszcza podczas choroby i operacji wyrostka robaczkowego w grudniu 1914 r. oraz rekonwalescencji w roku następnym, okazało się jednocześnie szczególnym mistycznym doświadczeniem miłości i zażyłości z Jezusem i doświadczeniem Jego łaski i prowadzenia. Wtedy też On objawia Juanicie, że chce, by została karmelitanką. Z wielką prostotą wyznaje w swym Dzienniku:

"Od tego czasu kochany Jezus mówił do mnie, a ja spędzałam całe godziny, rozmawiając z Nim. […] On pouczał mnie dalej, w jaki sposób powinnam cierpieć i nie narzekać, a także o intymnym zjednoczeniu z Nim samym. Wtedy powiedział mi, że chce mnie dla Siebie samego, że chciałby, abym została karmelitanką".

I dodaje, zwracając się do s. Rios, której dedykuje swój Dziennik:

"O, Matko, nie możesz sobie wyobrazić, co czynił Jezus w mojej duszy. W tym czasie nie żyłam w sobie, lecz Jezus był tym, który żył we mnie. […] Pan Jezus ukazał mi cel świętości".

Uderzająca jest bliskość i bezpośredniość kontaktów z Jezusem w tym okresie, wyrażana za pomocą słów: "On mówił do mnie", "pouczał mnie", "powiedział mi", "czynił w mojej duszy", "ukazał mi". Świadczy to o mistycznym charakterze tych doświadczeń. Doświadczenie miłości i bliskości Chrystusa staje się dla niej najbardziej skutecznym źródłem siły do podejmowania zwycięskiej walki z własnymi wadami i nieuporządkowaniem wewnętrznym. Jego miłość staje się tak fascynująca i ogarniająca umysł, wolę, uczucia i pragnienia, że stopniowo wyciszają się one i uwalniają od swych nieuporządkowanych poruszeń. W wieku piętnastu lat pisze o Jezusie:

"W Nim znajduję wszystko. On jeden zajmuje wszystkie moje myśli, a cała reszta poza Nim jest cieniem, udręką i marnością".

Bliska więź z Chrystusem umacnia się zwłaszcza podczas modlitwy osobistej, którą od czasu Pierwszej Komunii praktykuje codziennie. W praktykę tę wprowadza ją lektura pism św. Teresy od Jezusa, a także Teresy od Dzieciątka Jezus oraz Elżbiety od Trójcy Przenajświętszej. Jest to modlitwa taka, jak ją przedstawiają Święci Karmelu – miłosna rozmowa z Bogiem poprzez pośrednictwo Chrystusa. W jednym z listów tak ją opisuje:

"Na moją modlitwę składa się prawie zawsze intymna rozmowa z Panem. […] On mówi mi, co powinnam robić, aby być Mu jak najmilszą".

Z czasem właśnie modlitwa staje się szczególnym miejscem mistycznego doświadczenia Boga i Jego miłości oraz poznania Jego woli, także co do takich konkretów, jak data wstąpienia do Karmelu, czy nawet data własnej śmierci.

Doświadczenie Bożej miłości umacnia się jeszcze bardziej od czasu wstąpienia do Karmelu. W pierwszych dniach pobytu w klasztorze Siostra Teresa notuje:

"Jestem w Karmelu od ośmiu dni. […] Czuję miłość Bożą w taki sposób, iż są chwile, kiedy sądzę, że nie zdołam się jej oprzeć".

W Karmelu intensyfikują się łaski mistycznego udzielania się Boga na modlitwie, które jeszcze bardziej rozpalają w sercu Teresy miłość i przygotowują do pełnego zjednoczenia z Bogiem.

Szczególne sposoby miłosnego udzielania się Boga podczas modlitwy

Spośród szczególnych sposobów oddziaływania Boga modlitwie i umacniania Teresy z Los Andes w miłości należy wymienić otrzymywane wewnętrznie słowa i widzenia, a także uniesienia miłości, aż po ekstazę.

Słowa Jezusa i Maryi towarzyszą Teresie praktycznie od dzieciństwa. Rozumiemy poprzez nie – przez analogię do słów odbieranych poprzez zmysł słuchu – wewnętrzne nadprzyrodzone przekazy pojęć lub wyobrażeń, odbieranych przez wyobraźnię lub intelekt w postaci pewnych sformułowań wewnętrznych. Wydaje się, że w przypadku Teresy w początkach jej życia duchowego mamy często do czynienia z tzw. słowami sukcesywnymi, które sam umysł, skupiony i będący pod działaniem Ducha Świętego, tworzy i wypowiada, jednakże prawdziwy owoc tych słów, który dusza otrzymuje, jest darem Bożym. Na dalszych etapach życia Świętej zauważamy także tzw. słowa umysłowe, odbierane wprost przez intelekt, na sposób bierny, bez pośrednictwa zmysłów. Słowa te pouczają ją o miłości Boga i o tym, jak ona w codziennym życiu i w konkretnych sytuacjach powinna na tę miłość odpowiadać. Czasem są to słowa upomnienia za popełnione niedoskonałości. Przykładem tego typu doświadczeń jest wyznanie Teresy, poczynione na początku swego pobytu w Karmelu:

"Pan upomina mnie za mniejsze niedoskonałości i prosi także o drobne ofiary. […] Prosił, abym żyła w ciągłym skupieniu. Abym na nikogo nie patrzyła. Abym robiła to wszystko z miłości. Abym była posłuszna najdrobniejszym wskazówkom. Abym miała wielkiego ducha wiary".

Otrzymywane słowa stawały się konkretnym sposobem prowadzenia Teresy przez Boga. Umacniały w niej miłość, ale również wskazywały na sposoby współpracy z otrzymanymi łaskami. Charakterystyczną cechą, potwierdzającą autentyczność działania Bożego w Teresie jest to, że zachowuje ona zdrowy dystans wobec otrzymywanych słów, a tym bardziej nie podejmuje żadnych zewnętrznych kroków, o które Bóg ją prosi bez uzyskania potwierdzenia ze strony spowiednika. Tak np. kiedy Bóg poucza ją o wartości cierpienia, a zwłaszcza gdy mówi jej, aby została karmelitanką, zyskuje wewnętrzną pewność dopiero, gdy to samo zostaje jej potwierdzone przez spowiednika:

"Krótko potem kapłan, mój spowiednik, powtórzył mi te same słowa. Wtedy powiedziałam mu, co powiedział mi Pan".

Podczas modlitwy doświadcza również widzeń, a więc nadprzyrodzonego postrzegania przedmiotu, który w sposób naturalny jest niepostrzegalny. W przypadku Świętej mamy do czynienia głównie z widzeniami wyobrażeniowymi i umysłowymi, a więc takimi, w których przedmiot postrzegany jest na sposób bierny poprzez wyobraźnię lub bezpośrednio przez intelekt. Kiedy opisuje widzenia typu umysłowego, często zaznacza wyraźnie, że widziała np. Chrystusa, "ale nie oczyma ciała", a także że po ustaniu takiego widzenia nie mogła go sobie odtworzyć w wyobraźni, właśnie ze względu na jego intelektualny charakter, jakkolwiek wewnętrzne skutki, przede wszystkim wzrost i umocnienie miłości, pozostały w niej. W przypadku widzeń wyobrażeniowych, dusza może przypomnieć sobie i odtworzyć w wyobraźni to, co widziała. Opisując jedno z takich widzeń Chrystusa ukoronowanego cierniami, Święta stwierdza:

"trwało to mniej więcej dwie minuty, ale Jego oblicze pozostało bardzo długo wyryte w pamięci i za każdym razem, gdy przypominałam sobie to, co zobaczyłam, pogrążałam się w skrusze za moje grzechy".

Widzenia, zarówno wyobrażeniowe, jak i umysłowe pozostawiały głębokie skutki: głębsze poznanie siebie i rodzącą się stąd skruchę, a przede wszystkim głębsze poznanie Boga i wzrost miłości ku Niemu, a także pragnienie cierpienia z miłości do Niego. Po jednym z takich widzeń Teresa tak opisuje jego skutki:

"Miłość do Niego [Boga] wzrastała coraz bardziej, tak że wszystko co przecierpiałam, wydawało mi się niczym".

Jeszcze bardziej zdumiewająca jest reakcja jej miłości na inną tego typu łaskę:

"Pewnego razu miłość ogarnęła mnie z taką siłą, że wzięłam szpilkę i wyryłam nią na piersi litery: J.A.M. (Jesús Amor Mio – Jezus moją Miłością)".

Zjednoczenie w miłości

W okresie poprzedzającym pełne zjednoczenie z Bogiem miały miejsce w życiu naszej Świętej także ekstazy. Mamy tu na myśli wyłączenie działania zmysłów, spowodowane silną koncentracją wewnętrznej uwagi, która wywołuje osłabienie lub zawieszenie działania władz somatycznych, a nawet przerwanie łączności z rzeczywistością zewnętrzną. Według św. Jana od Krzyża, bezpośrednią przyczyną mistycznej ekstazy jest kontemplacja wlana, w której udzielanie się Boga, Jego światła i miłości, jeśli jest szczególnie intensywne, skupia wszystkie żywotne siły człowieka, powodując w konsekwencji ograniczenie działalności władz somatycznych.

W listach do kierownika duchowego Teresa opisuje kilka tego typu doświadczeń, które istotnie umocniły w jej sercu miłość i przygotowały do pełnego zjednoczenia z Bogiem. Doświadczenia te miały miejsce w ciągu roku 1919. Jedno z nich tak opisuje kilka dni później:

"Sześć dni temu, będąc pod działaniem łaski po Komunii Św., poczułam tak wielką miłość do Pana, że zdawało mi się, iż moje serce jej nie zniesie. […] Potem, na modlitwie, ukazał mi się Bóg i natychmiast moja dusza opuściła mnie, ale tak gwałtownie, że prawie upadłam na ziemię. Nie tracę świadomości, gdyż słyszę wszystko, co się obok mnie dzieje, ale nie mogę oderwać od Niego uwagi. Przede wszystkim, kiedy duch bardziej się wznosi, wówczas tracę poczucie czasu […]. Po tym wszystkim moje ciało jest bez czucia i bez sił. Prawie nie mogę utrzymać się na nogach. Jednego z tych dni nie miałam nawet siły na to, aby podnieść widelec do ust".

Pełnia miłości ma jednak miejsce w stanie zjednoczenia z Bogiem. Samo zjednoczenie dokonuje się zresztą poprzez miłość. Cechą charakterystyczną tego stanu jest to, że ustają gwałtowne ekstazy, zaś ogień miłości spokojnie i głęboko płonie wewnątrz duszy, ogarniając ją pokojem i chwałą. Wydaje się, że Teresie z Los Andes dane było przeżywać ten stan już w roku 1919, o czym świadczą listy i zapisy w Dzienniku, jak choćby te:

"Doświadczam w sobie Bożej łaski o wiele głębiej od wszystkiego, co czuję. Kocham Go, jednak bez odczuwania tej miłości tak, jak mi się to zdarzało wcześniej, gdy czułam się zupełnie bez sił i wyczerpana. Obecnie jestem bardziej z Nim zjednoczona, jednak bez odczuwania tego wszystkiego". "Czuję się zanurzona w niezgłębionym pokoju i radości, a jednocześnie wydaje mi się, że jestem już w wieczności, nieporuszona. Takie są przeżycia, które zjednoczenie z Bogiem sprawia we mnie".

Charakterystycznym dla stanu zjednoczenia jest także – zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża – spokojne pragnienie zerwania ostatniej zasłony życia, oddzielającej od Boga, aby w pełni móc cieszyć się posiadaniem Go. Jakkolwiek w niektórych momentach szczególnie intensywnego udzielania się Boga w stanie zjednoczenia Teresa już czuje się jakby była w wieczności, to jest oczywistym, że obiektywna sytuacja jest inna i pojawiająca się świadomość tego rodzi w niej pragnienie śmierci, by posiadać Boga w pełni i bez lęku o utracenie Go. Po jednym z takich intensywnych doświadczeń miłości Bożej po przyjęciu Komunii Świętej wyznaje:

"Czuję pragnienie śmierci, by móc Go posiadać, nie bojąc się, że utracę Go przez grzech".

Lektura pism i analiza rozwoju życia duchowego św. Teresy pozwala stwierdzić, że w swoim krótkim życiu doszła do szczytów zjednoczenia z Bogiem.

Cierpienie

Życie Teresy z Los Andes, zgodnie z jej własnymi słowami, będąc historią miłości, było jednocześnie historią cierpienia. Różne oblicza miało to cierpienie. Nie brakowało cierpień fizycznych, o których wspominaliśmy, ale szczególne wydają się dwa wymiary cierpienia, charakteryzujące drogę duchową Teresy i jej powołanie w Kościele. Chodzi o duchowe cierpienia związane z biernymi oczyszczeniami jej duszy podczas nocy ciemnej oraz o cierpienie ekspiacyjne (zastępcze), będące świadomym ofiarowaniem siebie za grzechy świata i w intencji uproszenia nawrócenia dla grzeszników.

