Bóg trudny to Bóg radości

Rozmowa z ks. Alessandro Pronzato, wybitnym włoskim pisarzem katolickim, dziennikarzem, duszpasterzem, rekolekcjonistą, autorem ponad 100 książek z duchowości chrześcijańskiej.



Mówią o Księdzu: wybitny włoski pisarz katolicki, dziennikarz, duszpasterz, rekolekcjonista, autor ponad 100 książek z duchowości chrześcijańskiej, biblijnej, tłumaczonych na kilkadziesiąt języków świata. Trudno być pokornym po przeczytaniu takiej notki na swój temat?

Nigdy nie potrafiłem traktować siebie zbytnio na serio. Odniosłem sukces – jeśli można użyć tego trochę dwuznacznego słowa – zaraz na początku, po napisaniu pierwszych książek. Nie oznacza to jednak, żebym się kiedykolwiek wywyższał: dla mnie ważniejsza jest możliwość komunikowania. To jest fundamentalny punkt w moim życiu. Nie zwracam wielkiej uwagi na recenzje, troszczę się jedynie o to, by to, co chcę przekazać, dotarło do serc ludzi. Kiedy jest ta troska, nie ma niebezpieczeństwa wpadania w pychę, właśnie dlatego, że autor nigdy nie wie, co uzyskał przez napisane słowo, jaki jest rzeczywisty odzew. Może się tak zdarzyć, że po bardzo długim czasie przychodzi jakiś list, świadectwo od bardzo dalekiej osoby, która mówi: “Znalazłem motyw do nadziei na tej stronie księdza książki. Byłem w rozpaczy, miałem pokusy samobójcze, a znalazłem sens życia na tej stronie”. To są najgłębsze radości, jakie można przeżyć, także dlatego, że wtedy uświadamiasz sobie, że pisząc te treści nie miałeś na myśli tej szczególnej sytuacji. Tutaj w Polsce pewien ksiądz wyznał mi, że lektura rozdziału “Niewygodnych Ewangelii” mówiącego o adoracji Dzieciątka przez ubogich pasterzy zainspirowała go do otwarcia domu dla najuboższych, bezdomnych, w którym bardzo ważne miejsce zajmuje adoracja Najświętszego Sakramentu. Słuchając takich wyznań odkrywasz z zaskoczeniem, z uczuciem zdumienia, że słowo jest twoje, ale nie należy do ciebie. Słowo odbywa drogę, idzie tam, gdzie ma iść, puka do pewnych serc, a ty tego nie kontrolujesz. Dlatego stawianie sobie problemu trwania w postawie pokory w moim przypadku nie ma sensu, dla mnie ważne jest trwanie w zdumieniu i zachwycie. Ponadto pisanie niesie też ze sobą konkretną trudność: gdybym miał słuchać mojego instynktu, uprzywilejowałbym zawsze aspekt przepowiadania, bo gdy głosisz Słowo, widzisz twarze, patrzysz w oczy ludzi; natomiast kiedy piszesz, masz przed sobą białą kartkę i musisz wyobrażać sobie ludzi za tą kartką. Jest to więc większy trud.

Z jednej strony Paweł VI zachęcał Księdza do pisania ze względu na niezwykły styl, z drugiej strony inni twierdzili, iż ten styl jest bezceremonialny, zbyt dziennikarski. Co Ksiądz na to?

Muszę powiedzieć, że na początku mojej działalności pisarskiej przeżyłem moment kryzysu, bo choć odniosłem sukces, niektórzy dawali mi do zrozumienia, że mój styl jest bardzo lekki, niemal lekceważący, gdyż mówiłem z uśmiechem o rzeczach poważnych. Dlatego postawiłem sobie problem, czy pisanie w ten sposób jest właściwe. Stawiano mi także – i stawia się do dzisiaj – zarzut, że mój styl jest stylem dziennikarskim. Rzeczywiście, miałem długie doświadczenie dziennikarskie, którego się nie wypieram. Poza pracą dziennikarską nauczałem też w szkole: uczyłem dzieci ze szkoły podstawowej. To również było dla mnie fundamentalnym doświadczeniem, bo zarówno dziennikarstwo, jak i nauczanie pozwoliło mi zrozumieć pewną ważną prawdę: główną rzeczą do zrozumienia jest to, trzeba dać się zrozumieć. Stąd ta troska, by uczynić łatwymi rzeczy najtrudniejsze.

