Błogosławiona Maria Kandyda od Eucharystii
(Maria Barba)
1884 – 1949




Błogosławiona Maria Barba urodziła się 16 stycznia 1884 roku we Włoskim miasteczku Catanzaro, w rodzinie Piotra Barby i Joanny Flosena, która przenosi się później do Palermo. Kilka lat czeka na realizację powołania.

Jej pragnienie spełnia się w Karmelu w Ragusa dnia 25 września 1919 roku, w wieku 35 lat, przy sprzeciwie rodziny. Otrzymuje imię Maria Kandyda od Eucharystii. Obdarzona została niezwykłym charyzmatem wrażliwości eucharystycznej. Po pięciu latach zostaje przeoryszą klasztoru, który to urząd pełni z przerwami do 1947 roku. Wspomagała wspólnoty karmelitańskie na Sycylii, zwłaszcza w Syrakuzach.

Umiera dnia 12 czerwca 1949 roku. Pozostawia po sobie znakomite teksty o Eucharystii w dziele Kolokwia eucharystyczne. Beatyfikowana przez Jana Pawła II 21 marca 2004 roku w Rzymie.

wspomnienie liturgiczne

14 czerwca

Historia życia
o. Włodzimierz Tochmański OCD

Maria Barba urodziła się 16 stycznia 1884 r. w Catanzaro w Kalabrii (na południu Włoch), gdzie rodzina głęboko wierząca, rodem z sycylijskiego Palermo, czasowo przeniosła się z powodu pracy jej ojca Pietro Barby, radnego Sądu Apelacyjnego. Matką jej była Joanna (Giovanna) z domu Florena z Santo Stefano in Camastra z okolic sycylijskiej Messyny. Była dziesiątym dzieckiem z dwunastu. Chrzest św. otrzymała trzy dni później.

Kiedy Maria miała dwa lata, rodzina powróciła do sycylijskiej stolicy, gdzie nasza Błogosławiona przeżywała swoje dzieciństwo i młodość w łonie dość licznej rodziny. Rodzice byli dobrze ukształtowanym i rozumiejącym się małżeństwem. Swego ojca Maria opisała słowami: "chrześcijanin mocny..., od dłuższego czasu wierny w praktykach religijnych nie patrzący na ludzkie względy".

Już od wczesnego dzieciństwa uwidaczniała się w niej miłość do Eucharystii.

Kiedy byłam malutka - jak sama opowiada - i jeszcze Jezus mi się nie dał, oczekiwałam na moją mamę, aby kiedy wróci od Komunii Św., prawie na progu domu i wspinając się na palcach, aby jej dosięgnąć, mówiłam Mu: "Ja również Panie!". Moja mama nachylała się wówczas z miłością i dmuchała na moje wargi; natychmiast ją opuszczałam i przyciskając do piersi skrzyżowane dłonie, pełna radości i wiary, powtarzałam podskakując: "Ja również mam Pana, ja również mam Pana!".

Są to - jak stwierdza autor tekstu wydanego przez Postulację Generalną naszego Zakonu - zapewne pierwsze znaki powołania i wezwania przez Boga, z inicjatywy którego rozpoczyna się przygotowanie szczególnego daru dla Kościoła.

Gdy Maria miała 6 lat, zlecono jej opiekę nad 3-letnią siostrzyczką Antoniettą - Antosią, z którą związała się głęboką siostrzaną zażyłością. Uczęszczała do 5-letniej szkoły podstawowej - Collegio Giussino - Kolegium Maryi, prowadzonego przez żeńskie zgromadzenie zakonne, w którym dzięki siostrom zakonnym nauczyła się modlić własnymi słowami. W wieku 9 lat odprawiała już codziennie półgodzinną medytację, a pewnego razu nawet ponad godzinne rozważanie, rozmyślając ze łzami nad cierpieniami Jezusa i Maryi.

Od kiedy, w wieku dziesięciu lat, przyjęła pierwszą Komunię Św., największą jej radością było to, że może przyjmować właśnie Chrystusa w Eucharystii. Od wtedy także, powstrzymanie się od Komunii było dla niej - jak sama zapisała - "wielkim krzyżem i męczarnią". Prostotę i niewinność dziecka zachowała do ok. 12-13 roku życia, kiedy szczególnie przeżywała okres Wielkiego Postu w ciszy i spokoju i codziennie odmawiała cały różaniec.

Następny okres dwóch lat był dla niej najtrudniejszy z pewnym młodzieńczym kryzysem. Nawrócenie przeżyła w czerwcu 1899. Dnia 2 lipca 1899 r. wzięła udział w obłóczynach jednej z krewnych w klasztorze wizytek w Palermo, a wydarzenie to stanie się dla niej ważnym doświadczeniem religijnym, punktem zwrotnym, pogłębionym następnego dnia osobistą rozmową w sercu z Jezusem, którego słowa słyszała a przed którym z zachwytem wyznaje: "Nie będę potrafiła już być dalej szczęśliwą, jeśli i ja tam (tzn. w klasztorze) się nie znajdę". Wówczas, w piętnastym roku życia, odkryła swoje powołanie do życia zakonnego, jednak z powodu sprzeciwu rodziny musiała na wstąpienie czekać aż dwadzieścia lat. W tym czasie Bóg obdarzał ją wielką siłą ducha i umacniał w powołaniu. Jej spowiednikiem aż do wstąpienia do Karmelu zostaje o. Antoni Matera OFMConv.

Życie duchowe Marii miało być pochodną mentalności ówczesnej epoki, tj. końca XIX i początku XX wieku. Jej wychowanie nie wyróżniało się niczym od kanonów wychowania dziewczyny z dobrej bogatej mieszczańskiej rodziny, szczególnie na Sycylii, polegających na tym, aby być dobrą matką rodziny, uzależnioną od małżonka.

Jednak Maria była inna. Jeszcze żyjąc w świecie, w młodości, odznaczała się wielką miłością do Eucharystii. W niej przeżywała głęboko tajemnicę sakramentalnej obecności Boga w świecie, w czym postrzegała konkretny znak Jego nieskończonej miłości do ludzi i motyw nadziei na spełnienie Bożych obietnic.

O swoich doświadczeniach pisała tak:

Moje cierpienia "dla Eucharystii" zaczęły się w wieku około siedemnastu lat, gdy doznałam przynaglenia, by nie opuszczać częstej Komunii. Wiele trudów i zmagań kosztowało mnie uproszenie krewnych, żeby mi towarzyszyli do kościoła. Gdy mi się to powiodło, gdy udało się wreszcie ich pozyskać, musiałam uzbroić się w cierpliwość, widząc, jak zwlekają z wyjściem, powolni, nigdy się nieśpieszący, zajęci swoimi sprawami, tak że w końcu przychodziliśmy spóźnieni. Ileż z ich powodu straciłam Mszy i Komunii Świętych! Ileż musiałam się natrudzić, by znaleźć kapłana, który udzieliłby mi Komunii, gdy przyszliśmy do kościoła w ostatniej chwili.

Miała około osiemnastu lat, gdy pojęła tajemnicę obecności Boga w tabernakulum:

Spóźniłam się raz na Mszę świętą i nie mogłam przyjąć Komunii Świętej. Ponieważ kościół był już zamknięty, chciałam zawrócić, ale jakaś uboga kobieta powiedziała mi: "Dlaczego Pani nie wejdzie do zakrystii, aby choć na krótko nawiedzić Pana?". Te słowa, a także przykład mojej starszej siostry, naprowadziły mnie na obecność Jezusa w tabernakulum i tajemnica ta przeniknęła do głębi mój umysł i serce: O Miłości, Miłości! Przebywasz tam jako Więzień, bo kochasz do szaleństwa i chcesz zawsze być z nami, Twymi dziećmi; pragniesz pozostawać w naszych kościołach, choć jesteś często samotny i opuszczony!Myślą i sercem rozpoczęłam nawiedzać Jezusa w tabernakulum w ciągu dnia, a także nocą. Adorowałam Go we wszystkich świątyniach świata, w tych zwłaszcza, w których pozostawał najbardziej zapomniany. Nocą przerywałam sen, aby Go na klęczkach uwielbiać. Widziałam w duchu te ciemne kościółki i zamknięte drzwiczki tabernakulum. Mówiłam Jezusowi, że u stóp każdego ołtarza stawiam moje serce jak wieczną lampkę, aby nieustannie Go adorowało, dziękowało Mu, kochało Go i wynagradzało. Zawarłam przymierze z Jezusem, na mocy którego w każdym kościele świata katolickiego, gdziekolwiek znajdowałoby się tabernakulum, gdziekolwiek przebywałby On w Sakramencie Ołtarza, moje serce będzie z Nim; by Go kochać, wielbić i wynagradzać w imieniu własnym i całego stworzenia, które Go opuszcza i nie chce Go poznać. To przymierze miało mnie obowiązywać nie tylko przez czas mojego życia ziemskiego, ale tak długo, dopóki On pozostanie w Najświętszym Sakramencie, czyli aż do skończenia wieków.