Obydwa te rodzaje cierpienia Teresa przeżywała jako udział w tajemnicy Krzyża Chrystusowego. Nie pragnęła cierpienia dla samego cierpienia, natomiast w duchu wiary pociągało ją cierpienie przeżywane jako Krzyż, na którym odnajduje Chrystusa i jednoczy się z Nim. Tak rozumiane cierpienie było dla niej nierozerwalnie związane z miłością, było niejako jej drugim obliczem. Wyznaje w swoim Dzienniku:

"Dlaczego w głębi mojej duszy rodzi się ten pociąg do cierpienia? Dlatego, że kocham. Moja dusza pragnie krzyża, ponieważ jest na nim Jezus".

Cierpienia nocy ciemnej

Niewiele znajdujemy śladów cierpień, związanych z doświadczeniem biernej nocy zmysłów. Można przypuszczać, że zbiegały się one z czasem poważnych chorób fizycznych, jakie przechodziła Teresa co roku przez kilka lat, a zwłaszcza z zapaleniem wyrostka robaczkowego w grudniu 1914 r., operacją i rekonwalescencją po tej chorobie. Wtedy doświadcza mocnego rozchwiania emocjonalnego. Wyzna:

"moje nerwy były w tak złym stanie, iż nie wiedziałam, co mi się stało; zaczęłam płakać i śmiać się".

Bóg poprzez cierpienie fizyczne i psychiczne, związane z chorobą, porządkował jej sferę zmysłową i emocjonalną, pociągał mocniej ku sobie, kierując jej życiem i dając poznać wartość samotności. Po odzyskaniu zdrowia, Teresa, mając piętnaście lat, tak podsumowuje ten czas cierpienia i próby:

"Wiek piętnastu lat dla młodej dziewczyny jest najbardziej niebezpieczny, gdyż wchodzi w burzliwe morze świata. Lecz co do mnie, to w momencie, kiedy ja mam piętnaście lat życia, Jezus objął dowództwo nad moim okrętem i chroni go przed zderzeniem z innymi statkami. Trzyma mnie na samotności z samym sobą. W konsekwencji moje serce, poznając tego Kapitana, poddało się pod czar Jego miłości i tutaj On trzyma mnie w niewoli".

Są to wyznania charakterystyczne dla duszy, która doświadcza pozytywnych skutków oczyszczenia i wydaje się jej, że taki stan będzie trwał zawsze.

Po dwóch latach względnego spokoju, od roku 1917 do pierwszych kilku miesięcy roku 1919, pojawiają się jednak w życiu Teresy nowe i o wiele intensywniejsze cierpienia, związane z bierną nocą ducha. Czytając ich opis zawarty w Dzienniku oraz listach, odnajdujemy doświadczenia charakterystyczne dla nocy ducha, tak jak je opisuje św. Jan od Krzyża: doświadczenie ciemności, cierpienia, pokusy przeciw wierze, poczucie odrzucenia przez Boga.

W dniu 20 sierpnia 1917 notuje:

"Mój Boże, dlaczego mnie opuściłeś? […] Czuję się nieczuła, zimna jak marmur".

Kilka miesięcy później wyznaje:

"moim zwykłym stanem jest przerażająca oschłość".

W Wielką Środę (27.03) 1918 notuje:

"opuszczenie, oschłość, agonia… Znajduję się w takim stanie, że już więcej nie mogę".

Do tej ciemności i oschłości dołączają się intensywne pokusy, że wszystkie udzielane jej słowa Boże i inne łaski były złudzeniem i okłamywaniem się. W liście do spowiednika, o. Artemio Colom, pyta z udręką:

"proszę mi szczerze wyjaśnić to, co dotyczy mej modlitwy, ponieważ wydaje mi się, że jestem oszukiwana, proszę mi powiedzieć, jaką drogą mam iść. […] Wydaje mi się, że wszystko, co tu opisuję, jest kłamstwem..., że są to moje wymysły".

Dodatkowym cierpieniem w tym okresie są poważne wątpliwości co do swego powołania do Karmelu, jakie przeżywa przez cały rok 1917. Pisze na ten temat na początku stycznia 1918 r. do innego spowiednika, o. José Blanch, opisując stan swej duszy w poprzednim roku:

"Wydaje się, że Pan chciał mnie doświadczyć w tamtym roku, ponieważ bardzo cierpiałam, nie mając do kogo zwrócić się o pomoc. Miałam wiele wątpliwości co do mego powołania do Karmelu".

Jednak najpoważniejszym cierpieniem oczyszczającej nocy ducha były intensywne pokusy przeciw wierze, przeżywane w roku 1918. Są to pokusy podobne do tych, które opisuje św. Teresa od Dzieciątka Jezus w ostatnim roku swego życia. Pojawia się pokusa, że nie istnieje Bóg, życie wieczne, że jej powołanie, jej ofiara są jedną wielką pomyłką. Teresa w listach do o. Blanch dość szczegółowo opisuje cztery tego rodzaju pokusy. Pierwszą z nich tak przedstawia, jeszcze przed wstąpieniem do klasztoru:

"Przeżywałam wątpliwości odnośnie do wiary w ten sposób – czcigodny Ojcze, że pytałam samą siebie, czy istnieje Bóg, ponieważ czułam się przez Niego zupełnie opuszczona. Patrzyłam na swój krzyż i wszystko to wydawało mi się ułudą. Wzywałam pomocy Maryi, lecz ona również mnie nie wspomogła".

Druga seria oczyszczających wątpliwości i pokus ma miejsce już w klasztorze Los Andes. Opisuje ją w Dzienniku, w maju 1919 r.:

"Przyszły na mnie straszne wątpliwości przeciw wierze, tak że miałam pokusę, aby nie iść do Komunii Św., a następnie, kiedy miałam na języku Najświętszą Postać, chciałam ją wypluć, gdyż myślałam, że nie ma tam Pana i że nigdy tam Go nie było".

Trzecią próbę przeżywa w tym samym okresie i uznaje ją za największą. Jest nią intensywne poznanie swej grzeszności i poczucie zagniewania Boga. Pisze:

"Najstraszniejsza była trzecia próba. Czułam cały ciężar moich grzechów […]. Zaczęłam płakać w mojej celi, leżąc głową na ziemi. […] Nazajutrz Pan ukazał mi się już nie w agonii, lecz z bardzo smutnym obliczem. Zapytałam, co zrobiłam, ale mi nie odpowiedział, dając mi do zrozumienia, że gniewa się na mnie. […] Trwałam w wielkim bólu i zawstydzona z powodu moich grzechów".

Wreszcie tak opisuje czwartą próbę:

"Czwarta próba była przerażająca i miała miejsce na modlitwie, podczas której byłam rozpłomieniona i przeniesiona w Boga, bez możliwości poruszenia. Przyszło mi na myśl, że to wszystko było oszustwem szatana, a dowodem było, że nie byłam posłuszna na dzwonek. Ciemności były tym bardziej straszliwe, ponieważ sądziłam, że jestem opuszczona przez Boga".

Opisane doświadczenia i próby nocy ciemnej stały się tyglem, w którym dogłębnie oczyszczała się wiara, nadzieja i miłość Teresy, pogłębiało się jej poznanie siebie, oczyszczały się także gruntownie jej motywacje modlitwy i umacniała się w niej postawa bezinteresownego szukania Boga dla Niego samego, a nie ze względu na własne korzyści. Powyższe doświadczenia umożliwiły w konsekwencji pełne zjednoczenie z Bogiem.

Cierpienie ekspiacyjne

Oprócz oczyszczających cierpień związanych z doświadczeniem nocy ciemnej, zauważamy w życiu Świętej cierpienie przeżywane na sposób ekspiacji za grzechy innych oraz dla wyproszenia innym łaski poznania Boga i przemiany życia. Na opisanie tego typu cierpień Teresa często używa słowa victima, odnosząc je do siebie. Słowo to w języku biblijnym Starego Testamentu oznaczało zwierzę złożone w ofierze Bogu przez Jego lud. We wspólnocie chrześcijańskiej Jezus, ofiarowawszy się na krzyżu, stał się prawdziwą ofiarą za grzechy świata, przyjętą przez Boga. Teresa przeżywa swe cierpienia także w takiej właśnie perspektywie, mówiąc o sobie jako o żertwie, o hostii ofiarnej, o ołtarzu, czyniąc to zawsze w łączności ze zbawczą ofiarą Chrystusa.

Pierwsze mocne przeżycie opisywanej tu rzeczywistości miało miejsce w życiu Teresy w nocy 16 listopada 1917 r.

"Rozmawialiśmy [z Jezusem] poufale – pisze Teresa. […] Ukazał mi swoją wielkość a moją nicość i powiedział, że wybrał mnie jako żertwę. Powinnam wstępować z Nim na Kalwarię. Powinniśmy razem podjąć się zdobycia dusz".

Doświadczenie to pokazuje, że Teresa czuje się wybraną przez samego Chrystusa do tego typu apostolatu cierpienia, który był również Jego udziałem, a nie jest to wybór jej własnej zuchwałości. Z miłości do Jezusa podejmuje to swoje nowe powołanie, ucząc się od Niego jak w codziennym życiu stawać się – jak On sam – eucharystyczną Hostią.

"Na modlitwie Pan ukazał mi, jak za nas był zmiażdżony i przemieniony w hostię. Powiedział mi, że aby być hostią, trzeba koniecznie umrzeć dla samego siebie. Hostia […] musi krzyżować swoje myśli, odrzucając wszystko, co nie jest z Boga. Myśli ma mieć stale utkwione w Bogu, swe pragnienia kierować ku Bożej chwale, ku uświęceniu duszy. Hostia nie posiada własnej woli odnośnie do tego, dokąd jest zabierana. Hostia nie widzi, nie słyszy, nie kontaktuje się zewnętrznie, a jedynie wewnętrznie".

W liście do o. Juliana Cea z kwietnia 1919 r. opisuje okoliczności i akt swej zgody na bycie taką żertwą i hostią ofiarną:

"Przed mniej więcej rokiem objawił mi się pewnego dnia Pan z nieskończoną miłością, gdy był wystawiony w Najświętszym Sakramencie. Dał mi wtedy poznać swą miłość, na którą ludzie nie odpowiadają. Prosił mnie, abym się ofiarowała jako ofiara miłości i ekspiacji i zapewnił mnie, że będę wiele cierpiała w mym życiu. Po tym przeżyciu nie chciałam ofiarować się jako żertwa bez skonsultowania tego ze spowiednikiem; uzyskałam jego zgodę lecz tylko na uczynienie tego na pewien czas. Wtedy na wiele miesięcy pojawiły się cierpienia wewnętrzne, które jednak potem minęły".

Uderzający jest eucharystyczny kontekst tego doświadczenia jak również to, że akt ten jest uczyniony dopiero po uzyskaniu zgody spowiednika. Potwierdza to zdrową pobożność Teresy i jej zakorzenienie w pośrednictwie Kościoła w jej relacji z Bogiem.

Motywem do uczynienia tego typu aktu było przede wszystkim pełniejsze upodobnienie się do Chrystusa i wynagrodzenie za grzechy swoje i innych, zwłaszcza kapłanów, oraz za zniewagi Najświętszego Sakramentu, a także współudział w łaskach zbawienia dla poszczególnych osób, w tym Ojca Świętego i kapłanów, a szczególnie dwóch swych braci: Miguela i Luisa. Pierwszy z nich prowadził dość nieuporządkowany tryb życia, mając również problemy z nadużywaniem alkoholu, drugi natomiast – "nasiąknąwszy" laickimi ideami współczesnych sobie filozofów francuskich – oddalił się od Boga.

Poczyniony akt znany jest Teresie także z życia innych świętych, w tym świętych Karmelu. Bez wątpienia, czytając pisma Teresy od Dzieciątka Jezus, zetknęła się z jej aktem ofiarowania się Miłości Miłosiernej. Cechą jej własnego ofiarowania się jest również miłość, ale także związany z nią element ekspiacji, tak charakterystycznej dla miłości Chrystusa.


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Przesłanie duchowe
o. Andrzej Ruszała OCD

Siostra Teresa z Los Andes kanonizowana została prawie dokładnie w 500. rocznicę ewangelizacji Ameryki (1592–1992) i ukazana jako jeden z najpiękniejszych owoców świętości Kościoła na tamtym terenie. Od dzieciństwa odznaczała się zdolnością do pociągania ludzi ku Bogu, począwszy od swego rodzeństwa i dalszej rodziny, poprzez koleżanki w szkole i tych, z którymi się stykała. Czyni to także obecnie poprzez swoje pisma i przykład życia, naznaczonego młodością, radością i sympatią, a także poprzez duchowe oddziaływanie poświęconego jej w Santiago sanktuarium. Ojciec Święty Jan Paweł II podczas Mszy św. kanonizacyjnej Teresy z Los Andes powiedział:

"Bóg sprawił, że w jej młodym życiu […] zajaśniała niezwykłym blaskiem światłość Jego Syna Jezusa Chrystusa, a ona sama stała się latarnią i drogowskazem dla świata, który zdaje się lękać, że Boża jasność go porazi. Ta chilijska karmelitanka […] daje zsekularyzowanemu społeczeństwu, odwracającemu się od Boga, wyraziste świadectwo życia. Głosi dzisiejszemu człowiekowi, że zazna prawdziwej wielkości i radości, wolności i spełnienia, jeśli będzie kochał Boga, wielbił Go i Mu służył. Życie św. Teresy jest jakby cichym wołaniem zza klauzury, że «Bóg sam wystarczy!»".