Może pewni powierzchowni krytycy widzą tylko ostateczny rezultat, który może się wydawać czymś lekkim, prostym, ale ci krytycy nie zdają sobie sprawy, że za tym stoi dużo pracy, studium, lektury, modlitwy. W ten sposób przyswajam sobie rzeczy trudne, które staram się wyrazić w sposób prosty.

Dlatego spotkanie z papieżem Pawłem VI było dla mnie decydujące. W momencie kryzysu Paweł VI powiedział mi dosłownie: “Proszę nie dać się zniechęcić, tylko kontynuować, bo tak trzeba pisać dzisiaj”. To było dla mnie ogromnym wsparciem i pomogło mi przyjąć różne – nieuniknione – słowa krytyki, bo krytyka zawsze jest przydatna. Prawie nigdy nie przechowuję listów z wyrazami aprobaty, pochwały, natomiast przechowuję listy krytyczne, gdyż zmuszają mnie one do rewizji pewnych rzeczy. Nigdy jednak nie zrezygnuję z jasności wypowiedzi, bo jestem przekonany, że jasność jest aktem miłości i szacunku wobec innych, jest posługą miłości. Dlatego nie martwię się, że osądzają mnie intelektualiści. Dla mnie jest wystarczające, że zwykli ludzie rozumieją mnie i przyjmują.

Przyzwyczailiśmy się rozmawiać o wierze w sposób bardzo poważny. Tymczasem w jednej ze swoich książek przekonuje Ksiądz, iż potrzeba mądrego śmiechu i mądrej radości. Czy obecnie nasze podejście do Pana Boga nie jest zbyt sztywne, formalne?

Uważam, że przede wszystkim jest zbyt dużo powtarzania: mówi się ciągle te same rzeczy. Często brakuje tego błysku oryginalności, odrobiny fantazji, dlatego także w interpretacji Ewangelii dochodzi się ciągle do tych samych wniosków, dokonuje się ciągle tych samych interpretacji. Począwszy od jednej z pierwszych książek “Niewygodne Ewangelie” postawiłem sobie zadanie przedstawienia Ewangelii w inny sposób. Słowo Boże jest zawsze takie samo, ale sposób interpretowania go musi być zawsze nowy, zawsze oryginalny, a przede wszystkim świeży. Dlatego zdarza mi się – zarówno w przepowiadaniu, jak i w książkach – komentować jakieś wydarzenie ewangeliczne nawet sto razy, ale gdy po pewnym czasie staję przed tym samym tekstem, jestem znów zaskoczony, jakby to był pierwszy raz, i odkrywam ciągle nowe rzeczy.

Myślę, że trzeba przedstawiać obraz Boga w inny sposób: nie ukazywać Boga surowego, ponurego, który mówi jedynie, co trzeba robić, stawia nam ciągle na drodze zakazy czy zezwolenia. Trzeba ukazywać Boga wymagającego, ale też wyzwalającego, który pozwala zrozumieć, że pięknie jest traktować na serio Ewangelię, że modlitwa nie jest nudnym obowiązkiem do spełnienia, ale że jest piękna, że życie chrześcijaństwem jest czymś pięknym, i że przede wszystkim Bóg jest Bogiem radości. Paradoksalnie Bóg trudny to Bóg radości.

Bardzo uderzyło mnie pewne zdanie dominikańskiego teologa Cardonnela, które może wydawać się skandaliczne. Powiedział: “Wierzę w Jezusa Chrystusa, bo Jezus zewangelizował Boga”. Co chciał przez to powiedzieć? Chciał powiedzieć, że Chrystus uczynił Boga Dobrą Nowiną. Nie ukazywał Boga poważnego, sędziego, który karze, ale ukazał Boga, który chce mojego dobra, Boga, który staje się Dobrą Nowiną, piękną wiadomością dla wszystkich. To w niczym nie ujmuje niewygody Ewangelii. My widzimy radość tam, gdzie jest łatwo, a tymczasem trzeba ją odkrywać po stronie trudności.