To nie są jedynie słowa bogatej mieszczanki; za tymi słowami widać osobę Boskiego Oblubieńca Jezusa, który kształtuje jej duchową sylwetkę.

Maria ma szczególny kult także do Maryi, i do świętych, np. św. Antoniego, św. Gemmy Galgani, św. Józefa, św. Franciszka z Paoli, któremu była ofiarowana w dzieciństwie, gdy groziła jej śmierć. Żyjąca w świecie duchem św. Franciszka, przyjęła od niego miłość do Jezusa Ukrzyżowanego. Od św. Małgorzaty M. Alacoque przejęła pobożność do Serca Jezusowego, ale największy wpływ mieli święci Karmelu. W roku 1901 Maria przeczytała Księgę życia św. Teresy od Jezusa, w 1903 r. wraz z matką i siostrami przywdziała szkaplerz Karmelu.

Na przeszkodzie w realizacji powołania zakonnego stanęły trudne wydarzenia w rodzinie. W roku 1904 umiera jej ojciec, w 1911 umiera z kolei na gruźlicę jej 21-letni brat Paweł. Nie załamuje się jednak. W 1910 r. w posłuszeństwie swojemu kierownikowi duchowemu zaczęła pisać swoje Confessione generale - Wyznania ogólne, które będzie kontynuować do roku 1918. We wrześniu 1910 udała się wraz z rodziną na pielgrzymkę do Rzymu i została przyjęta na audiencji przez papieża św. Piusa X.

W 1912 r. spotyka się po raz pierwszy z karmelitankami bosymi w Palermo. W latach 1912-1914, kiedy czytała po raz pierwszy Dzieje duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus, podjęła decyzję o wstąpieniu do karmelitanek bosych, jak to wyznała w liście do swej przyjaciółki Agaty Callari. Jak sama zaznaczyła, to właśnie św. Teresa z Lisieux ukierunkowała ją na klauzurę i na Karmel.

13 listopada 1912 r., a więc dopiero w wieku 28 lat, Maria przyjęła sakrament bierzmowania. Trzeba jednak dodać, że wtedy przyjmowano bierzmowanie jedynie z okazji ślubu lub w przypadku bliskości śmierci, a nie tak jak dziś jako ukoronowanie formacji chrześcijańskiej młodego człowieka.

Śmierć matki w czerwcu 1914 wydawała się być zagrożeniem jedności rodziny, zatem obecność Marii, jej kobiecej ręki, pośród braci Krzysztofa i Stefana, którzy z mentalnością liberalną i awersją do życia religijnego stali się faktyczną głową rodziny, wydawała się potrzebna.

Po śmierci matki Maria mogła przyjmować Komunię Św. rzadko, bowiem jej bracia nie pozwalali jej wychodzić z domu, a nie chciała się z nimi drażnić. Tak opisała sama swoje trudności:

Cóż powiedzieć o tych pustych niedzielach i świętach podczas choroby ojca i brata, a potem jeszcze po śmierci mojej mamy? Przez całe miesiące, a może nawet przez cały rok, nie święciłam niedzieli, nie mogłam iść do kościoła ani uczestniczyć w Najświętszej Ofierze i przyjąć Jezusa w Eucharystii.Tak bardzo pragnęłam, Panie, niemal żebrałam o łaskę, aby ktoś zechciał iść ze mną do Twojego Domu, o mój Jezu! Zawsze na próżno. Niespełnione nadzieje, daremne oczekiwania, post od Eucharystii. Godziny upływały, Msza mnie ominęła.Kiedy mama mi zabraniała pójścia do kościoła, w moim sercu stawało się lodowato - nie do wytrzymania. Mogłabym wszystko jeszcze rozumieć, gdyby sprawa dotyczyła tylko mnie samej i mojej ofiary, ale przecież chodziło też o Jezusa, ta walka była o Niego: On trwał w tabernakulum i nie miał możliwości zjednoczyć się ze mną - swoim stworzeniem, choć jako Jezus-Hostia po to tam pozostawał.Głód i pragnienie świętej Komunii nieustannie we mnie wzrastało do tego stopnia, że wyczerpywało mnie fizycznie; umierałam niemal na myśl o odrzuconej prośbie, o nieudzielonym pozwoleniu... Ten silny a zarazem słodki głód, miłosne i jednocześnie szalone pragnienia, doprowadzały mnie do łez. Święta Komunia była mi potrzebna jak oddech, jak bicie serca. Była dla mnie tęsknotą i rozkoszą; aby ją zdobyć poszłabym kamienistą droga, zakuta w łańcuchy. Jak wyrazić swe pragnienie?Uwielbiam Cię, Panie, za ten nowy rodzaj cierpienia, który dla mnie przygotowałeś, za krzyżową drogę, którą mi kazałeś podążać. Adoruję i błogosławię Twoją najświętszą wolę; jednoczę się z nią jak najdoskonalej w każdej chwili, aby zadośćuczynić za brak miłości, który cierpisz w zimnych i obojętnych sercach Ty, Jezu, w swym wielkim cudzie miłości, jaką jest Eucharystia. Na pierwszym miejscu pragnę ofiarować Ją za wynagrodzenie moich grzechów, mojej niegodności.

Maria zmagała się prawie dwadzieścia lat o to, aby zobaczyć realizujące się w końcu jej pragnienie. W czasie tego dwudziestoletniego oczekiwania, któremu towarzyszą cierpienia duchowe, okazuje zaskakującą moc ducha i niezwykłą wierność początkowemu natchnieniu. W tej walce, która trwała aż do momentu wstąpienia do Karmelu w Ragusie, Maria była wspierana przez bardzo szczególną pobożność względem tajemnicy Eucharystii: w Eucharystii widziała tajemnicę sakramentalnej obecności Boga w świecie, konkretny dowód Jego nieskończonej miłości do człowieka, uzasadnienie naszej pełnej ufności w Jego obietnice. Wytrwała w powołaniu i w wierze także dzięki nabożeństwu do Serca Jezusowego, praktyce komunii duchowej i pobożności maryjnej. Jednak cechą charakterystyczną jej życia duchowego były przede wszystkim: ufność, głębia, stałość oraz troska o czystość serca.

Maria wstąpiła do Karmelu Terezjańskiego 25 września 1919 roku, jednak za sugestią kard. Aleksandra Lualdi, ówczesnego arcybiskupa Palermo, wybrała nie Palermo, ale klasztor w mieście Ragusa (na południu Sycylii), by realizować swoje głębokie intymne pragnienie poświęcenia się całkowicie Jezusowi. W Karmelu przyjęła imię, w pewien sposób prorockie, Maria Kandyda od Eucharystii. Chciała przez to "towarzyszyć Jezusowi, w Jego eucharystycznej postaci, najlepiej jak tylko będzie mogła". Przedłuża swoje godziny adoracji, i przede wszystkim, w każdy czwartek godzinę między 23.00 a 24.00 spędza przed tabernakulum. Prawdziwie, na Eucharystii skupiało się całe jej życie duchowe, lecz - podkreślmy to mocno - nie tyle poprzez oznaki pobożności, co poprzez istnienie życiowej relacji między jej duszą a Bogiem. Z Eucharystii Maria Kandyda zaczerpnęła mocy, aby 1 listopada 1927 roku - za zgodą spowiednika - ofiarować się Bogu jako ofiara w akcie pisanym własną krwią.

Błogosławiona w pełny sposób rozwinęła to, co sama określa jako swoje "powołanie do Eucharystii", wspomagana przez duchowość karmelitańską, do której zbliżyła się za pośrednictwem lektury Dziejów duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Są też znane jej dobrze stronice, na których św. Teresa od Jezusa opisuje swoją nadzwyczajną pobożność do Eucharystii i to, jak w Eucharystii święta Fundatorka Karmelu Terezjańskiego doświadczyła płodnej tajemnicy człowieczeństwa Chrystusa.