To jest jej podstawowa misja, którą owocnie pełni także dzisiaj: budzić w sercach ludzi pragnienie Boga, ukazywać Jego piękno i miłość, zachęcać do oddania Mu swego życia ze wspaniałomyślnością, szukania zażyłej przyjaźni z Nim. Tę zażyłość sama przeżywała przede wszystkim podczas modlitwy i kontemplacji i do modlitwy też zachęca przypominając, że w niej człowiek otwiera się na miłość Chrystusa, ucząc się przez to przezwyciężać miłość własną.

Teresa, zmarła jako niespełna dwudziestoletnia dziewczyna, jawi się jako szczególnie przekonujący świadek i przykład dla wszystkich ludzi młodych. Ten aspekt jej duchowego przesłania również podkreśla papież podczas kanonizacji:

"Jest wołaniem skierowanym szczególnie do młodych, spragnionych prawdy i szukających światła, które nada sens ich życiu".

Papież podkreśla także, że Teresa jest świadkiem tego, czym jest prawdziwa miłość oraz że czystość serca jest piękna i możliwa:

"Młodzieży narażonej nieustannie na wpływy kultury przenikniętej erotyzmem, społeczeństwu mylącemu prawdziwą miłość – która jest darem – z hedonistycznym wykorzystaniem drugiej osoby, ta młoda dziewczyna z Andów ukazuje dziś piękno i szczęście promieniujące z czystych serc".

Święta rozbłyska jako wzór powołania i życia karmelitańskiego: apostolskiej płodności jego modlitwy, milczenia i ofiary, aż po świadome uczestnictwo w całopalnej ofierze krzyżowej Chrystusa. Jest swoistym prorokiem trudnej do zrozumienia tajemnicy cierpienia w życiu człowieka. Swoim życiem świadczy, że cierpienie przyjęte w wierze i w łączności z cierpieniem Chrystusa ma sens i – co więcej – staje się potężnym środkiem apostolskim.

Dla wszystkich zaś osób przeżywających swoje powołanie chrześcijańskie w świecie jest przykładem na to, że świętość, aż po jej najwyższe szczyty przeobrażającego zjednoczenia z Bogiem, jest możliwa do osiągnięcia w świecie – w życiu świeckim, jako że sama prawie całą drogę do zjednoczenia przebyła przed wstąpieniem do Karmelu. Chociaż bowiem pełne zjednoczenie – jak się wydaje – miało miejsce niedługo po jej wstąpieniu do Karmelu, to jednak zasadniczy proces oczyszczenia i uświęcenia dokonał się podczas jej życia świeckiego. Świętość zdobywała w codziennym życiu, w którym nie było jakichś nadzwyczajnych zewnętrznych wydarzeń, w życiu przeżywanym w gronie rodzinnym, naznaczonym nauką i pracą, służbą bliźniemu i cierpieniem. Jest to konkretne świadectwo na to, że świętość, aż po jej mistyczne szczyty, osiągalna jest dla wszystkich wiernych.


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Najgłębsza Istota Boga
o. Dominik Wider OCD

Każdy człowiek ma swoje przekonania, nawet wtedy, kiedy twierdzi, że nie ma żadnych. Wtedy bowiem zasada: "Nie kieruję się żadnymi przekonaniami" jest podstawą jego postępowania. Nie ulega wątpliwości, że postępowaniem człowieka kierują jego przekonania. Odnosi się to także do człowieka religijnego i jego religijnych przekonań. Przekonania te dla katolików są oparte na prawdach objawionych przez Boga. Znajomość tych prawd lub brak wiedzy o nich czy też jedynie częściowe ich przyjmowanie decydują o jego życiu religijnym oraz wynikającym z niego życiu duchowym. W dobie obecnej wielu ludzi wybiórczo przyjmuje prawdy objawione. Dobrze więc będzie bliżej przyjrzeć się świętej Teresie z Los Andes pod kątem przyjmowanych przez nią prawd objawionych. Święta miała mocne i poprawnie uformowane przekonania religijne, a w oparciu o nie także zdrowe życie duchowe. Nie posiadała teologicznego wykształcenia. Jest to oczywiste, odeszła do Pana w dwudziestym roku życia. Miała jednak, jak na swój wiek, dużą wiedzę religijną, zdobytą w domu rodzinnym, w szkole prowadzonej przez zgromadzenie Sacré Coeur, którą uzupełniła nieco później przez czytanie książek z dziedziny duchowości, szczególnie pism świętej Teresy od Jezusa, świętego Jana od Krzyża, Dziejów duszy świętej Teresy od Dzieciątka Jezus oraz Wspomnień błogosławionej Elżbiety od Trójcy Świętej. Niewielu wierzących może poszczycić się taką wiedzą teologiczną. Nie była ona teoretykiem, ale z łaski Pana praktykiem: otrzymana i zdobyta przez nią wiedza była na usługach jej żywej wiary, wyrażającej się w głębokim życiu duchowym. Jej "teologię" należy odczytywać w takim kontekście. Podstawowe prawdy objawione, w oparciu o które kształtowała swoje życie duchowe, obejmowały tajemnicę istoty Boga, tajemnicę Trójcy Świętej, tajemnicę Jezusa Chrystusa – Boga w Jego człowieczeństwie oraz tajemnicę Dziewicę Maryi Pośredniczki i wzorze życia Bożego. I jeszcze jedno podstawowe spojrzenie: Jej duchowość jest chrystocentryczna; nawet istotę Boga, Trójcę Świętą, ogląda z perspektywy Jezusa. Opracowanie jest oparte przede wszystkim na Listach, na wypowiedziach o niej jej brata Alojzego, oraz na sporadycznych odwołaniach do jej Dziennika.

Teologia w oparciu o słowo Boże wylicza wiele przymiotów Boga, z których każdy wyraża istotę Jego i od niej się nie różni. Nazywa Boga: bytem, jedynym, niewidzialnym, wszechpotężnym, miłosiernym, samą miłością, pełnym dobroci, świętym, wszechobecnym, wiecznym, nieskończonym, wszystkowiedzącym; jest Bogiem Jednym w Trójcy Świętej, Ojcem i Synem i Duchem Świętym. Który z tych przymiotów najpełniej określa istotę Boga? Różnie na to pytanie odpowiadano. Bóg pytany przez Mojżesza o Jego imię, sam siebie nazywa: "Jestem, który Jestem... Tak powiesz synom Izraela: Jestem posłał mnie do was" (Wj 3, 14). A św. Jan Ewangelista napisze: "Bóg jest Miłością" (J 4, 8). Błogosławiona Teresa z Los Andes znała te wszystkie przymioty Boga i nimi nazywała Go oraz zwracała się do Niego. Szczególną uwagę jednak zwróciła na te dwa bliżej określające istotę Boga: Bóg jest Istnieniem Nieskończonym – "Jestem" i Bóg jest Miłością. Jak do tego Błogosławiona doszła? Bóg pozwolił jej odnaleźć swoje wielkie JA w jej wnętrzu. Bóg, jak stwierdza, upodobał sobie w niej przebywać, zamieszkać, więcej – udzielać się jej wewnętrznie. A ona doświadcza Jego miłości i czuje się zagubiona w Jego Istocie Nieskończonej.

"Jak dobrze jest – pisała do swojej matki – być przenikniętą Jego Boskim Bytem i utożsamioną z Nim przez miłość".

Ten, który JEST, przychodzi do niej, oddaje się jej i pozwala jej uczestniczyć w swoim Istnieniu. On jest istnieniem, ona tą, która otrzymała i otrzymuje istnienie od Niego. Bóg istnieje w niej, ona istnieje w Bogu. Ten, który w niej istnieje, jest MIŁOŚCIĄ. Tę miłość odnajduje w Jezusie – Słowie: On jej ukazuje miłość Boga. Bóg jest miłością; podziwia tę miłość i do tego zachęca swą matkę. Miłość bowiem jest istotą Boga. W niej mieszczą się wszystkie Jego doskonałości. Tak dla Świętej Ten, który nazywa się JEST, jest MIŁOŚCIĄ i kocha ją w Jezusie Chrystusie. Ta miłość, podobnie jak Jego Byt – Istnienie, jest nieskończona.

Ten Bóg, którego istota oznacza JEST i MIŁOŚĆ, jest Bogiem Jednym w Trzech Osobach. Święta odkrywa tę prawdę i obecność Trójcy Świętej w sobie przez więź, jaka ją łączy z Jezusem Chrystusem. Parafrazując wypowiedź Jezusa, napisze:

"Ten, kto wypełnia wolę mojego Ojca, ten mnie kocha, i Mój Ojciec go ukocha i do niego przyjdziemy, i w nim mieszkać będziemy" (por. J 14, 23).

Jezus mówi to – napisała te słowa do przyjaciółki – do każdego i każdy może, wypełniając swoje obowiązki, żyć z Nim w swojej duszy jak w swoim mieszkaniu, i może słuchać Go i widzieć we wszystkich momentach dnia. Święta Teresa pisze o Jezusie, uprzednio jednak napisała o zamieszkaniu w duszy całej Trójcy Świętej. Rozwinie tę myśl w innej wypowiedzi, w której przypomni, że Trójca Święta żyje w duszy, będącej w łasce uświęcającej. Kiedy człowiek żyje obecnym w jego głębi Jezusem, mając te same co On myśli, jedność odczuwania, działania, wtedy Bóg Ojciec widzi w nich swego Syna, a Duch Święty pozwala zobaczyć mieszkającego w nim Ojca i Syna. I przekazując te treści M. Angelice Teresie, dodaje:

"Tak staję się oblubienicą i Trzy Osoby przychodzą i przebywają we mnie".

Opisując dalej współobecność Trzech Osób w duszy człowieka, jakby poszerza tę współobecność jednoczącą z Bogiem w duszy przez zjednoczenie ze świętymi i aniołami. Bóg bowiem przebywa w niebie otoczony nimi. Jeśli więc jest się zjednoczonym z Nim – objaśniała Helenie Salas Gonzales – obecnym w niebie swej duszy, jest się także zjednoczonym z Jego otoczeniem, by razem z Nim wielbić i adorować obecnego Pana. Obecność Trójcy Świętej we wnętrzu duszy – pisała do o. Juliana Cea – wciąga w Jej kontemplację, która jak niezmierzony płomień ognia i światła ogarnia człowieka, chociaż nie jest zdolny on do przeniknięcia istoty obecnego Boga. Święta ukazała możliwości, jakie stają przed człowiekiem w tajemnicy Boga, który obdarzył sobą człowieka i dopuścił go do uczestnictwa w swoim JEST – istnieniu i w swojej MIŁOŚCI.


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Tajemnica obecności Boga podstawą zmiany życia
o. Dominik Wider OCD

Odkrytą tajemnicę uczestniczenia w istocie Boga w Trójcy Jedynego, zamieszkującego w jej duszy, święta Teresa z Los Andes zaczęła zgłębiać i na niej kształtować swoje życie. Jak to już zostało powiedziane, przeżywając tę obecność, ześrodkowuje się na Jezusie Chrystusie: gdzie jest On, przebywa cała Trójca Święta. Dawniej – jak napisała – nie mogła oderwać się od siebie nawet przez jeden dzień. Tak Święta ujęła życie człowieka w jego naturalnych odruchach. Człowiek od dziecka wzrasta, jako w czymś naturalnym, w swoim otoczeniu, na nim jest ześrodkowana. To otoczenie, szczególnie rodzinne, obejmuje go swoją troską, czułością, pokłada w nim swoje nadzieje, jakby umacnia go w myśleniu o sobie, zajmowaniu się sobą, nawet wtedy, kiedy myśli o najbliższych i darzy ich swoją miłością. W rzeczywistości – jak to dosadnie się mówi – kręci się on koła siebie. Tak było i ze Świętą. Ta postawa nie ominęła także jej życia duchowego. Kiedy odkryła, dzięki miłosierdziu Bożemu tajemnicę mieszkającego w niebie swego serca Boga, który stał się jej niebem, wszystko zaczęło się zmieniać – zwierzyła się swemu bratu Alojzemu. Będąc z Bogiem, zaczyna mniej myśleć o sobie, a więcej uwielbiać Tego, który ją kocha nieskończoną miłością. W Nim odnajduje siebie kochaną, ale i rozkochaną w Bogu. Od tego momentu – informowała M. Angelikę Teresę – życie dla Boga stało się zasadą jej życia. Tak przestaje myśleć egoistycznie i autentycznie zaczyna kochać – pisała do tejże M. Angeliki – to znaczy żyć Bogiem i dla Boga. Na inny także sposób zaczyna kochać wszystkich tych, których dotąd kochała; kocha ich w Bogu. Podobnie – napisała do swego brata Alojzego – przeżywa miłość do stworzeń, oddając je miłości Bożej. Ta nowa rzeczywistość napełniała ją radością. Jej miłość staje się tak wielka, że zawsze żyła w obecności obecnego i umiłowanego Pana. Nie może ścierpieć – przekazywała swe doświadczenia swej przyjaciółce – by jakakolwiek rzecz stworzona przeszkadzała jej w tym; szuka więc samotności. Swoje nowe nastawienia wypowiedziała w liście do tej samej przyjaciółki:

"Nie odmawiaj nigdy niczego naszemu Panu. Bądź gotowa umacniać obecność Jego i postanów w każdej godzinie wypełniać doskonale obowiązki, mając świadomość, że w nich dopełnia się wola Boga".