Jakie miejsce w życiu Księdza zajmuje duchowość maryjna?

Moja relacja z Maryją zrodziła się w najwcześniejszych latach seminarium. Wychowywałem się w seminarium prowadzonym przez Misjonarzy św. Wincentego i kilku z nich wprowadziło mnie w nabożeństwo do Matki Bożej. Ale mam też swoją wizję relacji z Maryją, opartą na pewnej dyskrecji, bez zbytniego sentymentalizmu. Matka Boża jest Matką czułości, ale nie akceptuję pewnych form dewocyjnych, pewnego sentymentalizmu, przesady. Myślę, że prawdziwa miłość do Matki Bożej nigdy nie może być pozbawiona powściągliwości, tak jak musi być w przypadku każdej najgłębszej rzeczywistości. Powiedziałbym, że staram się pisać o Maryi czubkiem pióra i mówić o niej nie posługując się retoryką czy emfazą. Mój przyjaciel, proboszcz pewnej parafii w Mediolanie opowiedział mi kiedyś, że pewnego razu podeszła do niego ośmioletnia dziewczynka, która powiedziała: “Proszę księdza, proszę mówić mi o Bogu, ale półgłosem”. Uważam, że o Matce Bożej także należy mówić półgłosem.

Jeremiasz jest Księdza ulubionym prorokiem. W którego z proroków winni szczególnie uważnie wsłuchać się Polacy lub – patrząc jeszcze szerzej – mieszkańcy Europy?

Każdy prorok ma swój szczególny wymiar. Myślę, że nie da się wskazać jednego proroka, który byłby ważny na obecne czasy. Każdy ma swoją cechę charakterystyczną, swoje specyficzne orędzie, swój styl.

Jeremiasz może dziś być bardzo użyteczny, bo pomaga nam zrozumieć, że trzeba mówić pewne rzeczy, których inni nie lubią słuchać. Jeremiasz przeżywa właśnie ten dramat: z wierności do słowa Bożego jest zmuszony mówić rzeczy, których ani ludzie nie lubią słuchać, ani też on sam nie chciałby ich mówić, np. ma ogłosić zniszczenie Jerozolimy, którą on kocha, zapowiadać przemoc, gdy on chciałby pokoju. To jest pewien dramat Jeremiasza, ale wierność słowu zobowiązuje go do mówienia rzeczy niewygodnych i dla innych, i dla niego samego.

Myślę, że także Amos jest bardzo aktualnym prorokiem, zwłaszcza gdy ujawnia niesprawiedliwość. Zarówno Amos, jak i Izajasz są bardzo aktualni, gdy ukazują, jak wielkim nieporozumieniem jest kult oddzielony od życia. Człowiekowi wydaje się, że wystarczy sobie “ugłaskać” Boga dając mu ofiary, otaczając kultem, śląc modlitwy. Tymczasem Bóg chce, by sprawiedliwość płynęła jak potok.

Wydaje mi się, iż jest też jeszcze jeden prorok, którego trzeba by zaktualizować: to Ozeasz ukazujący obraz Boga wiernego pomimo naszych zdrad. Bóg, który nas kocha pomimo naszych niewierności. Zawsze udarze mnie to zdanie Ozeasza, które później Jezus rzuca w twarz uczonym w piśmie i faryzeuszom: “Idźcie i nauczcie się: miłosierdzia chcę, a nie ofiary”. Dopóki nie zrozumiemy miłosierdzia, możemy zbierać magisteria, dyplomy, przeczytać setki książek, ale i tak jeszcze nic nie zrozumieliśmy

Papież Benedykt XVI bardzo mocno akcentuje potrzebę pogłębienia relacji z Panem Bogiem. Na co winien zwrócić uwagę człowiek pragnący wejść w głębię tej relacji?