W roku 1922 siostra Kandyda rozpoczęła opisywanie swojego powołania. Jej pierwszy zeszyt duchowych zapisków nosił tytuł Salita: primi passi (Wspinaczka: pierwsze kroki). Dnia 23 kwietnia 1924 r. złożyła swoje zakonne śluby uroczyste, a już po sześciu miesiącach została wybrana na przeoryszę klasztoru. W 1926 r. z posłuszeństwa wobec spowiednika ks. kan. Giorgio La Perla zaczyna pisać o swoim życiu duchowym, co zostaje opublikowane pod tytułem Canto sulla Montagna (Pieśń na górze).

Matka Maria Kandyda była przeoryszą, wyjąwszy krótki okres przerwy w latach 1930-1933, aż do 1947 roku, tj. 20 lat, rozbudzając we wspólnocie głęboką miłość do Konstytucji św. Teresy od Jezusa. Trzyletnia przerwa była zapewne - w planach Bożych - po to, aby ktoś inny był przeoryszą i aby m. Kandyda mogła napisać pod posłuszeństwem swój wielki duchowy traktat.

Począwszy od uroczystości Bożego Ciała w 1933 roku, świętego roku Odkupienia, Błogosławiona - z posłuszeństwa wobec swojej przeoryszy - rozpoczyna pisać to, co moglibyśmy określić mianem jej małego arcydzieła z zakresu duchowości eucharystycznej, noszącego tytuł Eucharystia. Pisała go przez dwa lata. Jest to "prawdziwy klejnot duchowości eucharystycznej przeżytej". Mamy tu do czynienia z długą i pogłębioną medytacją nad Eucharystią, zawsze rozpiętą między pamięcią o osobistym doświadczeniu a pogłębieniem teologicznym tego właśnie doświadczenia.

W Eucharystii, Matka Kandyda, widzi syntezę wszystkich wymiarów doświadczenia chrześcijańskiego.

Wiara: O mój Umiłowany ukryty w Najświętszym Sakramencie, ja Cię widzę, ja wierzę w Ciebie!... O Święta Wiara. Kontemplować ze zdwojoną Wiarą naszego Umiłowanego w Sakramencie: żyć Nim, który przychodzi każdego dnia!Nadzieja: O moja boska Eucharystio, moja ukochana nadziejo, wszystkiego od Ciebie oczekuję... Od dziecka wielka była moja nadzieja pokładana w Najświętszej Eucharystii.Miłość: Jezu mój, jakże Cię kocham! Miłość, która żywię w sercu do Ciebie, o Miłości ukryta w Najświętszym Sakramencie jest miłością przeogromną... Jakże wielka jest miłość Boga, który ze względu na dusze uczynił się chlebem! Boga, który uczynił się więźniem dla mnie.

W Eucharystii matka Kandyda, wówczas przeorysza swej wspólnoty, odkrywa również głęboki sens trzech ślubów zakonnych, które w życiu intensywnie eucharystycznym znajdują nie tylko swoją pełnię wyrazu, lecz także konkretną praktykę życiową, swego rodzaju głęboką ascezę i postępujące upodabnianie się do jedynego modelu wszelkiej konsekracji, to jest Jezusa Chrystusa umierającego i zmartwychwstałego dla nas:

Jakiegoż to hymnu nie trzeba by zaintonować posłuszeństwu naszego Boga ukrytego w Najświętszym Sakramencie? I czymże jest posłuszeństwo Jezusa z Nazaretu w porównaniu z Jego posłuszeństwem od dwudziestu wieków w Najświętszym Sakramencie? (...) Pouczywszy mnie co do posłuszeństwa, ileż mi mówisz, ileż pouczasz o ubóstwie, o biała Hostio! Któż bardziej wyzuty, bardziej ubogi niż Ty... Nie masz nic, nie prosić o nic!... Boski Jezu spraw, aby dusze zakonne były spragnione oderwania i szczerego ubóstwa! Jeśli mi mówisz o posłuszeństwie i o ubóstwie..., jakiż zachwyt nad czystością wzbudzasz jedynie poprzez patrzenie na Ciebie! Panie, jeśli znajdujesz w duszach czystych, jakaż dusza traktująca z Tobą, nie będzie się stawała taką? Stąd postanowienie: "Chcę trwać przy Tobie przez czystość i miłość".

Eucharystię przeżywała w duchowej łączności z Matką Bożą. W jej zapiskach znajdujemy m.in. słowa:

Maryja jest prawdziwym wzorem życia Eucharystią, bo Ona nosiła w swym łonie Syna Bożego, którego ustawicznie rodzi w sercach wierzących. Chciałabym być Maryją, być Maryją dla Jezusa, zająć miejsce Jego Matki. Zawsze mam przed oczyma Maryję w moich Komuniach Świętych. Chcę otrzymywać Jezusa z Jej rąk; Ona dopomaga mi stanowić z Jezusem jedno. Ja nie potrafię odłączać Jezusa od Maryi. Witaj, o Ciało zrodzone z Maryi. Witaj, Maryjo, jutrzenko Eucharystii.

Jej gorliwy kult Najświętszego Sakramentu sprawił, że nazwana została mistyczką Eucharystii.

Dla Marii Kandydy Eucharystia jest pokarmem, jest spotkaniem z Bogiem, jest zjednoczeniem serc, jest szkołą cnót, jest mądrością życia.

Samo niebo nie posiada więcej. Ten jedyny skarb jest tu, jest nim Bóg! Prawdziwie, tak prawdziwie: mój Bóg i moje Wszystko. Proszę mojego Jezusa o to, abym była umieszczona jako lampka wszystkich tabernakulów świata, aż do końca czasów.

W październiku 1937 r. wraz z całą wspólnotą zmienia miejsce zamieszkiwania w Ragusie przy ul. Marsala. Maria Kandyda przyczyniła się bezpośrednio do zakorzenienia się Karmelu Terezjańskiego na Sycylii poprzez fundację w Syrakuzach we wrześniu 1946 r. i do powrotu tam męskiej gałęzi Zakonu. W 1947 r. pisze swoje refleksje o życiu karmelitańskim opublikowane pt. Perfezione carmelitana (Doskonałość karmelitańska). Tego samego roku została przeznaczona na nową fundację karmelitanek bosych do Syrakuz, jednak do wyjazdu nie doszło; półtora roku później odkryto u niej raka wątroby.

Pan wezwał ją do siebie w uroczystość Trójcy Przenajświętszej 12 czerwca 1949 roku, w wieku 65 lat, po kilku miesiącach przejmujących cierpień fizycznych. Dwa dni później odbył się jej pogrzeb z udziałem licznych wiernych.

Siedem lat po śmierci otwarto proces beatyfikacyjny, który na szczeblu diecezjalnym zakończył się w roku 1962, w 1986 roku przeprowadzono roczny proces w sprawie uznania cudu za wstawiennictwem naszej Kandydy, a Positio o jej życiu i cnotach zostało przedstawione w roku 1992. Jan Paweł II uznał ją za Czcigodną służebnicę Bożą w roku 2000, a cztery lata później (21 marca 2004) w Watykanie dokonał jej beatyfikacji.

Ta piękna postać - mistyczka Eucharystii - jest godna poznania i pełniejszego przyjęcia przez polskie społeczeństwo, nie tylko w Roku Eucharystii.


Mistyka Eucharystyczna, Materiały z VIII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2006.

Modlitwa błogosławionej Marii Kandydy
o. Marian Zawada OCD

Modlitwa, jakakolwiek by nie była, wyraża fundamentalne przeczucie bliskości Boga, stosunek do Niego jako Stwórcy, jest poszukiwaniem i przywoływaniem Jego łaski i mocy, a rozwinięta i pogłębiona wiąże się z wchodzeniem w Jego tajemnicę. W modlitewnej bliskości człowiek chce nie tylko wypowiedzieć siebie, siebie przekazać, ale w powadze wiary ukierunkować się naStwórcę, zwrócić się do Niego. Jest ona w głębokim sensie zmierzaniem ku Niemu, aż do zjednoczenia. A zatem mamy dwie perspektywy: od strony człowieka i od strony Boga, a konkretnie - Bóg otwarty na człowieka i człowiek otwarty na Boga. Modlitwa dokonuje się w przestrzeni otwarcia bytu człowieczego na inną obecność i wypływa z nakierowania człowieka na Boga, co określa się jako naturale desiderium Dei.

Stwierdzenie, że człowiek jest bytem otwartym, ma wiele znaczeń. Dotyczy to zarówno świata, jak i innych osób. Wreszcie jest otwarty transcendentalnie, na wyższą rzeczywistość. Św. Tomasz mówi o exitus a Deo, o reditus ad Deum, co pozwala odnaleźć teologiczne podstawy do przywoływanej zdolności wychodzenia.