Święta miała swoje sposoby trwania w obecności Bożej. Rozpalała swą miłość, przedstawiając Go sobie jako dzieciątko albo jako ukrzyżowanego czy zmartwychwstałego. Starała się w każdej chwili Go podziwiać. Spojrzenie na Jezusa ją uspokajało, jeśli była zaniepokojona lub rozegzaltowana, jeśli była zniechęcona, umacniało ją, jeśli była rozproszona, przynosiło skupienie. Kiedy cierpiała, kiedy czuła się samotna – jak przekazywała swemu ojcu – myślała, że Jezus jest z nią, daje jej umocnienie.

W dwóch listach obecność Boga przedstawia w tajemnicy Serca Bożego. Zaprasza adresata, by zechciał wejść w Boskie Serce. Ona sama – wydaje się, że mówi o sobie – żyła zanurzona w Nim, oddychając Jego Bóstwem, spalając swoje liczne brudy w ogniu Jego miłości.

"Tam żyję, kontemplując wielkość Jego Boskości".

I podkreśliła w liście do Elizy Valdes, że

"żyjemy wewnątrz Serca Jezusa, kontemplując wielką tajemnicę Trójcy Świętej w taki sposób, iż wszystkie nasze uwielbienia i adoracje jakby wychodziły z Serca naszego Jezusa i były z Nim łączone jako Jego W ten sposób żyjemy zjednoczeni z Człowieczeństwem Naszego Pana i zanurzeni w Jego Boskości".


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Jezus Chrystus - tajemnica Boga Człowieka
o. Dominik Wider OCD

Tajemnica Wcielenia i Odkupienia w chrześcijaństwie zawsze była tematem najważniejszym. Jak można już było z dotychczasowych rozważań się zorientować, tajemnica ta stała się także centralną dla świętej Teresy z Los Andes. Bóg udzielił jej łaski, że całe swoje życie ześrodkowała na Jezusie Chrystusie, a szczególnie na Człowieczeństwie Jezusa.

Tajemnica Wcielenia.

Wielu w swoich dochodzeniach filozoficzno-teologicznych dotyczących tej tajemnicy popełniło poważne błędy. Ona – napisała do Karminy de Castro – jednoznacznie trzymała się Ewangelii, która ukazuje Jezusa, Człowieka-Boga na przykład, czułość Jego Boskiego Serca. Zazwyczaj używa się określenia: Bóg-Człowiek, a pełniej mówi się o naturze Boga i naturze człowieka zjednoczonej w jednej Osobie Słowa. Dla Świętej najbliższe i dotykalne było Człowieczeństwo Jezusa zjednoczone z Bóstwem. Zresztą Bóstwo Jezusa zostało przez nią jasno ukazane w tajemnicy Trójcy Świętej: jest On Synem Bożym, drugą Osobą Trójcy Świętej. Postaci Bóstwa – pisała do o. Juliana Cea – bezpośrednio człowiek nie jest w stanie przeniknąć ani podziwiać. Wpatrzona w Człowieczeństwo Jezusa – zwierzała się Elizie – może zagłębiać się przez nie w Jego Bóstwo. I tak Święta czyniła. Podkreśliła, że należy żyć w nieustannym kontemplowaniu Boga, nade wszystko zaś Jezusa Chrystusa:

"[Jego] Człowieczeństwo jest bramą, przez którą można wejść w Boskość".

Miarą poznania Boga-Człowieka jest bowiem miłowanie Go aż do szaleństwa. I stawia pytanie: "Jak nie kochać Jezusa całą swoją duszą?". Jezus bowiem – pisała do swojej przyjaciółki – posiada wszystkie pozytywne przymioty stworzeń w stopniu najwyższym. On jest – pisała jakby w uniesieniu do tejże przyjaciółki – niewypowiedzianą Pięknością, odwieczną Mądrością, samą Dobrocią, pełnią Życia i ogromem Miłości. Odnośnie do piękności Święta dopełnia ten obraz w liście do Gracieli stwierdzeniem, że Jezus jednoczy w sobie całą piękność stworzeń: fizyczną, intelektualną i piękność serca. Uzupełniając obraz Jego miłości – napisała do swego ojca – że Jezus "cały jest czułością, cały miłością dla swoich grzesznych stworzeń", podając zarazem sposób przemienienia swojego życia; jest nim uczynienie Jezusa swoim przyjacielem. Ten przyjaciel w pełni zamieszkał w duszy i w Nim doświadcza się spokojnego odpoczynku. Warunkiem tego jest, by nic nie było między Nim a człowiekiem. Rozwijając tę myśl, w liście do swej siostry Rebeki podkreśliła, że Jezus jest Ojcem, Matką, Bratem, Oblubieńcem. Jakby objaśniając nazwanie Jezusa matką, uściśliła to pojęcie, pisząc do Amelii i Alojzy, że w Nim odnajduje się ciepło matki w stopniu Najwyższym. Zachęcała Elizę do podziwiania nad wszystko miłości Jezusa. Przy tej okazji napisała, że Miłość jest istotą Boga. Święta po wiele razy doświadczała obecności Bożej Jezusa. Zawsze oglądała Go jako pełnego piękności i czułości – pisała do o. José Blanch:

"On jest jedynym pięknem, On jest jedyną radością".

W Dzienniku zapisała:

"On jest moją radością, Światłem".

Nazwała go przy tej okazji "Kapitanem", a siebie "żołnierzem", dodając wyjaśnienie tego porównania:

"Jestem niczym, On jest wszystkim".

Święta Teresa z Los Andes nazwała Jezusa najlepszym przyjacielem. Zachęcała swego ojca do obrania sobie tak ukazanego Jezusa za przyjaciela, do nawiązania z Nim zażyłości, do złożenia w Jego Sercu wszystkich trosk. On je obejmie z delikatnością i uzdrowi. W innym liście do ojca napisała, że nikt jak Jezus nie przeniknie serca i nie uleczy go, że nikt jak Jezus nie uleczy jego duszy, bo nikt nie kocha go tak jak Jezus, który oddał życie za człowieka, by mu dać niebo. On oświeca i On udziela mocy. Święta zachęcała do poznawania Jezusa-Przyjaciela. On, który tak bardzo nas ukochał, udzieli umocnienia w cierpieniu, da siły w wypełnianiu obowiązków, w noszeniu krzyża i w dążeniu do świętości. W ramach tej przyjaźni z Jezusem nalegała w listach, aby nie zajmować się niczym innym, jak tylko uczeniem się od Jezusa gotowości w przyjmowaniu cierpienia, jeśli Bóg nim obdarzy. Od Jezusa, Boga-Człowieka można nauczyć się wszystkiego, co najlepsze. Jezus jest człowiekiem – pisała Amelii – z tym, że był człowiekiem doskonałym, miał bardzo szlachetne i czułe serce, odczuwał głód, zimno, prześladowanie, śmierć, zdradę. Zarazem wszystko w Nim było Boskie i nieskończone. Dobrze jest podziwiać w Jezusie Jego pokorę w uniżaniu. Wyraziście Święta nawiązała tu do tekstu św. Pawła z Listu do Filipian o uniżeniu Jezusa (Flp 2, 5 n). Pisała bowiem o podziwianiu Jezusa aż do śmierci krzyżowej oraz o uczeniu się od Niego posłuszeństwa. Zachęcała do podziwiania Jezusa w milczeniu Nazaretu, by w ten sposób nauczyć się rozważać wszystko w swej duszy i w milczeniu.

Święta, zdając sobie sprawę, że daje pouczenia, zachęty, jakby się z tego usprawiedliwia swoim rozmiłowanie się w Jezusie.

"Kto kocha – napisała – nie może nie mówić o przedmiocie swej miłości".

Przynagla ją w tym wypadku Miłość, która ma w sobie wszystkie doskonałości, jak o niej nie mówić?! Należy tę Miłość kontemplować. Jezus jest MIEJSCEM miłości: – dlatego przynagla swego brata Alojzego – nie należy szukać innego miejsca. I przeszła do bardziej intymnego wyznania:

"Jezus już żyje w moim sercu. Jestem kroplą wody, która rozpłynęła się w nieskończonym Oceanie".

Ma świadomość, że jest zakochana w Jezusie. Pragnie, by inni zakosztowali tego szczęścia, a w Jego sercu odnajdą niewypowiedziane skarby. Stawiając to przed oczy w liście, który mógłby być skierowany do każdego, z żarliwości serca napisała do Herminki Valdes:

"Tej nocy i w tym dniu Jezus woła u drzwi twego serca, prosi cię o otwarcie, o miłość, jeśli nie otworzysz, nie ogrzejesz się w Jezusie".

Tajemnica odkupienia.

W jej tak wielkim ześrodkowaniu na Jezusie, nie mogło zabraknąć Ofiary Krzyżowej. Musiała sama bardzo w niej uczestniczyć i głęboko ją przeżywać, skoro swą siostrę Rebekę zachęcała do rozważania każdego dnia Męki Pańskiej bądź Najświętszego Sakramentu. Zapewne połączenie Męki Jezusa z Najświętszym Sakramentem nie było w tej wypowiedzi jedynie przypadkowe. Dla niej jest to jedna całopalna ofiara, jak wydaje się pisać do Estery Pelle, którą jako karmelitanka, składa wraz z Jezusem i kapłanem na całopalną hostię za zbawienie świata.

"Zjednoczona z Jezusem nadto jest otoczona członkami Ciała Chrystusa: uświęca się, by uświęcać braci".

W tym duchu zwierzała się swojej mamie, pisząc do niej, że Męka Jezusa najpełniej do niej przemawia. Przez rozważanie cierpień Odkupiciela pomnażała się w niej miłość, ukochanie ofiary, zapomnienie o sobie, zawierzenie Temu, który tak wiele cierpiał z miłości do niej. To skłaniało ją do kontemplowania w swej duszy Jezusa Ukrzyżowanego. Miała Go przed oczyma w całej Jego piękności, obleczonego w zbroczoną krwią tunikę. Postanowiła naśladować Go i zbierać u stóp krzyża krew Jezusa, gromadzić ją w sobie, by mogła ją dawać bliźnim, aby i oni mogli być nią obmyci.

"Ta Krew jest cenniejsza dla mnie niż wszystkie klejnoty i diamenty całego świata".

Ze swoimi głębokimi więzami i mocą, jakie czerpie od Jezusa Ukrzyżowanego, dzieliła się ze swoim ojcem. W cieniu Krzyża – pisała do niego – znikają wszystkie gorycze. Wszelkie cierpienia ludzkie nie są do porównania z cierpieniami Jezusa. Od Niego można się uczyć znoszenia wszystkiego w milczeniu i z poddaniem. Do Niego można przyjść z każdą boleścią; On czeka z wyciągniętymi ramionami i zaprasza do przyjścia: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię" (Mt 11, 28). Z tą samą zachęta zwróciła się do swojej matki nieco w innych słowach. Postawiła jej przed oczy umęczonego Jezusa na drodze krzyżowej i pocieszającego płaczące niewiasty. Jeśli w ucisku wzywamy Jezusa i prosimy Go o pomoc, jeśli zbliżymy się do Niego On, który jest z nami, w Tabernakulum, szybko przychodzi, bo pragnie nam dopomóc. Swoje zjednoczenie z Jezusem Ukrzyżowanym wyraziła, przepisując do Dziennika notatkę, której słowa wyraziście uznaje za swoje własne. Zapis rozpoczyna się słowami:

"Moim zwierciadłem ma być Maryja".

Zapatrzona w Nią jako jej córka chce być podobną do Niej i zapisała:

"Kochać tylko Jezusa. Moje serce musi więc mieć pieczęć miłości Boga. Moje oczy muszą być utkwione w Jezusie Ukrzyżowanym. Moje uszy stale muszą słuchać Boga Ukrzyżowanego. Mój język musi wyrażać Mu moją miłość. Moje stopy muszą iść na Kalwarię. Dlatego chód mój ma być wolny i skupiony. Moje ręce muszą obejmować Ukrzyżowanego, to znaczy, że na moim sercu musi być odciśnięty Boski obraz".

Święta Teresa z Los Andes, naśladując Maryję, dąży do stania się "zwierciadłem" Jezusa Ukrzyżowanego.

Tajemnica Eucharystii.

Święta Teresa z Los Andes zdaje się nie mówić o Najświętszej Ofierze. Wszystkie jej zapiski podkreślają Komunię Świętą i obecność Jezusa Eucharystycznego pomiędzy nami, w Tabernakulum. Czy można jednak mówić o Komunii, nie mając w swej świadomości Ofiary Mszy św.? Msza św., Komunia i Jego stała obecność w Tabernakulum stanowią nierozerwalną jedność. Jeden jest sakrament Eucharystii. W jednym ze swoich listów, skierowanym do Amelii i Alojzy, napisała, że Bóg nie przestaje dawać człowiekowi swojej krwi kropla po kropli. Niewątpliwie jest to jednoznaczne nawiązanie do bezkrwawej ofiary Mszy św., przez którą uobecnia się nieustannie Ofiara Krzyżowa. Jak zresztą całe Jego życie. Zanim przystąpiła do Komunii Świętej w dziesiątym roku swego życia, towarzyszyła swojej rodzinie podczas Mszy św. przynajmniej przez cztery lata. Jej brat Alojzy, dwa lata starszy od niej, opisując jej Pierwszą Komunię, podkreśli, że dokonała ona w niej wielką przemianę, stała się podstawą solidnej i ciągłej pracy nad sobą. W swoich listach zachęcała ich odbiorców do nabożeństwa Eucharystycznego, wypowiadając jakby swoje credo na ten temat. Jej – bardzo zaangażowanej w Eucharystię – kult oddawany przez ludzi Eucharystii (jak pisała do matki) wydaje się bardzo słaby. Zauważała brak uszanowania wobec tej tajemnicy. On, który ukryty w Chlebie żyje pośrodku stworzeń, pozostaje jakby bez należnej chwały; znosi to w milczeniu. Ona sama często i z wielkim szacunkiem nawiedzała Najświętszy Sakrament w kościele, o czym pisze jej brat Alojzy. Do Lucji napisała o swoim pragnieniu, by wszyscy zrozumieli, że Eucharystia jest niebem... Komunią bez granic.