Trzeba wyjść od konkretnej sytuacji. W obecnych czasach mamy skłonność do interpretowania życia chrześcijańskiego przede wszystkim w wymiarze społecznym: posługa bliźniemu, miłosierdzie, otwartość na innych, wolontariat. Te wszystkie rzeczy są zasadnicze w życiu chrześcijanina, ale myślę, że istnieje ryzyko zapomnienia wymiaru wiary. Działanie, staranie się, bieganie, zatroskanie może spowodować, że zapomnimy o wymiarze duchowym. Wydaje mi się, że winniśmy odzyskać wymiar modlitwy na wszystkich płaszczyznach, zaczynając od kapłanów. Kapłan musi być człowiekiem ludzi, dla ludzi, ale najpierw musi być człowiekiem Boga. Jeśli, aby służyć bliźniemu, zapomni o relacji z Bogiem, o kontemplacji, o modlitwie, wtedy skończy się na tym, że rozczaruje innych, zuboży innych, zamiast ich ubogacić. Może dać wiele rzeczy, ale nie da tego, czego inni by chcieli, czego rzeczywiście potrzebują. Myślę, że potrzeba nam tego, o co Grecy prosili Filipa w Ewangelii św. Jana: “Chcemy widzieć Jezusa”. Chrześcijanin, kapłan, zakonnik musi być “przezroczysty” dla Boga. Jeśli nie ma zażyłości z Bogiem, jeżeli nie ma odwagi “tracić” dużo czasu na modlitwie, nigdy nie zdoła “być przezroczystym”, by inni mogli dostrzec poprzez niego oblicze Boga.

Czytając Księdza autobiografię “Moje powołanie nomady” szybko dochodzi się do wniosku, iż to opowieść o bardzo szczęśliwym człowieku. Skąd to szczęście?

Nie wiem. Szczęście, jakie odczuwam, radość jaką mam wewnątrz, towarzyszy mi przez całą moją drogę. Myślę, że tym, co potrafię przekazać innym, jest właśnie życie pod znakiem radości, ale też wolności. Dlatego nie martwię się o to, by wyjaśniać innym, dlaczego zostałem księdzem, dlaczego istnieje celibat. Myślę, że ludzie powinni raczej znaleźć odpowiedź płynącą z życia kapłana, właśnie z mojej pogody ducha, z mojej radości, aniżeli z wyjaśnień, które nie mają sensu. To wszystko stało się moim udziałem także dlatego, że miałem to szczęście w moim życiu, iż spotkałem odpowiednie osoby – także wielkie postaci – które pozwoliły mi zrozumieć piękno daru z siebie, piękno życia “oddanego na własność” Słowu Bożemu.

W ubiegłym roku obchodziłem pięćdziesięciolecie mojego kapłaństwa. Napisałem z tej okazji inną książkę jakby autobiograficzną “Gwiazdy na mojej drodze” (obok tej autobiografii napisanej przed laty), właśnie dlatego, że przy tej okazji odczułem potrzebę przypomnienia osób, które były ważne w moim życiu. Opisałem w niej pięćdziesiąt gwiazd – ludzi, których spotkałem na mojej drodze. Są wśród nich sławne osobistości: papieże, biskupi, wielcy pisarze, ale też zwykli nieznani, pokorni ludzie zaczynając od mojego ojca, matki, babci. Napisałem tę książkę zamiast wydrukować tradycyjny obrazek pamiątkowy, kierowany przekonaniem, które głęboko odczuwam, że każdy z nas jest ukształtowany nie tyle przez książki, które przeczytał, ale przez spotkania. Miałem szczęście spotkać tyle osób, które dla mnie były wzorem, były rzeczywiście gwiazdami na mojej drodze. Gdy ktoś ma drogę oświetloną takimi gwiazdami, nie może żyć inaczej, jak tylko w radości i pogodzie ducha. To pomaga przezwyciężyć trudne chwile, które oczywiście także zdarzają się.

W autobiografii znajduje się wzruszający opis mamy, taty i babci Księdza. Rodzina zatem odegrała ważną rolę w Księdza życiu, prawda?

Nie waham się stwierdzić, że najważniejszych rzeczy nauczyłem się nie w seminarium, ale w rodzinie: od babci, mamy, a także od mojego taty, zwłaszcza jeśli chodzi o cnoty ludzkie: uczciwość, lojalność, prawość, bycie budowniczym pokoju, błogosławieństwo dotyczące cichych – przykład tych cnót wdziałem w moim ojcu.