Przybliżenie specyfiki modlitwy kandydiańskiej

Mamy zatem podejście bardziej antropologiczne, jak na przykład W.H. Audena, za którym możemy stwierdzić, że modlić się to zwracać uwagę na coś lub na kogoś poza nami. "Za każdym razem, gdy człowiek skupia swą uwagę [...] do tego stopnia, że zapomina o swym ego i swych pragnieniach, jest to modlitwa". Idąc za tą intuicją, odkrywamy, że u źródeł możliwości modlitwy stoi ten szczególny rodzaj wychodzenia z granic własnego ja, rodzaj otwarcia na coś znajdującego się poza obrębem doświadczenia siebie.

Z drugiej strony mamy stały, teologiczny punkt odniesienia - tj. Boga, ku któremu modlitwa się kieruje. Do istoty modlitwy chrześcijańskiej należy nie tyle modlić się do Boga, co w Bogu. Modlitwa do Boga oznacza stać w oddali, daleko od Niego, dystans. Chrześcijanin przekracza tradycję starobiblijną, która skupia się na modlitewnej postawie stania przed Bogiem, z metaforą stania twarzą w Twarz, i w Chrystusie może modlić w Bogu. Dzięki miłości odkupienia nie jesteśmy już oddzieleni od Boga, możemy się z Nim nie tylko spotykać, ale i jednoczyć.

Karmelitański klimat modlitwy podkreśla gościnność serca i miłosną uwagę. Dlatego modlitwa rozumiana jako rodzaj wewnętrznej, duchowej gościnności, polega na towarzyszeniu Dostojnemu Gościowi. Gościnność przekształca się w przyjaźń. Teresa z Awili całą siłą kobiecego przekonania wypowiada słowa o przyjaźni pomiędzy Bogiem a człowiekiem:

Modlitwa wewnętrzna... jest... to poufne i przyjacielskie z Bogiem obcowanie i po wiele razy powtarzana rozmowa z Tym, o którym wiem, że mnie miłuje (Ż 8, 5).

Modlitwa jest czasem przyjaźni wybieranej i potwierdzanej, czasem wzajemnym. Przemierza dziedziny więzi, dąży do uczynienia miejsca w sercu i całym życiu, w końcu staje się życiem jedynym, wspólnym, oblubieńczym.

Modlitwa Karmelu wyrasta z podziwu, podziw zaś z zapatrzenia w duchowe piękno Boga. Teresa podaje bardzo prostą metodę:

Przedstaw sobie Pana stojącego tuż przy tobie i patrz... (D 26, 1)Nie żądam od was o Nim rozmyślań ani natężonej pracy rozumu, ani zdobywania się na piękne, wysokie myśli i uczucia - żądam tylko, byście na Niego patrzyły... (D 26, 3).

Tak właśnie patrząc, usilnie wpatrując się w Boga, człowiek oczyszcza swój wewnętrzny, duchowy wzrok. Zwłaszcza modlitwa kontemplacyjna wiąże się z przejściem przez trud oczyszczenia. Ono uczy zasadniczego widzenia rzeczy. W oczyszczeniu doznaje tej samej prawdy, o której wspomina Jan Paweł II w Novo millenio ineunte: urzeczenie serca (nr 33). Owo "urzeczenie serca" sięga tajemnicy obecnego w człowieku Boga. Przywołajmy znów Teresę z Awili:

On blisko jest, usłyszy cię bez głosu, nie potrzeba ci skrzydeł, aby latać i szukać Go; wystarczy udać się na samotność i patrzeć i oglądać Go obecnego we własnym wnętrzu i nie oddalając się od Gościa tak drogiego... cieszyć się Nim (D 28, 2).

Wtedy powstaje coś w rodzaju Bożej atmosfery - jak to nazywa bł. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej - którą dusza oddycha. W niej rodzi się głębia spojrzenia przenikliwego. Perłą karmelitańskiej modlitwy jest miłosna uwaga (hiszp. notizia amorosa), jak nazywa ją św. Jan od Krzyża:

Dusza powinna tylko patrzeć z miłością na Boga... trwać niewzruszenie z miłosną uwagą prostą i szczerą, jak ten, który otwiera oczy z myślą o miłości (ŻPM 3, 33).

Otwieranie oczu w myślą o miłości pozwala właśnie tę miłość dostrzegać i być wiernym dobru. W miłosnej uwadze objawia się to, co godne miłowania, zwłaszcza ten, który Jest Miłością. Miłością obejmuje się całą rzeczywistość i gruntowne dobro, jakie w niej tkwi.

W takim klimacie duchowym wyrasta siostra Kandyda od Eucharystii jako karmelitanka w Ragusie. Ona sama nazywa modlitwę słodkim myśleniem, łagodnym światłem, spontanicznością i czułością serca, niezmierzoną miłością, która trwa zamknięta w sercu dla Miłości. Przypomina to określenia św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która pisze o wzniesieniu serca, prostym wejrzeniu ku Niebu, okrzyku wdzięczności i miłości... Siostra Kandyda najczęściej formułuje swe modlitwy jako rozmowę z Miłującym, z Oblubieńcem, z Tym, którego pragnie poznać wraz z Jego sprawami. Zapisuje w swych wspomnieniach:

Pociągnięte potężnie poprzez samą Miłość, która przebywa w naszych piersiach, zwracamy się do Niego z serdeczną rozmową. To jest nasze powołanie, to jest nasze Niebo.

Rozmowa domaga się osobowej obecności, spotkania, bliskości, jest sposobem miłowania. Osoba jest tak stworzona, iż nosi w sobie zaproszenie do spotkania, do wspólnoty, ponieważ Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i kobietę (por. Rdz 1, 27). Osoba istnieje jako otwarta, zdolna przyjąć innego, powierzyć się mu, szukająca dopełnienia, wzajemnego ubogacenia. Osoba jest wychodzeniemna spotkanie ze światem, zwłaszcza ze światem osób. Spotkanie typu religijnego, z Bogiem, jest szczególnym rodzajem spotkania z Osobą Wszechmocną i Niewidzialną. Bóg dąży do spotkania, gdyż chce być - jak dla narodu wybranego - kimś bliskim: "któryż naród wielki ma bogów tak bliskich, jak Pan, Bóg nasz" (Pwt 4, 7). Spotkanie z Ukrytym staje się treścią modlitwy siostry Kandydy. To ukrycie jest szczególne - zwłaszcza w hostii, w Eucharystii. Współbrzmi to z poezją św. Jana od Krzyża: Pisze: "Znam dobrze źródło, [...] to wieczne źródło jest ukryte, lecz ja dobrze wiem, gdzie tryska".

Spotkanie może być wstrząsem, dramatem, eksplozją podziwu, być czymś cudownym. Ono człowieka zmienia, ponieważ ze swej natury wyprowadza poza siebie, budzi nieznane przestrzenie. Służy ono pogłębieniu zdolności do miłowania. To dzięki tej zdolności odsłania się tajemnica. Spotkanie w swej warstwie religijnej - a więc spotkanie z Bogiem - wprowadza w głębię Boskiej tajemnicy. Człowiek otwarty na Boga, niesiony wieczystą tęsknotą, nabiera umiejętności otwierania księgi stworzenia, by uczyć się z niej obecności Tego, do którego się zmierza. Siostra z Ragusy napotyka Boga w naturze, otwiera się na piękno stworzenia:

Tylko widok natury, jej piękna, pozwala przekraczać i rozweselić moje serce. Jak łatwo i prosto można złożyć swój pocałunek na rzeczach tak pięknych, które stworzył Bóg: kwiaty, niewinne ptaki, wszystko mówi o Nim. Oto mój pocałunek dla Stwórcy, dla stworzenia, ponieważ mnie niosą do Niego.

Spotkanie dokonuje się pomiędzy osobami, niejako na styku dwóch podmiotów. Obydwa podmioty wychodzą wobec siebie, by ostatecznie się sobie w miłości powierzyć. Pomiędzy tym otwarciem, wyjściem, niejako objawieniem się sobie wzajemnie, a powierzeniem w całkowitej ufności, należy doszukiwać się umiejętności modlitwy.

Modlący się, miłując, z łatwością napotyka Boga poza modlitwą, w obowiązkach, w posłuszeństwie życia zakonnego, wszędzie tam, gdzie pojawia się miłość. Modlitwa jest zatem stałym dostępem, wejściem do miłości Boga. W uścisku tej miłości tryska wielkie pragnienie zjednoczenia z Nim.