"W Eucharystii bowiem – przypomina Amelii Montt – żyje Jezus między nami".

Zachęca do kochania Tego, który z miłości daje się swoim stworzeniom. O sobie napisała, że w Eucharystii przeżywa wielkie zjednoczenie z Jezusem... Spożywa Jezusa. Spożywając Go, staje się do Niego podobna. Zatrzymując się nieco dłużej na słowie "pokarm" – pisała do Amelii i Alojzy – podkreśla, że Bóg stał się pokarmem, Chlebem stworzeń, w chwili, gdy człowiek przygotowuje się do śmierci przychodzi do niego jako pokarm, dający życie. A Karminę zachęca:

"Szukaj Jezusa w Eucharystii, a będziesz żyła z Nim".

Te wypowiedzi mówią o jej głębokiej wierze w Eucharystię i roli, jaką Jezus Eucharystyczny odegrał w jej życiu.


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Tajemnica Maryi Matki
o. Dominik Wider OCD

Przede wszystkim wyznaje, że Najświętsza Dziewica, była nieodłączną towarzyszką jej życia. Od trzeciego roku życia była jej powierniczką. Od szóstego roku życia codziennie odmawiała aż do śmierci cząstkę Różańca. Jedynie raz jako małe dziecko zapomniała go odmówić. W Liście do matki pisała z klasztoru, że obecnie jako przygotowanie do uroczystości Wniebowzięcia Maryi przez piętnaście dni codziennie siostry zbierają się pięć minut przed rozmyślaniem, by odmówić wspólnie jedną dziesiątkę Różańca. Otacza czcią Szkaplerz. Jej nabożeństwo do Maryi było oparte na podstawowych prawdach maryjnych. Przede wszystkim na jej Boskim macierzyństwie. Ona dała mi – pisała do Alojzy – "błogosławiony owoc swojego łona, swojego Boskiego Syna". Ona zasiała w jej duszy ziarno powołania. Kiedy pisze o Niej, nazywa Ją Matką Jezusa, Matką Bolesną. Słowa Matka miało u Świętej także znaczenie Maryi jako swej matki, na przykład podkreśli, że Maryja Matka nigdy nie jest na próżno wzywana przez swoje dzieci, czy w liście do Amelii i Alojzy, przypominając im, że są córkami Maryi i nie powinny się bać niczego, gdyż Maryja Dziewica okryje je swoim płaszczem. Opierała więc swoje nabożeństwo do Maryi Dziewicy na prawdach o Boskim macierzyństwie Maryi i jej duchowym macierzyństwie, jakie spełnia wobec wszystkich ludzi. Najczęściej Maryję nazywa Najświętszą Dziewicą. Jest więc i prawda o dziewictwie Maryi. Nie ma jednoznacznego zapisu o Niepokalanym Poczęciu Maryi, ale są wspomnienia o Lourdes, o czym pisze jej brat Alojzy. W ramach swego nabożeństwa przyjmuje pośrednictwo Maryi oraz Jej naśladowanie. Radowała się z tego, że dano jej zakosztować wielkiego skarbu, jej macierzyńskiej opieki. W Maryi Dziewicy widziała swoją przewodniczkę – jak pisała do Heleny Salas – gwiazdę, która ją prowadziła jak światło w ciemnościach. Ona od trzeciego roku życia – otwiera swoje wnętrze przed Alojzą – była jej powierniczką i wysłuchiwała wszystkich zwierzeń o jej radościach i bólach. Ona umacniała jej serce często zniechęcone bólem. W tymże liście zachęcała do mówienia ze swego serca do serca Maryi. Jest to jeden z piękniejszych tekstów:

"Kiedy czujesz się samotna, podziwiaj Ją, a zobaczysz, że uśmiechnięta powie ci, że Ona zawsze była samotna. Kiedyś smutna i opuszczona, biegnij do swojej Matki, która ci powie: «Nie ma bólu nad mój ból»; Ona cię umocni, wlewając w twoją duszę kroplę pociechy, która ukoi twoje zbolałe serce".

Do swego ojca napisała, by zawierzył całkowicie Maryi. Radzi mu, by powracał do odmawiania Różańca. Najświętsza Dziewica będzie strzegła i jego duszy, i jego spraw. I przekazuje ojcu swoje szukanie oparcia w Maryi:

"Kiedy cierpię, patrzę na Matkę Bolesną z Jezusem umarłym w Jej ramionach. Porównuję swój ból z Jej i nie widzę żadnego podobieństwa. Jezus jest Jej jedynym Synem, umarłym i zabitym za grzeszników. I patrząc na spływające łzy Matki, na pokrwawione ciało Jej Boga, uczę się pocieszania Najświętszej Dziewicy, opłakując grzechy".

W tej wypowiedzi jest uczenie się od Maryi, naśladowanie Jej. Do Heleny Salas pisała, że Najświętsza Dziewica jest wzorem niewiast. Swoim życie Maryja zachęca je do ciągłej modlitwy, milczenia i zapomnienia tego, co ziemskie. W następnym liście do niej, pisząc o swoich prośbach do Matki Bolesnej i Jej naśladowaniu w staniu pod Krzyżem, dodała, że pomogła jej nigdy nie schodzić z Kalwarii i jak Maryja być tam w każdym momencie swego życia ukrzyżowanego. A na koniec, wspomniane już słowa:

"Moim zwierciadłem ma być Maryja... muszę być do Niej podobna".

Jak z tego można wywnioskować, Święta żyje prawdami o Najświętszej Dziewicy i karmi swą miłość do Jezusa nabożeństwem do Niej.

Z tego, co zostało powiedziane, nasuwa się jeden wniosek: święta Teresa z Los Andes dobrze znała prawdy objawione w słowie Bożym i według nich kształtowała swoje życie religijne. Było on ześrodkowane na Jezusie, Synu Bożym. W Nim kontemplowała Trójcę Świętą w Nim odnalazła Jego i swoją Matkę, a wraz z Nimi pełnię życia duchowego. Nie ma innej drogi do uczestnictwa w życiu Boga.


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Historia gniewliwego serca
o. Marian Zawada OCD
Historia duchowa Juanity Solar to dzieje płomiennego i gniewliwego serca. Kiedy wsłuchujemy się w tonacje tego gniewu, możemy odkryć duchowe pokrewieństwo z Eliaszem, który z wielkim zapałem walczył o Boże sprawy.Na chrzcie św. otrzymała imię: Joanna Henryka Józefa od Najświętszych Serc. Wydaje się, że w życiu zrealizowała w pełni tajemnicę, która naznaczyła ją od początku. Juanita swoje życie streszcza w dwóch słowach: kochać i cierpieć. Prowadzi to z jednej strony do tajemnicy serca rozmiłowanego w Bogu, z drugiej do tajemnicy ukrycia, że przywołamy umiłowane przez Chrystusa wyrażenie: zamykanie drzwi swej izdebki (por. Mt 6, 6). Zamknięte na wszystko, co odwodzi od nieba i Boga.Wyznaje z radością, że już w wieku sześciu lat
"Jezus zaczął pociągać...[jej] serce, by było Jego własnością".
W wieku 14 lat jedyną miłością staje się Chrystus. Składa ślub czystości na pierwsze 9 dni. Inicjują one czas zaślubin, którym już nie będzie końca... Można tu doszukać się prawdy o proroku Jeremiaszu: "Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś" (Jr 20, 7).Podążając drogą serca, formuje je według najlepszych wzorów. Osiągnąwszy lat 15, zwraca się do Maryi:
"Dzisiaj, w święto Wniebowzięcia, prosiłam moją Matkę, aby dała mi swoje Serce".
Jej prośba pozwalała wpisać się tę samą wrażliwość macierzyńskiej, paschalnej miłości, którą Bogurodzica nosiła wobec Syna. Formowała się w drogę z Serca do Serca. W przestrzeni Jego Serca odnajdywała nie tylko pocieszenie, ale i zadanie:
"codziennie powinnam usuwać jeden cierń z Jego Serca".
Życie Juanity Solar to splot żywiołowej natury z niezwykłą głębią ducha. Poświęcała się z pasją dziewczęcym urokom życia, a jednocześnie pozwalała się całkowicie zdobyć Chrystusowi. We wnętrzu drzemał rodzaj gniewu, który torował drogę do coraz bardziej zdecydowanych religijnych postaw. Struktura tego gniewu to zarazem upodobanie, zapał i ogień, gwałtowność miłości, której nie da się powstrzymać.Lecz jej gniew posiada również religijną historię. W sensie duchowym gniew pochwycony w karby łaski objawia się jako gorliwość, żarliwość serca. Ten duchowy stan rozpoznajemy u Eliasza, który płonął jak pochodnia o chwałę Boga Zastępów, jak i u św. Pawła, niestrudzonego Apostoła narodów. W tej żarliwości chciała dla Chrystusa
"zostać obróconą w nicość, albo też znosić męki piekła, aby tak móc kochać Go i w jakiś sposób odpłacić się Mu za Jego łaski".
Ma to posmak determinada, determinatión świętej Teresy z Awili, konsekwentnej stanowczości, pełnego uporu trwania przy drogach miłości.Pragnie – jak Eliasz – żyć gorliwością o chwałę Pana Zastępów. Co więcej, usiłuje ta chwałą wypełnić własne życie. W tajemnicy adoracji i wielbienia widzi drogę chwały.Adorując Boga,
"będziemy uwielbieniem chwały i będziemy żyć życiem Nieba. Co więcej, musimy coraz bardziej rozpalać się żarliwością o chwałę Bożą". "Aby służyć Bogu, musimy być obojętni na wszystko, co nie przynosi Mu chwały".
W tym zdaniu odnajdujemy najlepsze strofy św. Jana od Krzyża. Tak ukształtowana miłość doznaje w kontekście chwały wypełnienia w sensie, który Juanita odkryła w pismach Elżbiety od Trójcy Przenajświętszej:
"Chrystus cierpiał przez całe swoje życie i był uwielbieniem chwały swego Ojca. Będę cierpiała z radością za własne grzechy i za grzeszników".
Upodobnienie paschalne osiąga swą pełnię. Juanita pragnie tak głęboko wpisać się w miłość, by żyć jedynie dla Umiłowanego:
"Pragnę nie umierać aż do końca świata, aby zawsze żyć u stóp Tabernakulum, pocieszając Pana w Jego agonii".

Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Pragnienie przyjaźni
o. Marian Zawada OCD

W tak ukształtowanym sercu największą rolę odgrywają płomienne pragnienia, zwłaszcza pragnienie Boga. Św. Jan od Krzyża mówił o wyłącznym pragnieniu Boga, Teresa z Awili: solo Dios basta. U źródeł pragnień stoi postawa kontemplatywna, która potrafi dostrzegać Boga, wydobywać Jego obecność. Wtedy stworzenie, sytuacje, zdarzenia, ludzie, wszystko, co przynosi czas i życie, przybiera formę napotykania Boga. Dnia 1 lutego 1918 roku Juanita pisze list do matki Angeliki Teresy, w którym czytamy:

"Wszystko, co widzę… wznosi mnie do Boga. Niezmierzone morze pozwala mi myśleć o Jego niezmierzonej wielkości. Czuję pragnienie nieskończoności".

Tuż przed wstąpieniem do Karmelu, w 14 kwietnia 1919 roku, tłumaczy swemu bratu Ludwikowi:

"Istnieje w duszy niezaspokojone pragnienie szczęścia. Nie wiem dlaczego, ale we mnie jest ono zwielokrotnione. Chciałabym miłować, ale coś nieskończonego, pragnę, aby istnienie, które kocham, nie zmieniało się i nie było ofiarą własnych namiętności, przypadkowych okoliczności czasu i życia. Miłować, tak, ale miłować Istnienie niezmienne, Boga, który kocha nieskończenie ze swej wieczności".

To pragnienie przemienia się w nieodpartą konieczność spotkania z Nieskończonym, głód intensywnej modlitwy, wreszcie pragnienie dusz, by uczynić płodną miłość Chrystusa.

Juanita przekonana jest, że jedną z kluczowych postaw jest przyjaźń duchowa. Zdaje sobie jasno sprawę z niewystarczalności tylko ziemskiej miłości. Spogląda na trud, jaki zadają sobie rówieśnicy, krewni, przyjaciele, by sprostać wymaganiom doczesnego miłowania. Widzi, jak wysiłki ludzi ku zjednoczeniu w ramach naturalnej miłości są bezskuteczne. Tłumaczy swej siostrze:

"Ci, którzy kochają się wzajemnie na ziemi, usiłują, moja kochana Rebeko… mieć jedną duszę i jeden ideał, lecz ich wysiłki są bezużyteczne, ponieważ stworzenia są bezradne".