Moja babcia była prawie analfabetką, ale posiadała mądrość ewangeliczną, która zawsze wprawiała mnie w kryzys. Moja babcia była i jest dla mnie wyrzutem sumienia, bo ona umiała się modlić. Rzeczywiście, kiedy machała mi przed nosem różańcem, ostrzegała mnie z surowością, która była zaprzeczeniem tej słodkiej postaci: “Ja nigdy nie mogłam uczyć się, ale umiem się modlić i odmówiłam za ciebie setki różańców. Biada, jeśli mi zmarnujesz te modlitwy!” Czasem myślę o mojej babci i staram się zachować wewnętrzną spójność, trzymać się mocno właśnie po to, by nie rozczarować, nie zmarnować tej modlitwy, ale by żyć na takim poziomie, jaki ona mi wyznacza.

Moja mama dała mi do zrozumienia, że być chrześcijaninem to rzecz poważna. Pamiętam jej zdolność do ofiary, do rezygnacji, pracowitość. Moja matka wykonywała dziesiątki zawodów, aby zapłacić mi opłatę za seminarium. Kiedy myślę, że za pewne ważne rzeczy trzeba czasem zapłacić cenę ofiary, myślę o mojej matce.

Na starość patrzymy często jak na przedpokój śmierci. Tymczasem proponuje Ksiądz inne spojrzenie na tę kwestię.

Od dwudziestu lat pełnię obowiązki kapelana w domu dla osób starszych i żyję wśród nich. Moje pisanie przeplata się zatem z obecnością wśród starszych. Bardzo troszczę się o to, by wykazać, że starość nie jest przedpokojem śmierci, ale jest porą, w której da się żyć mimo wszystkich ograniczeń i utrudnień. Starość jest bogactwem. Dlatego postanowiłem opisać moje doświadczenia z kontaktów z osobami starszymi w książce zatytułowanej: “Starość – wiek nadziei”.

Jak odczytuje Księdza zadanie Karmelu w obecnych czasach? Jakie jest miejsce Karmelu w Kościele?

Trudno mi jest to wyjaśnić, także dlatego, że ja sam żyję doświadczeniem Karmelu. Przejdę do konkretów. Od dwudziestu lat głoszę rekolekcje i prowadzę kursy biblijne w monasterze karmelitanek w Neapolu. Nigdy nie opuściłem tego spotkania od dwudziestu lat. Gdy miałem trudności z powodu chorób albo nadmiaru pracy, zostawiałem tyle innych obowiązków, ale zawsze byłem wierny tym spotkaniom. Dlaczego? Czy z sympatii do tego klasztoru? Zapewne też. Zasadniczo jednak dlatego – i to jest trudne do wyjaśnienia – że kiedy tam jestem, nie mam wrażenia, że coś daję, ale że coś otrzymuję. Nie jestem w stanie dokładnie określić tego, co otrzymuję, ale oddycham pewną atmosferą, żyję wśród radosnych osób, które przecież żyją wyjątkowo surową regułą. Jednak takie życie czyni je uśmiechniętymi i radosnymi. Ukazuje mi się prawda, że wybór dokonany “pod prąd” powszechnej mentalności jest źródłem autentyczności i radości. Jestem przekonany, że ten sposób życia stanowi fundamentalną lekcję dla współczesnego świata i dla pewnej tendencji w Kościele, by ułatwiać drogę, by oferować chrześcijaństwo z pewną zniżką w stosunku do pierwotnej ceny.

Poza tym myślę, że doświadczenia Karmelu nie można oddzielać od jego wielkich postaci. Wspomnę tylko proroka Eliasza, człowieka ognia – jakże dzisiaj potrzeba takiej pasji, takiego wewnętrznego ognia! – ale myślę też o postaci św. Jana od Krzyża, mistyka i poety równocześnie. Mam też przed oczyma św. Teresę z Avila, prawdziwego giganta duchowości, a także kobietę niezwykle odważną. Bliższa czasowo jest św. Teresa z Lisieux, która pragnęła być miłością w sercu Kościoła i wskazała drogę, którą wielu może podążać.

W tym czasie, kiedy naprawdę brakuje wzorów, przesłanie płynące od tych gigantów, jakimi są wymienieni święci, to bogactwo, którego nie możemy stracić.


Rozmawiali: Danuta Piekarz i Krzysztof Górski OCD
Głos Karmelu, 4/2007

fot. lastampa.it