Siostra Kandyda spotyka się z Bogiem w kontekście - jak to nazywa - podwójnej wiary. Z jednej strony odnosi się ona do obecności Boga w duszy, z drugiej - do obecności w Eucharystii. Tak przeżywana wiara znajduje swe potwierdzenie w ewangelicznych słowach i obietnicach, jak tej pochodzącej z Ewangelii św. Jana: "Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim" (J 6, 56), czy też Apokalipsy: "Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną" (Ap 3, 20). Wiara, która uświadamia sobie wspólnotę nie tylko stołu, ale i życia, pozwala Błogosławionej z Ragusy stwierdzić:

Kontemplując z podwójną wiarą naszego Umiłowanego w Najświętszym Sakramencie, żyć Tym, który przychodzi każdego dnia, pozostawać z Nim w głębi duszy, to nasze życie.

Modlitwa rozumiana w ten sposób ma swe przedłużenie w misterium Trójcy Świętej, pozwala wejść w tajemnicę odwiecznego dialogu Ojca z Synem, pozwala zamieszkać w ich boskiej miłości, w także zanurzyć się w niezmierzonych głębinach boskiego istnienia. Z tego wynika, że modlitwa chrześcijańska jest doskonałym darem Boga, dzięki któremu możemy trwać zjednoczeni z Ojcem przez Syna w Duchu Świętym. Możemy użyć określenia bł. Kandydy, iż modlitwa dokonuje się w łonie Trójcy Świętej. Bóg jest Miłością, łonem, mieszkaniem i kustodią dla modlącego się. Człowiek, modląc się, trwa jak dziecko w łonie matki, związany z nią pępowiną, poprzez którą czerpie życie. Bł. Kandyda zwraca uwagę, że modląc się, kryjemy się w Chrystusie. Dzięki takiemu modlitewnemu usytuowaniu, Bóg może od wewnątrz przemieniać nasze życie.

Chrystocentryczny wymiar kandydiańskiej modlitwy

Jeżeli traktujemy konsekwentnie słowa, że Bóg jest miłością, odnajdujemy w tajemnicy Trójcy Świętej Zawsze Miłującego - tj. Ojca, Zawsze Miłowanego - tj. Syna, Zawsze Miłością Będącego - Ducha Świętego. Boska Miłość nie tylko wypełnia wnętrze Trójcy Świętej, ale rozlewa się po stworzeniu. Mówimy o ogarnięciu stworzenia przez miłującego Boga. Można by tu przywołać (trochę dla przekory) słowa Lutra: "Bóg nie kocha nas dlatego, że jesteśmy dobrzy i piękni, ale pozwala nam być dobrymi i pięknymi, ponieważ nas kocha".

Z tego wynika, ze Bóg nie traktuje nas zgodnie z naszymi zasługami, ale zachowuje się jak matka, która nie zapomina o swych dzieciach.

Jeżeli człowiek miałby wejść w tajemnicę tej miłości, tzn. nie miłować jedynie na poziomie własnych, naturalnych możliwości, powinien nie tyle próbować Boga miłować, czyli podejmować rolę miłującego, co pozwolić się miłować Ojcu, poddać się Jego miłości. Ponieważ Ojciec jest źródłem niewyczerpanej miłości, modlitwa pomaga nam stawać się coraz bardziej miłowanym. Jednocześnie sytuujemy się z miejscu Syna, ku któremu kieruje się miłość Ojca. Z tego wynika, że modlitwa jest nade wszystko przyjmowaniem miłości. Można by na tym etapie naszych rozważań określić ją jako otwieranie siebie, by przyjmować darmowość Boga, Jego miłości. W postawie przyjmowania kryje się bardzo istotna prawda, rządząca całą historią zbawienia. Jeżeli człowiek pozwala się Bogu miłować, przyznaje jednocześnie, że wszystko pochodzi od Boga, i do Niego wraca. Podlega najpierw dynamizmowi miłości, która nadchodzi od Boga, i zarazem miłości, która powraca do Niego. Exitus przekształca się w reditus. W ten sposób wszystko może być przekształcone w modlitwę. Można by stwierdzić, że człowiek, każdorazowo otwierając się na Boga i wychodząc ku Niemu, jeszcze bardziej powraca ku Niemu. Dokonuje się zarazem gruntowne odnowienie stworzenia. W tym modlitewnym powrocie pojawia się wdzięczność jako odpowiedź na otrzymany dar. Przyjęcie miłości przekształca się we wdzięczność, wynikającą z jej otrzymania.

O ile istnienie Boga Ojca objawia nam całkowitą darmowość łaski modlitwy, tak istnienie Syna otwiera przed nami drogę zjednoczenia. Najpierw, wychodząc ku Niemu, spotykając Go, odkrywamy zaproszenie do zjednoczenia. Idea zjednoczenia zostaje wzmocniona ideą naśladowania i upodobnienia. W naśladowaniu, imitatio Christi, akcentuje się aktywność człowieka szukającego. Poszukuje się jednak nie jakiegoś historycznego naśladowania słów i czynów Jezusa, nie jakiegoś rodzaju powtórzenia, repetitio, ale odnalezienia Ducha działającego w Jego życiu tak, że mógł On podjąć i realizować dzieło Ojca. Syn bowiem przyszedł, aby objawić Ojca i Jego dzieło: "Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni" (J 5, 19). Tylko Syn oznajmia wszystko, co usłyszał od Ojca (por. J 15, 15); głosi to, co widział u Niego (J 8, 38). Dzieje się tak, ponieważ został posłany przez Ojca Żyjącego. Posłany do człowieka, zatem oczekuje przyjęcia, by w nim żyć i dokonywać nieustannie dzieł Ojca. Chrystus pragnie nie tylko spotykać człowieka, pragnie w nim zamieszkać, w nim przebywać: "Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać" (J 14, 23). Dosłownie: uczynimy w nim mieszkanie. Lecz upodobnienie może iść jeszcze dalej. Człowiek nie tylko udostępnia swe wnętrze dla Boga, ale - jak św. Paweł - pozwala mu, by stał się jego życiem. Mamy do czynienia z zespoleniem, zjednoczeniem tego, co boskie i ludzkie. Wydaje się jednak, że jest jeszcze jeden stopień duchowego stanu, który można by nazwać boską wymianą. Matka Kandyda w tym kluczu pisze: "On zajął miejsce mej duszy".

Przeżywanie obecności Chrystusa jest tak intensywne, że stanowi część własnej, duchowej tożsamości człowieka. Modlitwa Chrystusa staje się dosłownie modlitwą każdego modlącego się w takim duchu. Ona staje się źródłem upodobnienia do naszego Zbawiciela, i najskuteczniejszym elementem boskiej przemiany.

Błogosławiona z Ragusy mówi o radości z jedności najmocniejszej, pochłaniającej aż do wyczerpania wszystkie siły. Często powraca w jej pismach motyw całkowitego zjednoczenia, wzięcia Boga w posiadanie poprzez nadzieję i jednocześnie całkowitego darowania siebie. W niezwykłej miłości Chrystusa znajduje sposób spokojnego powierzenia, ofiarowania siebie i ze swej strony pozwala Mu posiąść się całkowicie.

W swoim zakonnym życiu Kandyda może codziennie jednoczyć się z Chrystusem w Eucharystii. To sakramentalne zjednoczenie miało jednak podłoże mistyczne. Pisze:

Mieć Cię w sercu, posiadać Cię, mój Boże - oto największe szczęście dla duszy na tym wygnaniu! Nie, nie ma większej radości... Zrozumiałam już, jak może być wielkie zjednoczenie dokonujące się pomiędzy Jezusem a duszą, które otrzymałam.

W samym zjednoczeniu rodzi się jeszcze większe pragnienie jedności: z wewnętrznego uścisku duszy z Jezusem wypływa to wielkie pragnienie i głód zjednoczenia z Bogiem. Rzeczywiście, największym owocem dobrze przeżytej Komunii Św. jest boskie zjednoczenie.

Zjednoczenie posiada dwa wymiary odnośnie do tajemnicy Trójcy Świętej. Z jednej strony - chrystologiczne; Kandyda daje temu wyraz, mówiąc o jedności dusz: "Oby stały się jednym, dusza Jezusa i dusza moja".

Z drugiej strony odnajdujemy relację do Boga Ojca, a zatem odniesienie patrylogiczne. W zjednoczeniu z Chrystusem Błogosławiona z Ragusy dostrzega niezwykłą możliwość w zbliżeniu się do Ojca.

Jeżeli wziąłeś mnie jako oblubienicę, a nie możesz zostawić swego Ojca, by przyjść i zamieszkać ze mną, ponieważ jesteś Jednorodzony, nie oddzielaj się nigdy od Ojca. Ale czy nie mógłbyś mi pomóc zamieszkać blisko swego Ojca?