Juanita odkryła tak wcześnie sekret miłości Boga, który jako jedyny potrafi zaspokoić tęsknotę ludzkiego serca.

Mówiąc o przyjaźni, Juanita dostrzega i wskazuje tylko jedną, tę w funkcji duchowego wzrastania. Z jednej strony "prawdziwa przyjaźń bardzo pomaga w podążaniu drogą doskonałości" i polega we "wzajemnym doskonaleniu się i wzrastaniu coraz bardziej w Bogu". Po drugie, wypływa ona z relacji modlitewnej z Bogiem. Modlitwa Juanity posiada swój niepowtarzalny klimat i realizm. W życiu duchowym człowiek często skupia się na motywacjach, intencjach, a na modlitwie także na konkretnych korzyściach materialnych czy duchowych dla siebie i innych. Dla pełni życia należy odkryć bezinteresowność miłości. Juanita pisze:

"Bóg jest miłością. Czyż nie szuka w duszach jedynie miłości? Przed każdą czynnością winniśmy spojrzeć na Niego... Czy możemy być bardziej zjednoczeni? Czynimy to nie ze względu na grzeszników, ani dla żadnej korzyści, ale tylko dlatego, że kochamy".

Dopiero w takim kontekście rozjaśniają się słowa św. Pawła o miłości: "gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał" (1 Kor 13, 3). Bez miłości unieważnione byłyby wszelkie zwycięstwa nad sobą, umartwienia, ofiary, nawet męczeństwo...

Juanita szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego Bóg aż tak kocha człowieka. Otrzymuje ją, gdy natrafia na tajemnicę Boskiego Serca: Stwórca posiada Boskie Serce, pełne miłości nieskończonej i tym miłosnym ogniem płonie, jak tylko spotyka kogoś, kogo może pochłonąć. Szesnastoletnia dziewczyna objawia nam czas Oblubienicy:

"Zostałam pochwycona w sieci miłości Boskiego Rybaka". "Niemożliwością jest wyrazić, jak bardzo Go kocham. Mój umysł zajęty jest tylko Nim samym. On jest moim ideałem, bezkresnym ideałem".

Świadoma swych zobowiązań, w internacie, pośród szeregu innych dziewczyn żyje dla Umiłowanego:

"Co noc daję Mu pocałunek, w którym oddaję całe moje istnienie. Jestem tak blisko Jego ołtarza... oddzielają nas tylko drzwi. Więc wyobrażam sobie, że On jest więźniem, a ja otwieram Jego więzienie i przyjmuję Go do swego serca".

Należałoby zwrócić uwagę na przedziwny sposób gościnności. Św. Teresa z Awili właśnie tak definiuje modlitwę: być gościnnym dla Boskiego Gościa. Niejako kontynuując ten modlitewny nurt gościnności, Święta z Los Andes zapisze:

"Usiłowałam nie myśleć o sobie ani nie mówić o sobie. To dużo kosztowało, lecz będę to czyniła dla Jezusa, aby Go pocieszyć. Ostatniej nocy powiedział mi, że bardzo cierpi. Oparł się na moim sercu i zapłakał…".

U Juanity pojawia się potrzeba jeszcze innej gościnności: przeniesienia Chrystusa z Tabernakulum do serca. Wyjaśnia Matce Angelice:

"Utrzymuję, jak to tylko możliwe, jedność z Naszym Panem wewnątrz czystości mej duszy, jak w małej celi. ...i mówię Panu: «Mój Jezu, może nikt nie myśli o Tobie, dlatego tu masz serce ciągle otwarte. Adoruję Cię, kocham Cię. Chcę być zawsze Twoja». W ten sposób pozostaję skupiona i wolna od świata... modląc się o stałe zjednoczenie z Naszym Panem".

Święta z Chile wskazuje, że modlitwa jest wspólną pracą Chrystusa i człowieka we wnętrzu. W liście do Gracieli Montes Larraín pisze:

"Pomoże Ci wiele w modlitwie świadomość, że Chrystus także pracuje w naszym wnętrzu, a my, naszymi czynami dajemy mu materiał, by mógł formować swój obraz".

W ten sposób modlitwa, zanurzona w czynie, przynosi owoc obfity.

Przyjaźń pojawia się również jako boski rodzaj solidarności względem planu Ojca. Jak by to ujęła Teresa z Awili – przyjaźnić się to podzielać te same pragnienia. Nasza Święta z Chile stwierdza:

"Jako zaręczona z Nim, muszę pragnąć dusz i ofiarować mojemu Narzeczonemu krew, którą On przelał za każdą z nich".

A gdzie indziej dodaje:

"Będę Go naśladować i zbierać u stóp Krzyża krew mojego Jezusa, którą przechowywać będę w mojej duszy i którą muszę dawać duszom moich bliźnich tak, aby przez krew Chrystusa mogli oni być obmyci".

Najważniejszą kategorią przyjaźni i upodobnienia jest droga krzyża. Właśnie tę jako najbardziej uprzywilejowaną wybrał Ojciec dla swego Syna. I Syn dzieli się nią z tymi, których miłuje. Juanita dostrzega to i przyjmuje z całą miłością:

"On przychodzi ze swoim Krzyżem, nad którym napisane jest tylko jedno słowo, poruszające moje serce po najbardziej wewnętrzne włókna: «Miłość». O, jakże piękny ukazuje się w zbroczonej krwią tunice. Ta krew jest cenniejsza dla mnie niż wszystkie klejnoty i diamenty całego świata".

Szczytem, ukoronowaniem duchowej przyjaźni jest zjednoczenie. W związku z tym Juanita notuje:

"Potem [Pan] powiedział mi, że Najświętsza Trójca jest w mojej duszy i powinnam Ją adorować. Natychmiast pogrążyłam się w skupieniu, kontemplowałam Ją, i wydawało mi się, że jestem napełniona światłem. Moja dusza była unicestwiona. Widziałam Jego nieskończoną Wielkość, i tak uniżył się, aby zjednoczyć się ze mną, nędzną nicością…".

Tajemnica zjednoczenia rozlewa się w miłości na cały Kościół, tryska potrzebą dzielenia się swym darem, co oznacza, by jak najwięcej ludzi wciągnąć w przestrzeń tej miłości. W istocie chodzi o dzielenie się Umiłowanym. Miłość dojrzała, eklezjalna nie chce zastrzegać Zbawiciela dla siebie, do czego skłonna by była miłość doczesna. Co więcej, z relacji tej wypływa utożsamienie się ze zbawczą misją Chrystusa. Juanita pisze:

"Jesteśmy zbawicielkami zjednoczonymi z naszym Zbawicielem. Jesteśmy hostiami, gdzie mieszka Jezus. W nas żyje, modli się i cierpi za grzeszny świat. […] Dusza zjednoczona i utożsamiona z Jezusem może wszystko. Wydaje mi się, że tylko modlitwą można to osiągnąć. […] Zbawić duszę nie jest niczym innym, jak darowaniem jej Jezusa, a ten, kto Go nie posiada, nie może dać niczego".

Realizacja charyzmatu nie byłaby pełna, gdyby nie była dzielona ze środowiskiem, w którym się żyje. Rodzina i przyjaciółki stanowiły dla Juanity naturalne otoczenie, której miłość do Chrystusa została przekazana. Do Rebeki, swej siostry pisze 15 kwietnia 1916:

"Chciałabym zapalić Ciebie tą miłością. Jakim szczęściem byłoby dla mnie, gdybym mogła Jemu dać Ciebie! O, nigdy niczego nie potrzebuję, gdyż w Jezusie znajduję wszystko, czego szukam! On mnie nigdy nie opuszcza. Jego miłość nigdy nie maleje. On jest tak czysty, tak piękny".


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Do Jezusa przez Maryję
o. Marian Zawada OCD

Drogę do Chrystusa Juanita realizowała przez Maryję. Swe relacje z Nią określa jako córka.

"Jestem nie tylko oblubienicą Jezusa…: jestem Jego siostrą. Jestem córką Maryi… Od dzisiaj, jak księżniczki, które są przyprowadzane do pałacu narzeczonego, aby były formowane na jego wzór, ja także wchodzę teraz do swej duszy, do domu Boga. Tam moja Matka i Jezus oczekują mnie. O, jakże Go kocham!".

Relacje były bardzo zażyłe. Miała z Nią bezpośredni kontakt:

"Za każdym razem, gdy pragnęłam coś wiedzieć, pytałam Ją, a Jej odpowiedź dawała mi pewność".

Nazywa Ją swoim zwierciadłem:

"Moim zwierciadłem ma być Maryja. Ponieważ jestem Jej córką, muszę być podobna do Niej, a w ten sposób podobna do Jezusa. Kochać tylko Jezusa. Moje serce musi mieć więc pieczęć miłości Boga. Moje oczy muszą być utkwione w Jezusie ukrzyżowanym. Moje uszy stale muszą słuchać Boga ukrzyżowanego. Mój język musi wyrażać Mu moją miłość. Moje stopy muszą iść na Kalwarię. Dlatego chód ma być wolny i skupiony. Moje ręce muszą obejmować Ukrzyżowanego, to znaczy, że na moim sercu musi być odciśnięty boski obraz".

To rozległe i wielopostaciowe odzwierciedlanie maryjnego wzoru wpisuje się w najlepsze tonacje maryjnej drogi do Chrystusa, wspomnianej mariaformae średniowiecznego Karmelu. Z całą siłą zawierzenia wypowiada słowa:

"Składam siebie w Twoje macierzyńskie ramiona, abyś Ty mogła złożyć mnie w ramiona Jezusa. Oddaję się Jemu".

Takie postępowanie wypływa z głębokiego rozumienia roli Maryi:

"Któż nie byłby zachęcony, widząc Ciebie tak czystą, tak czułą, tak współczującą, by odkryć swoje wewnętrzne udręczenia? Kto nie prosiłby, abyś była jego gwiazdą na tym wzburzonym morzu? Kto nie zapłakałby w Twoich ramionach, nie otrzymując natychmiast Twoich nieskalanych pocałunków miłości i pociechy?".

Jej maryjność wyrosła na przykładzie dziadka Eulogio Solara, którego można było "widzieć przez cały dzień odmawiającego różaniec". "Dosyć wcześnie postanowiła go odmawiać codziennie". Jak wspomina, zapomniała tego zrobić tylko raz.

Pragnie żyć pod płaszczem Najświętszej Maryi Panny, który według Juanity najskuteczniej chroni przed szkodliwym wpływem świata. Tam, pod macierzyńskim szatą, przez który spływa błogosławieństwo, chce spotykać swoich przyjaciół. W krótkim rozważaniu o Górze Karmel, Juanita mówi o Maryi – Królowej, która z głębi miłosierdzia, słysząc wołanie śmiertelnych, rozciąga nad ich życiem swój płaszcz ze słońca.

Zasiada często u Jej dziewiczych stóp, łaknąc szczęścia nie z tego świata:

"Tak, Matko, jesteś niebiańską Madonną, która nas prowadzi. Pozwalasz niebiańskim promieniom padać z Twoich matczynych rąk […] Moja dusza słuchała Ciebie w zachwycie u Twoich dziewiczych stóp. Mówiłaś, a Twój matczyny język był tak łagodny... Było to z nieba, prawie boskie".

Obok Maryi świętym szczególnie czczonym jest św. Józef. Juanita nazywa Go swym adwokatem. To On razem z Maryją otwiera jej drzwi konwentu w Los Andes 7 maja 1919 roku, w dniu wstąpienia, w dniu, w którym umiera dla świata, by żyć na zawsze ukryta w Bogu.


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Samotność i ukrycie
o. Marian Zawada OCD

Kolejną wielką wartością poza modlitwą, kontemplacją, przyjaźnią z Bogiem jest samotność. Odnajduje ona ostateczny sens nie tyle w oddzieleniu od innych, co w wyłącznej przynależności do Boga. Juanita dzieli się swym doświadczeniem:

"Lecz co do mnie, to w momencie, kiedy ja mam piętnaście lat życia, Jezus objął dowództwo nad moim okrętem i chroni go przed zderzeniem z innymi statkami. Trzyma mnie na samotności z samym Sobą. W konsekwencji moje serce, poznając tego Kapitana, poddało się pod czar Jego miłości i tutaj On trzyma mnie w niewoli. O, jak kocham to więzienie i tego pełnego mocy Króla, który trzyma mnie w niewoli, i jak kocham tego Kapitana, który pośród fal oceanu nie dopuszcza do rozbicia okrętu".

Z nieskrywaną radością Juanita Solar wyznaje o Chrystusie słowa, które należy powtórzyć:

"Trzyma mnie na samotności z samym Sobą".

Dla niej stał się ona jedną z podstawowych wartości kontemplacyjnych:

"Samotność, oddzielnie od wszystkiego, co ziemskie, ubóstwo w jakim żyje, są potężnymi czynnikami sprzyjającymi kontemplacji Boga, który jest Miłością, cierpienie zaś intensywnie ją oczyszcza".

Samotność jest z natury rzeczywistością trudną. Raz po raz padają słowa skargi:

"O, jakże widzę siebie małą i nędzną. Byłam sama. Jezus mnie zostawił, a ja bez Jezusa czym jestem, jak nie nędzą?".

Dlatego nasza Święta poszukuje wsparcia – jednoczy się z samotnością Maryi. Bezradna, obnażona w swej słabości, czując się opuszczona, woła:

"Jednoczę się z Twoją samotnością. Pociesz mnie, nakarm, poradź, bądź przy mnie".

Tę samotność odkrywa w tajemnicy Serca Maryi.

"Niech Ono, Jej Serce będzie moją ucieczką, nadzieją, pocieszeniem, moją samotnością".

Jej samotność miała kształt Nazaretu, chce być mieszkaniem dla Świętej Rodziny, to znaczy być z Jezusem i Maryją, i Józefem, i przeżywać głębię słów proroka Ozeasza: "Poprowadzę ją na samotność i będę tam mówił do jej serca" (Oz 2, 14).

Samotność osiąga swe apogeum, jak u Boskiego Kapitana, na krzyżu. Na modlitwie prosi Maryję:

"Powiedz Mu, że chcę cierpieć, że chcę umrzeć z miłości i cierpienia, że świat mnie nie interesuje, jedynie On sam".

Krzyż jest współuczestniczeniem w samotności umierającego Zbawiciela, zwłaszcza w dramacie opuszczenia. "Chcę żyć na krzyżu" – brzmi jedna z deklaracji Solar, popartej życiem. To samotność w ciszy opuszczenia jest sposobem spotykania się z Panem, pozwala kontaktować się serce w serce. Samotność, która rozpina na krzyżu, może przyjąć formę sakramentalną, duchowej komunii:

"Jestem sama. Nie przyjmuję Komunii Św., lecz jestem na krzyżu razem z moim małym Jezusem. Żyję więc w ciągłej komunii".

Juanita jest zwolenniczką praktyki komunii duchowej, jednoczenia się z Chrystusem, które potrafi przemienić atmosferę serca i całego dnia.

Samotność posiada dla Juanity jeszcze jedno szczególne imię: ukrycie się. Miała zwyczaj ukrywać się w Najświętszym Sercu, i ukrywać Go w swoim sercu. Chce żyć, ukrywając… maleńkość w wielkości Boskiego miłosierdzia, swą nicość "w Jego miłości i nieskończonej mocy". W jednym ze swych ostatnich listów mówi o sobie, jako ukrytej w adorowanym Słowie, wsłuchanej w Słowo Życia, kontemplującej bogactwo Boskiej nieskończoności.

Chrystus osobiście formuje ją do tej postawy:

"Mój Jezus prosił mnie bardzo, jak i Matka Najświętsza, abym naśladowała Ich w zatarciu własnej osoby, to znaczy, abym żyła bardzo ukryta i tylko dla Niego oraz, bym nikomu, prócz spowiednika, nie ujawniała swoich uczuć".

Ukryty znaczy być niedostrzegalnym, niewidocznym, nie narzucającym się. Postawa ukrycia oznacza dla niej zatopienie się "w Bóstwie dla lepszego poznania i ukochania Boga, dla lepszego poznania i znienawidzenia siebie".

Postanawia

"żyć w całkowitym ukryciu przed stworzeniami, nie mówiąc niczego o sobie, o niczym nie wydając opinii, jeżeli mnie o nią nie proszą; w żaden sposób nie przyciągać uwagi, ani przez sposób mówienia, ani śmiania się czy zachowania, ani nawet mówienia o sobie po to, by siebie upokorzyć. Jednym słowem, niech zniknę – grzeszna nicość".

Pokorne znikanie z doczesności, by najintensywniej żyć jedynie w Bogu. Dojrzewa do wzajemności ukrycia. Z jednej strony wiele razy pragnie ukryć się w sercu Chrystusa:

"Mój chwalebny Oblubieńcze, chcę żyć ukryta, zniknąć w Tobie, nie posiadać żadnego innego życia prócz Twojego, zajmować się tylko Tobą".

Ale jednocześnie pragnie być ukryciem dla Niego:

"Kochajmy Boże Dzieciątko, które cierpi tak bardzo, nie znajdując pociechy u stworzeń. Niech Ono znajdzie schronienie w naszych duszach, przystań, gdzie ukryje się przed nienawiścią Jego nieprzyjaciół, i ogród rozkoszy, który sprawi, że zapomni o braku pamięci ze strony swoich przyjaciół".


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Milczenie - cały Karmel jest milczeniem
o. Marian Zawada OCD

Kolejną ważną wartością mentalności kontemplatywnej jest milczenie. Juanita Solar uważa, że "cały Karmel jest milczeniem". Ono podkreśla wyjątkowość tego powołania. Odwołując się do wyrażenia Reformatorki z Awili, mówiącej o gołębnikach Matki Bożej, mówi o "milczeniu gołębia", które rodzi się z dala od hałasu świata.

Jak praktycznie Juanita realizuje tajemnicę milczenia? Przede wszystkim pragnie zachować milczenie w celi swego serca. Ale milczenie ogarnia również ciało. Niemal rozkazuje:

"Milcz ciało, pragnę, aby sama dusza rozmawiała z Bogiem, a ty byś milczało wobec stworzeń".

W duchowości Juanity można mówić o milczącym dobru. Dzieli się swą postawą:

"Dzisiaj usiłowałam czynić wszelkie możliwe dobro. Pomimo to nie byłam wystarczająco milcząca, gdyż nie powinnam była mówić, nawet aby doradzać innym".

Milczenie dotyczy również owocowania, gdy nie widzi się owoców swych modlitw i ofiar. Milczenie łączy również z klarownością prawdy i pokory.

Pokorny "nie uważa siebie za wielkiego ani o sobie dobrze nie mówi; co więcej, uważa siebie za ostatniego ze wszystkich. Jeśli inni traktują go w ten sposób, znosi to w milczeniu".

Milczenie to dla Juanity zamilknięcie w swym cierpieniu, bólu, żalu, utrapieniu, by stało się ono przestrzenią wsłuchania w cierpienie Oblubieńca. Trwając w milczeniu, pragnie "pocieszać Go, gdyż On cierpi dużo więcej". Milczenie w ten sposób przekształca się w miłosne czuwanie.

Obok ascetycznego wymiaru milczenia, rozpoznajemy również mistyczne:

"Kiedy myślę o Jego Dobroci, moje serce nie może nic powiedzieć. Adoruję Go...".

Karmel milczy, by nie ujawniać tajemnic Oblubieńca. Ta tajemnica ogarnia wszelkie wysiłki i ofiary. Stworzenie nie może i nie ma prawa znać głębi milczącego umierania, spalania się w modlitwie i ofierze za grzeszników. Do tego prawo ma jedynie Bóg. Nasza Święta zamiera w świętym milczeniu:

"Trwałam w milczeniu. Jak wyrazić, co działo się w mojej duszy? W tej chwili odczułam miłość, a miłość ta była czysta, dziewicza".

Pod datą 21 listopada zapisuje:

"Dzisiaj kontemplowałam Mater admirabilis w świątyni, w tym podniosłym milczeniu, za pomocą którego zjednoczyła z Bogiem całe swe jestestwo".

Jej milczenie ma charakter pneumatologiczny. Duch Święty, w którego gestii jest dzieło uświęcenia, kształtuje człowieka na wzór boskiego kształtu, jedynego obrazu niewidzialnego Boga. Dlatego, postanawia po lekturze Elżbiety od Trójcy Przenajświętszej: żyć

"w milczeniu, aby Duch Święty wydobył ze mnie harmonijne dźwięki, a Ojciec wraz z Duchem Świętym kształtował we mnie obraz Słowa".

Brzmieć na sposób Słowa – oto głęboka interpretacja zamilczenia na wszystkich poziomach.


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Stopnie pokory
o. Marian Zawada OCD

Oderwanie od uwikłania zewnętrznego i wewnętrznego znajduje swe dopełnienie w pokorze. Juanita pouczona duchowo przedstawia nam główne stopnie pokory zanotowane podczas rekolekcji z roku 1917, zapewne prowadzonych przez synów św. Ignacego:

"– Odczuwać uniżenie siebie i odnosić się do własnych spraw jako do takich, którymi się pogardza. – Prawdziwie pokorny nie chce być szanowany. Nie uważa siebie za wielkiego ani o sobie dobrze nie mówi; co więcej, uważa siebie za ostatniego ze wszystkich. Jeśli inni traktują go w ten sposób, znosi to w milczeniu. – Pragnąć, aby tak czyniono i starannie szukać takich okazji. – Radować się, kiedy skrytykują twoje zdanie lub intencję i podziękować za to Bogu".

Przedstawiona taktyka pokory pozwala nie tylko być wewnętrznie wolnym, ale staje się nieoczekiwanie źródłem radości. Należy to podkreślić, w czasie, gdy istnieje tyle fałszywego domagania się uznania i akceptacji. W świetle takiej pokory słabość człowieka, która zazwyczaj deprymuje, zniechęca i jest źródłem problemów ze zdrowiem psychicznym, może stać się przyczyną niewyczerpanej radości. Juanita, odkrywając tę prawdę, wchodzi heroicznie w tajemnicę pokory. Pod datą 14 sierpnia 1917 roku znajdujemy postanowienie:

"Od dzisiaj pragnę być zawsze we wszystkim ostatnią, zajmować ostatnie miejsce, wszystkim służyć, poświęcać się zawsze i we wszystkim, aby bardziej zjednoczyć się z Tym, który będąc Bogiem, stał się sługą, ponieważ nas umiłował".


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Wolność od świata i siebie
o. Marian Zawada OCD

Juanita Solar wiele zawdzięcza domowi rodzinnemu. Zawsze odczuwała "urok domowego życia". Jej dzieciństwo było skąpane w pieszczotach i baraszkowaniu pośród bogactwa, zapewnień, że jest najładniejsza z pięciorga dzieci. Kochała długie przechadzki nad morzem, puszczanie latawców, pływanie, konne wycieczki, niebezpieczne eskapady w góry, przyrodę, z pasją grała w krokieta, a zwłaszcza uwielbiała szybką jazdę samochodem. Pochodząc z zamożnej rodziny, mogła spełniać wszelkie zachcianki bujnej wyobraźni.

Drugim znaczącym kontekstem świata Juanity była szkoła. Utrzymuje wiele znajomości wśród rówieśniczek, wspólna nauka, wspólne zabawy i pasje wypełniają jej dzień.

Jednak to wszystko dominuje wewnętrzny nurt duchowych praw. Jednym z nich jest prawo oderwania. Nieśmiertelny duch człowieka domaga się wolności od tego, co przemija i podlega zmienności. Domaga się z jednej strony wolności od świata, a z drugiej, znacznie trudniejszej – wolności od dominacji ciała.

Wolność od świata

Już w wieku szesnastu lat Juanita zauważa, że

"wszystko, co ceni świat, jest nic nie warte. Jezus Chrystus pogardza tym. Chcę być teraz ubogą, ponieważ bogactwa, pieniądze, ubrania, wygody, dobre jedzenie, czyż mi się przydadzą na łożu śmierci? Będą tylko utrapieniem, niczym więcej. Jaki jest pożytek z wielkiej sławy, aplauzu, pochlebstw i szacunku stworzeń? W godzinie śmierci wszystko zniknie z tym ciałem, które wkrótce staje się naczyniem rozkładu i zepsucia".

Proklamując wolność serca, staje się równie radykalna jak św. Jan od Krzyża. Szuka tej jedynej miłości i gotowa jest zrezygnować ze wszystkiego, co tę miłość osłabia. Notuje na rekolekcjach w 1916 roku:

"Nasze serce nie może być przywiązane do spraw świata, lecz jedynie do Boga. Musimy utrzymywać nasze serce czyste od wszelkiej nieuporządkowanej miłości, ponieważ wszystko jest przemijające, i kochać tylko to, co prowadzi nas do Boga".

Wolność nie dotyczy tylko miłości, ale i poznania. Juanita czyni niezwykłe postanowienie:

"Nie powinnam patrzeć na nic bez potrzeby, a tylko po to, aby kontemplować Boga w Jego dziełach. Wyobrażać sobie, że Bóg zawsze na mnie patrzy".

Wzajemność spojrzenia i odwzajemnionej miłości stanowi właściwy dla kontemplacji teren duchowego wzrastania. Owo wzrastanie przyjmuje jeden, jedynie możliwy kształt: jest dojrzewaniem w Bogu.

Hart ducha i wewnętrzne prawo miłości zmieniają stosunek do cierpienia. Staje się ono przestrzenią potwierdzenia miłości. Pod datą 24 października 1915 znajdujemy notatkę:

"Cierpienie podoba mi się z dwóch powodów: pierwszy, ponieważ Jezus zawsze wybierał cierpienie, od urodzenia aż po śmierć na krzyżu. Musi to być coś bardzo wielkiego, skoro On, Wszechmocny szuka cierpienia we wszystkim. Drugi: podoba mi się dlatego, że dusze kształtują się w tyglu cierpienia. I dlatego Jezus daje ten dar, tak miły Jemu, duszom, które najbardziej kocha".