Wspaniałe pytanie, na które czeka Syn, i nie zamierza pozostawić go bez odpowiedzi. Należy to do tajemniczej pracy Boga, która dla Kandydy staje się wielkim światłem, rozświetlającym mroki serca. Wtedy modlitwa staje się z sposób najbardziej dosłowny źródłem życia zjednoczonego.

Uświęcenie należy do zadań Ducha Świętego. Ze swej natury Duch jest wzajemną miłością Ojca i Syna. Jest Boską Osobą, która jednoczy, ale jednocześnie otwiera stworzenie na uczestnictwo w tej jedności; jest kimś, kto w sensie historiozbawczym, ciągle przynagla do miłości. Duch Święty jest otwarciem boskiej miłości i w tej otwartości poucza o niej. Przynaglenie do miłości polega na tym, że Duch Święty nieustannie wychodzi ku człowiekowi, jest przez Chrystusa nieustannie posyłany, stając się jednocześnie boskim exodus miłości, boskim pielgrzymem, posłańcem Miłości.

Taka wizja modlitwy otwiera na eklezjalne jej interpretacje. Modlitewne doświadczenie Kościoła pojawia się w dwóch aspektach. Modlitwa nie tylko wydarza się we wnętrzu Kościoła, ale modląc się, człowiek potwierdza swą przynależność do Mistycznego Ciała, słowem - staje się świadomie ciałem Chrystusa. W oparciu o takie rozumienie modlitwy, człowiek nie tylko odnajduje się we wspólnocie modlących się, pośród nich, ale tworzy Kościół, sam staje się tworzywem jedności.

Dlatego też, kiedy uczniowie proszą Chrystusa: naucz nas się modlić, proponuje On słowa Ojcze nasz, uświadamiając uczestniczenie we wspólnocie, rodzinę Boga. Jest to modlitwa we wspólnocie jednego ducha, według Ducha Świętego, który woła Abba Ojcze (Ga 4, 6), a zatem modlitwa samego Ducha Świętego w człowieku. Modlitwa eklezjalna pozwala odkrywać tajemnicę communio, duchowej jedności, wyrastającej z połączenia bożego życia i ludzkiej historii. Modląc się, człowiek z jednej strony potwierdza miłość do Chrystusa i Kościoła, z drugiej - potwierdza naturę Kościoła, który jest, jak Chrystus, modlitwą skierowaną ku Ojcu. Poza taką modlitwą człowiek jedynie skazuje się na trudną samotność, na zdominowanie przez egoizm, na duchową bezpłodność.

Dla Siostry Kandydy, Chrystus jest pomostem danym przez łaskę, ogołocony i zmartwychwstały, obecny w Eucharystii i żyjący w Duchu, jest ogniskową każdej modlitwy.

Modlitwa pojawia się jeszcze w jednej scenerii, związanej z imieniem Jezusa. Człowiek - magna quaestio - nie może stanowić dla siebie odpowiedzi. Odpowiedzią człowieka jest sam Bóg, ale odpowiedzią, która nie nadchodzi całkowicie, w zupełności. Bóg umieścił człowieka w wieczystym niedopowiedzeniu. Siostra Kandyda po wielu latach zrozumiała, że tak naprawdę są jedynie obietnice, a więc to, czym Bóg chciałby nas później obdarować. One niejako idą przed Bogiem, który nas prowadzi, znajdują się u celu ziemskiej podróży. Pragnienie narasta w miarę, jak człowiek sobie uświadamia, że nie potrafi osiągnąć własnego wnętrza, własnej tajemnicy. Modli się jak św. Paweł:

...zgodnie z gorącym oczekiwaniem i nadzieją moją, że w niczym nie doznam zawodu. Lecz jak zawsze, tak i teraz, z całą swobodą i jawnością Chrystus będzie uwielbiony w moim ciele: czy to przez życie, czy przez śmierć (Flp 1, 20).

Taka modlitwa, takie pragnienie objawia przedziwną bezimienność człowieka. Modlitwa staje się uporczywym szukaniem swego imienia, imienia, które jedynie Bóg zna i jedynie On je nadaje. Kandyda zdaje sobie sprawę, że nosi w sobie nieskończone tajemnice. Wiele razy pyta Jezusa: "Kim Ty jesteś, Jezu? Widząc to, kim jesteś i co możesz potem dać, moja dusza, zaskoczona i szczęśliwa, mimo to nie przestaje zadawać ci tego pytania. O Jezu widzę wiele, ale nie mogę tego wyjaśnić". Maria Kandyda szuka odpowiedzi na własną tajemnicę, pytając Jezusa, kim jest. Jego Imię staje się kluczem do tajemnicy człowieka. Błogosławiona z Ragusy w Chrystusie dostrzega rodzaj tajemniczego lustra, w którym może zobaczyć siebie, a przez to lepiej rozumieć siebie:

Tylko Ty możesz oświetlić to, co ukryte jest w moim życiu, jak w tajemniczym zwierciadle. [...] Niemniej jednak pragnę żyć ukryta, a moje serce, będące pełne Twojej miłości, nieraz chciałoby się otworzyć i wyśpiewać Twój dar.

Od modlitwy pragnienia po modlitwę zjednoczenia

Nader istotnym wymiarem człowieka, w którym z łatwością możemy osadzić modlitwę, pozostaje pragnienie. Całe życie prawdziwego chrześcijanina jest świętą, modlitewną tęsknotą. Św. Augustyn tłumaczy ważną rzecz:

Gdy... tęsknisz, wówczas stajesz się podatnym do przyjęcia tego, co zobaczysz, gdy nadejdzie. [...] Otóż w ten właśnie sposób Bóg, każąc nam czekać, zwiększa pragnienie, wywołując pragnienie - poszerza duszę, poszerza ją - zwiększa zdolność przyjęcia....

Siostra Kandyda nazywa pragnienie pustą wazą, absolutnie pozbawioną mojego ja, która wypełnia się świętością Boga. Ta świętość ma kształt boskiego pragnienia, to znaczy wypełnia się tym, czego Bóg pragnie dla danej osoby. Maria Kandyda ujawnia wolę wznoszenia się ponad siebie, zapominania siebie, by żyć tym samym pragnieniem, co Bóg. Woła pośród swej miłości:

Ty, który jesteś nieskończony, przyjdź i napełnij mnie.Najsłodszy Synu Maryi, przyjdź do mego serca, tu jest miejsce tylko dla Ciebie. Moja dusza, moje zdolności, moje zmysły i moje ciało, są tylko dla Ciebie. Spójrz i sprawdź, czy we mnie jest jakieś pragnienie, które nie byłoby Twoje.

Jednocześnie dąży do pogłębienia i poszerzenia tego miłosnego pragnienia we wszystkim: poprzez niezliczone umartwienia, cierpienie, łzy....

Człowiek żyje, zmierzając do spotkania z Bogiem w akcie stwórczym, w swej pierwotności. Odnajdując siebie, odnajduje Boga. Dlatego można powiedzieć, że człowiek istnieje w świetle Boskiego istnienia, które dało mu początek, a który nosi niezbywalnie w sobie, a raczej - nim jest. Człowiek zamieszkuje w Boskim pragnieniu. Jest ono - jak Bóg - niezniszczalne. Taka jest również pierwotna dynamika modlitwy. Dlatego wielu świętych stara się oczyścić świat swoich pragnień, by wydobyć to jedyne, najważniejsze, najbardziej formujące życie duchowe. Siostra Kandyda modli się:

Drogi Jezu, przyjdź i zgaś wszelkie dążenie, każde pragnienie, które nie jest nadprzyrodzone. Tylko Ty możesz stłumić, uciszyć każdą pasję, zadać śmierć mojemu ja.

Pragnienie nadprzyrodzone jest ogólną, całościową możliwością człowieka, możliwością bycia człowiekiem, ogarniającym jego boski początek, aż do najdalszego horyzontu, wspomaganego nadzieją bycia zbawionego, osadzonego w Bogu. Jest ono miarą człowieka, ogarnia jego długość, szerokość i głębokość. Zarazem jest przekraczaniem człowieka, jego doczesności, jego kruchości, najwyższych nawet wyobrażeń, a nawet - jego zdolności bycia człowiekiem. Taka też jest modlitwa. Pragnienie modlitewne staje się wołaniem o nowe życie w Jezusie. W pismach Błogosławionej z Ragusy czytamy: "O mój Jezu, zabij mnie i daj mi życie. Uśpij mnie i mnie obudź!".

Dzięki idei pragnienia jedności z Bogiem możemy mówić o człowieku w sposób najprawdziwszy dlatego, iż wyraża ona jego istotę - człowiek jest dążeniem do tego, czym jeszcze nie jest, zmierzaniem ku temu, czego jeszcze nie posiada w pełni i nigdy posiąść nie może. Nie sposób tego wyrazić inaczej: człowiek - we właściwym tego słowa znaczeniu - zmierza ku swej wewnętrznej tajemnicy, dąży do tego, by siebie posiąść całkowicie w Bogu. Pragnie osiągnąć siebie, swą pełnię, jednocząc się z Bogiem. Kandyda mówi o tego typu ludziach:

Jakaż [przedziwna] przemiana dusz, które zawsze spotykają Ciebie. Jakież scalenie w tej jedności z Jezusem! Nie są już stworzeniami ziemskimi; jakże wielkie zdziwienie rodzi kontemplowanie tego. Nie mają już niczego z ziemi. [...] Nie znajdują żadnego smaku poza Jezusem.

Ludzie tego pokroju zmierzają w dziedzinę nieba, przekraczając to wszystko, co doczesne, znajdując w Bogu wszystko, czego pragną. Tego typu czyste pragnienie rozsiewa zapach Zbawiciela.

Pragnienie Boga przyjmuje konkretną treść zjednoczenia z Nim. Staje się dla ludzi pokroju Kandydy męczeństwem.

Z powodu niezmierzonej potrzeby bycia z Nim i przez niemożność pozostania w jedności, doświadczam dręczącej gwałtowności, która zamienia moje całe życie w męczeństwo, w agonię.

Pragnie niczym nieograniczonej Komunii - cieszyć się Bogiem w Niebie. By "pomieścić" Boga w sobie, człowiek wewnętrznie decyduje się na unicestwienie - pragnie oddać całego siebie, by Bóg mógł być wszystkim. Dlatego nasza Błogosławiona czuje potrzebę unicestwienia i prosi Boga: "zetrzyj mnie na proch".

Pragnienie zjednoczenia rodzi się wobec dobra dalekiego, które nie pociąga tak łatwo, jak to zmysłowe, a udręczenie wynikające z oddalenia może wydawać się okrutne. Pozostaje jednak zawsze darem wielkiej miłości, a miara jego nieobecności pomnaża miarę miłowania. Tego typu modlitwę można nazwać modlitwą cierpliwości, w której dojrzewa świadomość, że oczekiwanie, trwanie wdługim czekaniu, jest rodzajem miłowania.

Powiększającej się duchowej pojemności i modlitewnemu pragnieniu Boga towarzyszy odkrycie wewnętrznej pustki świata. Siostra Kandyda notuje:

Wodząc wzrokiem po całym pięknie, po wielkości, całej chwale doczesnej, [a następnie] odpoczywając przed świętym Tabernakulum, czuję i krzyczę, że wszystko jest puste, nie ma skarbu większego, droższego, poza tym, który już posiadam.

Świadomość znalezionego skarbu kształtuje duchowe preferencje i maksymalizuje zdolność duchowego posiadania. Pozwala to Kandydzie wyznać: "Nikt nie może posiadać więcej ode mnie".

Dla uwypuklenia tej warstwy modlitwy przywołuje dwa obrazy: gołębicy i magnesu.

Gołębica o skrzydłach niezdolnych do lotu, która zmęczona jest wieloma próbami, woła o wolność szybowania w niebo. Gołębica ta zostaje w innym fragmencie określona jako uwięziona, mimo że pragnąca wznieść się ku wysokości danej w obietnicy, do zjednoczenia spełnionego, wysokości, której nie można dotknąć ani osiągnąć w doczesnym życiu.

Kandyda równie chętnie wraca do metafory boskiego magnesu, duchowej grawitacji, w obręb którego dostaje się dusza:

Życie w Twojej obecności jest prawie szałem i obłędem dla duszy, potężnym magnesem pociągającym mą duszę, nieodpartą potrzebą dla mych zbyt słabych sił..., koniecznością absolutną dla mego serca.

Znakomita symbolika boskiego magnesu, pozwala odsłonić prawdę o pociąganiu przez Boga, o niewyczerpanym źródle boskiej grawitacji, centrum bez możliwości osiągnięcia go, które skutecznie ukierunkowuje ludzkie tęsknoty. Kandyda mówi o najsłodszym umęczeniu serca.

Adoracja eucharystyczna

Szczególną cechą modlitwy siostry Kandydy, jak wspomnieliśmy, jest wymiar eucharystyczny. Można by stwierdzić, że cała jej teologia modlitwy wyrasta przed tabernakulum. Odnajdywała w Eucharystii to, co bł. Elżbieta z Dijon nazywa "życiem miłości":

Budzić się w Miłości, poruszać się w Miłości, zasypiać w Miłości, z duszą w jego duszy, z sercem w jego sercu, z oczyma utkwionymi w Jego oczach...

Utkwione oczy w Jezusie to adoracja. Adoracja jest rodzajem zapatrzenia, ogarniania, wnikania. Adorujący pragnie niejako przebić się przez formę słów i nastrojów, by sięgnąć do źródeł prawdziwej fascynacji. Odnajdujemy w tej postawie wersety Ewangelii o ludziach wpatrzonych: "oczy wszystkich... były w Nim utkwione" (Łk 4, 20). Utkwiony wzrok, wbijający się w prawdę, w życie, w miłość, która przyszła. Adoracja jest w pewnym sensie natarczywa.

Adoracja jest czystą formą pobożności, jest najbardziej wolna od formy, najbardziej bezkształtna, gdyż jest tak żywa i nieskrępowana. W niej człowiek świętuje religijną wolność i wypełnia religijną świadomość boską uwagą. Dzięki niej orant staje się jak myśliwy, który wypatruje Pana i znajduje Go, zręcznie tropiąc Jego ślady jak Oblubienica z Pieśni nad Pieśniami. I w dziele tym umyka się zasadzkom innego myśliwego, który "jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć" (1 P 5, 8). W nim ufa się Bogu, że On sam wyzwoli nas "z sideł myśliwego" (Ps 91, 3).

Adoracja jest ze swej natury rodzajem miłosnej uwagi, wyrazem uwielbienia, pogłębiającym fundamentalne pragnienie: "Do Ciebie wznoszę me oczy, który mieszkasz w niebie" (Ps 123, 1). Sytuuje ona w przedziwnym miejscu zamieszkiwanym przez światłość niedostępną (1 Tm 6, 16).

Charyzmatem Kandydy pozostaje niewątpliwie adorowanie Chrystusa w postaciach eucharystycznych, tak pod względem treści, jak i intensywności spotkania. Adorując obecność Pana, skłonna jest mówić o królestwie Eucharystii Chrystusa, o Jego eucharystycznym królowaniu. Pisze niemal w mistycznym zachwycie:

Boska Eucharystio. Ty jesteś moim pragnieniem, moim odpoczynkiem i życiem moim. Poza tobą nie ma dla mnie żadnej radości na ziemi.

Nazywa ją "darem niezmierzonym", z którym nie można się oswoić. Chce być apostołką Komunii Świętej. Modli się: "Przyjdź Królestwo Twe Eucharystyczne".

Będę pamiętać z miłością o Komunii Świętej - już przyjętej, i tej czekającej. Będę modliła się, aby Komunie Święte były przyjmowane pobożnie. Będę często z czułością przyjmować duchową komunię.

Drogą modlitwy może być Hostia, ponieważ ona otwiera bramy nieba. Jest to możliwe, gdyż zawiera ona nieskończoną siłę miłowania. Kandyda chciałby być świadkiem tej miłości aż do szaleństwa. Adoracyjna modlitwa wypływa z tego samego zaproszenia, które kieruje psalmista: "Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan" (Ps 34, 9).

Dla siostry Kandydy przedmiotem adoracji jest Jezus, wieczna czystość. Współbrzmi to z sensem jej imienia, które oznacza czystość, prawość, niewinność, szczerość, a w sensie bardziej bezpośrednim - kolor śnieżnobiały. W swej modlitwie poszukuje wypełnienia bielą boskiej czystości. Pragnie nią oddychać. Adoruje Go we wszystkich kielichach i wszystkich hostiach konsekrowanych na całym świecie i ofiaruje je Bogu Ojcu. Jej pragnieniem było otoczyć wszystkie tabernakula wieńcem miłujących serc. Świadomie dąży do wejścia w modlitwę nieustanną, trwając w nieprzerwanej wewnętrznej adoracji.