Wolność od siebie

Drugim wielkim terenem zmagania się o Boga jest świat wewnętrznych inklinacji, przeświadczeń, pragnień, które św. Paweł określa jako dawnego, zmysłowego człowieka. Dla Juanity zmaganie się ze sobą, z wrażliwą, a nawet płaczliwą naturą było częścią jej programu. Dnia 25 sierpnia 1918 roku Chrystus osobiście poucza ją na modlitwie, jak winna obumierać sobie. Wyznacza jej cztery faktory zachowań:

"Pouczył mnie, w jaki sposób muszę umierać:1. Szukając upokorzeń, a nie szukając zaszczytów, sławy, itp. 2. Kiedy nachodzą mnie pyszne myśli, upokarzać się przed Panem, porównując Jego nieskończoną inteligencję z moim słabym rozumem, mówić głupstwa, aby być upokorzoną jak Chrystus, który był uważany za szaleńca. 3. Umartwiać wolę, z niczego nie czerpiąc przyjemności, a kochając upokorzenia. 4. Żyjąc zjednoczona z Nim w duszy, i tam Go kochając".

Ale jeszcze rok wcześniej Juanita wypowiada wojnę potrzebie znaczenia i skupiania na sobie uwagi. Wspomina pod datą 5 lipca 1917 roku:

"Zamierzam zniszczyć ostatnie zalążki miłości własnej".

Klarowność życia duchowego wprowadza świadomość dwóch miar: boskiej i ludzkiej. Ujmując to w pewnym uproszczeniu, są to kwalifikacje wykluczające się. Już Chrystus w jednej z mów wyjaśnia: "To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych" (Łk 16, 15). Hołdowanie własnej wielkości jest domeną schorowanej duszy. Juanita pragnie jedynie boskiej kategorii, osadzonej w pokorze, w zapomnieniu o sobie.

"Poprośmy Jezusa podczas Komunii Św., aby zbudował w naszych duszach domek, a my, byśmy przynosiły materiał, którym mają być nasze akty przezwyciężenia i zapomnienia o sobie. One sprawiają, że znika nasze ja, ten bożek, którego wewnętrznie adorujemy. To kosztuje i wyrwie z nas krzyk bólu. Ale Jezus prosi o ten tron i trzeba Mu go dać. Miłość musi być bronią do przezwyciężenia tego bożka".


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Bóg pozwolił, by stronice nie zostały spalone
o. Marian Zawada OCD

Naszą refleksję winniśmy zakończyć 7 maja 1919 na progu Karmelu Los Andes, dziewięćdziesiąt kilometrów od Santiago. Juanita wybrała ten klasztor, bo był najuboższy, najskromniejszy w Chile. Chciała mieć niemal wpisany w architekturę i otoczenie wartości, którymi duchowo żyła. W ten sposób realizm osiąga swą pełnię.

Przeczuwała, że umrze młodo, może jak Teresa z Lisieux, w wieku 24 lat, ale Bóg dał jej w Karmelu tylko 11 miesięcy. Umiera jako nowicjuszka, ogarniając swą miłością wszystko to, co nowe, młode i delikatne. Umiera, lecz pozostaje w Kościele, by budzić do miłości. W przededniu wstąpienia notuje:

"Upłynęło trochę czasu bez pisania mego Dziennika, którego stronice bardzo szybko będą wrzucone w ogień. Trzeba, aby kiedy zamknę się w Karmelu, wszystkie te wspomnienia z wygnania umarły, bym mogła żyć jedynie życiem ukrytym w Chrystusie".

Bóg pozwolił, by strony nie zostały spalone, a miłość z nich bijąca zapalała i wciągała w swą przestrzeń, ukazując radość bezwarunkowej przynależności do Ojca. Jest to najbardziej dalekosiężna realizacja duchowości w świecie. Teresa z Los Andes nieustannie nam powtarza pieśń o miłości, bo była od młodości przekonana, że Bóg nie wystarcza sam sobie, nie wystarczają Mu aniołowie, ale szuka miłości człowieka. Juanita uczy, jak na tę miłość odpowiedzieć. Drodze tej miłości było na imię Karmel. Zapisała swoim życiem jeszcze jedno wielkie TAK. Jak to wypowiada papież Jan Paweł II podczas beatyfikacji:

"temu zeświecczonemu społeczeństwu, które żyje, odwracając się Boga, wnosi […] przejrzyste świadectwo życia […] że wielkość, szczęście wolność i spełnienie istoty ludzkiej polega na miłości, adoracji i służbie Bogu. Życie błogosławionej Teresy woła zza klauzury: sam Bóg wystarcza".


Materiały z VII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości: Święta Teresa od Jezusa z Los Andes, Kraków 2005.

Cuda przedłożone Stolicy Apostolskiej i kanonicznie zatwierdzone do gloryfikacji najnowszych Świętych i Błogosławionych Karmelu Terezjańskiego
o. Szczepan Praśkiewicz OCD

Cud zatwierdzony do beatyfikacji siostry Teresy z Los Andes (Juanity Fernández Solar)

Spośród wielu łask doznanych za przyczyna Służebnicy Bożej Teresy od Jezusa z Los Andes, Postulacja Generalna Zakonu wybrała do kanonicznego badania fakt wyzdrowienia młodego, osiemnastoletniego strażaka, Hektora Ryszarda Uribe Carasco, ze stanu nieprzytomności spowodowanego porażeniem przez prąd o napięciu 380 volt i upadkiem na ziemie z wysokości prawie trzech metrów.

Wypadek ten wydarzył się 4 grudnia 1983 r. w Santiago del Chile około godz. 16.45. Wspomniany strażak, uczestnicząc w gaszeniu pożaru, w przemoczonym ubraniu wspiął się na mur o ponad dwu i półmetrowej wysokości i chciał uczynić otwór w jego szerokim zadaszeniu, aby tamtędy przeciągnąć węża z wodą i efektywniej gasić pożar po przeciwnej stronie. Niepostrzeżenie natknął się pod zadaszeniem na przewód elektryczny, który uszkodził i został porażony prądem o napięciu 380 volt, spadając obezwładniony na ziemię. Jeden z kolegów, pragnąc go ratować, rozpoczął akcję sztucznego oddychania i masażu serca, jednak bez najmniejszego efektu. Przewieziony do najbliższego punktu medycznego, poszkodowany - jak czytamy w dokumentacji klinicznej - został poddany reanimacji o godz. 17.00, tj. po 15 minutach od wypadku, co dla lekarzy było oczywistym, że sytuacja jest krytyczna, i że na pewno pozostaną u pacjenta nieodwracalne konsekwencje neurologiczne.

Już nazajutrz, gdy chory nadal nieprzytomny pozostawał w szpitalu, zrodziła się u jego najbliższych myśl powierzenia go wstawiennictwu Służebnicy Bożej Teresy z Los Andes. W uroczystość Niepokalanej, 8 grudnia, matka, siostra i trzej strażacy - koledzy Hektora, udali się z pielgrzymka do grobu Służebnicy Bożej do los Andes, aby prosić o jego uzdrowienie. W godzinach popołudniowych tego samego dnia 8 grudnia chory zaczął w szpitalu dawać oznaki odzyskiwania świadomości, otwarł oczy i zaczął poruszać powiekami. Nazajutrz polepszenie stanu jego zdrowie doszło do tego stopnia, że lekarz ordynator nakazał odłączenie wszelkiej aparatury, gdyż wszystkie funkcje jego organizmu "zostały odzyskane w całości". Za kilka dni, 16 grudnia, grupa kolegów Hektora wyruszyła piesza pielgrzymką do Los Andes (70 km), aby podziękować Służebnicy Bożej s. Teresie za jej wstawiennictwo.

Wydarzenie opisywano na pierwszych stronach chilijskich gazet i nagłaśniano je w innych mass-media. Hektor Ryszard Uribe Carasco został wypisany ze szpitala 20 grudnia "w bardzo dobrym stanie zdrowia" i mógł normalnie pracować. W 1985 r. został poddany badaniom "ab inspectione" przez lekarzy wyznaczonych przez trybunał kościelny, którzy zaświadczyli, że stan jego zdrowia jest doskonały, bez żadnych konsekwencji doznanego wypadku.

Proces kanoniczny o cudzie odbył się w Kurii Diecezjalnej w Santiago del Chile od 19 października 1984 do 16 października 1985. Dzięki dokumentacji klinicznej i zeznaniom świadków została doskonale udokumentowana historia choroby, modlitwa wstawiennicza do Służebnicy Bożej i wyzdrowienie.

Akta procesu przekazane do Rzymu zbadali biegli "ex officio", tj. prof. Pietro Villanti i prof. Giuseppe Araquistain, którzy wypowiedzieli się za niewytłumaczalnością zjawiska z punktu widzenia wiedzy medycznej i nauk eksperymentalnych. Ich opinie potwierdziła Konsulta Medyczna, która obradowała w Rzymie dnia 21 stycznia 1987. Natomiast konsultorzy teolodzy, zgromadzeni na kongresie 20 lutego, analizując przedłożone w dokumenty kliniczne i zeznania świadków, wykazali związek przyczynowy pomiędzy wezwaniem pośrednictwa Służebnicy Bożej Teresy z los Andes i wyzdrowieniem poszkodowanego, uznając jednogłośnie, że tylko jej przyczynie należy przypisać wyproszony u Boga cud. Z osądem tym utożsamili się kardynałowie i biskupi, członkowie Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, którzy analizowali sprawę 3 marca 1987 r., i poprosili Ojca Świętego Jana Pawła II, aby zatwierdził cud swoją powagą następcy św. Piotra i uznał go za wystarczający do beatyfikacji Służebnicy Bożej, co stało się rzeczywistością (Acta Apostolicae Sedis, 79 (1987) 1007-1008).

Cuda przedłożone Stolicy Apostolskiej i kanonicznie zatwierdzone do gloryfikacji najnowszych Świętych i Błogosławionych Karmelu Terezjańskiego
o. Szczepan Praśkiewicz OCD

Cud zatwierdzony do kanonizacji siostry Teresy z Los Andes (Juanity Fernández Solar)

Dnia 11 lipca 1992 r. Ojciec Święty Jan Paweł II zatwierdził cud do kanonizacji bł. Teresy od Jezusa z Los Andes dotyczący uzdrowienia dziewczynki Marceliny Autúnez Riveros z nieprzytomności spowodowanej zatonięciem i przebywaniem pod wodą przynajmniej przez 5 minut.

Historia przypadku przedstawia się następująco: Jedenastoletnia dziewczynka Marcelina 7 grudnia 1988 r. przebywała na basenie Del Banco w Santiago del Chile. O godz. 14.30 poszła się kąpać. Nie umiała pływać, więc posługiwała się materacem. Niestety, popłynęła w kierunku najgłębszej części basenu (2.80 m.), gdzie nieuważnie zsunęła się z materaca i wpadła pod wodę. Jej ciało, wypłynięte bez znaków życia spod wody, zauważyła jedna z koleżanek i zaczęła krzyczeć. Nadbiegł ratownik i wyciągnął ciało z wody. Marcelina była bezwładna, nie oddychała, nieruchomymi oczyma patrzyła w dal, a jej serce było nieruchome. Niezwłocznie zaczęto ją ratować: zrobiono sztuczne oddychanie usta w usta i masaż serca. Równocześnie opiekunka grupy i koleżanki zaczęły przyzywać pomocy bł. Teresy z Los Andes. Dziewczynka zaczęła wymiotować i dawać pierwsze oznaki życia. Za około 10 minut przyjechała karetka pogotowia i po przewiezieniu chorej do szpitala podłączono jej maskę tlenową. Po dwóch godzinach od zatonięcia, około godz. 16.30 Marcelina całkowicie odzyskała zdrowie, bez żadnych konsekwencji neurologicznych.

Domniemany cud uzdrowienia poddano badaniu kanonicznemu podczas procesu diecezjalnego, który odbył się w Santiago del Chile w dniach 4 grudnia 1990 - 29 maja 1991. Przeanalizowano dokumentację kliniczną i przesłuchano siedmioro świadków, wśród których samą uzdrowioną, dwie opiekunki grupy, dwóch ratowników, lekarzy i służbę zdrowia.

Podczas rzymskiej fazy procesu Konsulta Medyczna obradujaca 2 czerwca 1992 r. doszła do następujących wniosków: diagnoza - utrata przytomności wskutek zatonięcia; prognoza - ekstremalnie zarezerwowana zarówno co do życia jak i do sprawności organizmu; terapia - nieodpowiednia w chwili wydobycia z wody, odpowiednia, ale zbyt późna w szpitalu; wyzdrowienie - szybkie, całościowe i trwałe, bez żadnych negatywnych konsekwencji neurologicznych czy psychicznych zaistniałego przypadku, niewytłumaczalne z punktu widzenia wiedzy lekarskiej.

Dnia 14 czerwca 1992 r. uzdrowienie stało się przedmiotem analizy teologów konsultorów, którzy potwierdzili sentencję lekarzy i uznali, że niewytłumaczalność faktu należy przypisać wstawiennictwu bł. Teresy od Jezusa z Los Andes, gdyż do niej, jako do pierwszej Chilijki wyniesionej na ołtarze, zwracano się spontanicznie tuż po wyłowieniu Marceliny spod głębokiej wody basenu. Tego samego zdania byli biskupi i kardynałowie, którzy analizowali domniemany cud na sesji w dniu 7 lipca 1992 r. W końcu Sługa Boży Jan Paweł II nakazał ogłosić dekret o cudzie (Acta Apostolicae Sedis, 85 (1993) 201-203) i uznał uzdrowienie Marceliny Autunez Riveros za wystarczające, aby przystąpić do kanonizacji bł. Teresy od Jezusa z los Andes, ku wielkiej radości całego narodu chilijskiego i Zakonu Karmelitów Bosych.