Z drugiej strony cierpi na wspomnienie, że przyjęcie Najświętszych postaci pozostaje bez dziękczynienia. Adoracji takiej towarzyszy modlitwa łez. To przedziwne Dobro pragnie uczynić wszystkich szczęśliwymi, ale człowiek często odrzuca tę miłość. Oddając się adoracji, Kandyda pragnie wynagrodzić wszystkie znieważenia, które dotyczą Najświętszego Sakramentu, chłód, z którym spotyka się miłość naszego Pana, profanacje i zmazy grzechu, prosząc jednocześnie Boga o ich wybaczenie. Tak trudno jej przyjąć prawdę, że Chrystus trwający w stanie wieczystej Ofiary może być niechciany i zapomniany.

Chrystus, wieczysta niewinność, ma siłę oczyszczania słów modlitwy, a nawet obezwładnia słowo, by człowiek trwał w milczeniu, wpatrzony w niepokalaną Hostię. On to daje milczącą lekcję miłości, która przemienia całe życie. Kandyda adoruje niebiański ogień zstępujący w konsekracji, pożerający i trawiący całe jej życie. Chrystus, najsłodszy ogień oświetla boską prawdą ludzkie życie.

Adoracja wywodzi się z głębi doświadczonego daru: "Moje serce jest hymnem przepełnionym dziękczynieniem".

Ten hymn jest wieczysty, nieskończony. Brzmi jak niewyczerpane fiat wielkiego serca. Kandyda prosi: "Podaruj mi chwałę Hostii".

Eucharystyczna kontemplacja

Adoracja przekształca się w kontemplację, gdy duchowa rzeczywistość pochłania coraz większe przestrzenie. Nasza Błogosławiona stwierdza: "Nie było Komunii Św., która minęłaby bez zatrzymania się i odpoczynku w tym nieskończonym morzu światła i świętości".

Modlitwa Kandydy, zanurzona w nieskończoności Boga, nie zna granic ani ograniczeń. Przenika mury, by dotrzeć do Oblubieńca, pozostawionego w tabernakulum: Oddzielone od samego ołtarza, rzucamy czyste i płomienne spojrzenie poprzez mury, odnajdując i kontemplując Umiłowanego.

Wierzy, że On odsłania się oczom duszy skupionej, która rzuca wewnętrzne, rozmiłowane spojrzenia, kontemplując boską Miłość.

Kontemplacja jest dla Kandydy trwaniem przed Bogiem sakramentalnym, podobnie, jak święci trwają w niebie, w błogosławionej wizji najwyższego Dobra. Wzorując się na nich, nasza Błogosławiona uważa, że należy - podobnie jak w niebie siedem razy okrążają boski tron, wyśpiewując chwałę Najwyższemu - stawać z szacunkiem, uwagą i uniżeniem przed tronem tabernakulum. Poprzez utrzymywanie skromności oczu i odwracanie ich od miejsc niewskazanych, wzmacnia się wzrok naszej wiary.

Kontemplacja Kandydy nie zatrzymuje się w sobie, lecz rozlewa się po ludzkości. Z głębi tej modlitwy padają słowa: "Jeżeli mogłabym, chciałabym rzucić całą ludzkość w ramiona mojego Jezusa eucharystycznego: wtedy wszyscy byliby szczęśliwi".

Motyw powierzenia całej ludzkości wzmocniony jest w duchowości siostry Kandydy potrzebą odnowienia, riparazione. W teologicznym sensie mamy do czynienia z uczestniczeniem w paschalnym przejściu Chrystusa, w Jego śmierci i odkupieńczym zwycięstwie. Kandyda czerpie tu inspirację od świętej wizytki Małgorzaty Marii Alacoque, która traktując serce, jako istotę osoby, rozszerza w tym kontekście kult miłości.

Wnioski

Idea modlitwy bł. Kandydy wypływa z zespolenia dwóch wymiarów: eucharystycznego i duchowego. Z jednej strony cyborium, czyli puszka mieszcząca w sobie Najświętsze Postaci, z drugiej - serce człowieka. Łączy je idea strzeżenia Chrystusa. Serce winno Go chronić, podobnie, jak tabernakulum osłania Go w kościołach. Można to określić sakramentalną interpretacją życia duchowego. U Błogosławionej z Ragusy pojawia się przy okazji modlitewnych rozważań stały kontekst eucharystyczny.

Drugi wymiar, na który należy zwrócić uwagę, jest bardziej eschatologiczny i eklezjalny, dotyczy bowiem powiązania pomiędzy modlitwą Kościoła zbawionych a modlitwą Kościoła pielgrzymującego. W sensie zaś konkretnym, chodzi o powiązanie liturgii niebieskiej z modlitwą na ziemi. Każde stawanie przed Panem należy odnieść do liturgii nieba. O ile strzeżenie Chrystusa pogłębia wiarę, tak powiązanie z niebem - wzmacnia nadzieję. Duchowość siostry Kandydy znakomicie wpisuje się w obchodzony Rok Eucharystyczny, w jego modlitewną wrażliwość.


Mistyka Eucharystyczna, Materiały z VIII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2006.

Eucharystia w mistycznym doświadczeniu błogosławionej Marii Kandydy
o. Jerzy Gogola OCD

Życie duchowe Matki Kandydy w dużym stopniu zostało przeanalizowane i opracowane w ramach przeprowadzania procesu beatyfikacyjnego. Zebrano wszystkie świadectwa, a cenzorzy wydali swoją opinię o heroiczności cnót nowej Błogosławionej. Teolodzy, którzy egzaminowali jej pisma, zgodni są, że Bóg udzielił jej daru kontemplacji wlanej i obdarował wzniosłym życiem mistycznym. Uznawana jest za prawdziwą mistyczkę w potrójnym znaczeniu: jako dusza "spragniona Boga", "poszukująca Boga" i "doświadczająca Boga". Przy tych założeniach, obecne studium doświadczenia mistycznego posiada już w punkcie startu solidną podstawę teologiczną. Zupełnie inna byłaby sytuacja w przypadku, gdybyśmy dysponowali opisami doświadczenia mistycznego osoby o wątpliwej jakości życia duchowego.

Mówiąc o eucharystycznym doświadczeniu Karmelitanki bosej z Ragusy, chcemy całe jej życie duchowe odczytać w kluczu Eucharystii. Zadanie nasze jest ułatwione przez fakt, że ona sama tak je postrzegała. Klucz jej mistycznego życia stanowi kenoza Chrystusa uobecniana w misterium Eucharystii. Całe swoje życie duchowe rozumie jako odpowiedź na Chrystusową miłość w Eucharystii. Chrystus uniżony w misterium Eucharystii stanowi dla niej najwyższy ideał życiowy, którym inspirują się wszystkie akty dnia codziennego. Eucharystia jest sakramentem, który aktualizuje w pełni misterium Paschy. W niej Chrystus składa swoje życie w ofierze za zbawienie świata i w niej zmartwychwstaje. Stąd Eucharystia stanowi źródło i szczyt życia duchowego.

W opracowaniu naszego tematu nie będziemy szukać innych schematów, niż ten zawarty w misterium Eucharystii. Dla błogosławionej Kandydy, jak i dla całego Kościoła, Eucharystię stanowi misterium obecności, misterium ofiary i misterium zjednoczenia. Trzeba jednak pamiętać, że na płaszczyźnie życia duchowego, Eucharystia oznacza żywy kontakt z Osobą Jezusa, nie zaś z teologicznymi wymiarami.

Misterium obecności Chrystusa eucharystycznego w doświadczeniu mistycznym Marii Kandydy

Wiara w obecność Chrystusa w Kościele i nadzwyczajne doświadczenie tej obecności u Matki Kandydy są ze sobą mocno powiązane. Z relacji autorki wynika, że doświadczenie nadzwyczajne czasami nawet uprzedzało wiarę.

- Doświadczenie Bożej obecności w wierze

Rzeczywista obecność Chrystusa w Kościele jest podstawą wszelkiej chrześcijańskiej duchowości. Maria Barba od dzieciństwa żyje w środowisku głęboko religijnym, tak gdy chodzi o rodzinę, jak i prądy duchowe epoki, tj. przełomu XIX i XX wieku. Pobożność eucharystyczna znajduje się w pełnym rozwoju. Korzenie tej duchowości tkwią jeszcze w Reformie Tydenckiej, która przyczynia się do rozkwitu pobożności eucharystycznej, m.in. w formie wynagrodzenia za zniewagi wyrządzone Eucharystii. Wchodzi zwyczaj nawiedzenia Najśw. Sakramentu. Książka A. Liguoriego Nawiedzenia Najśw. Sakramentu i Najśw. Maryi Panny na każdy dzień miesiąca doczekała się 140 wydań w XVIII wieku. Wśród postaci reprezentujących we Włoszech tę duchowość są św. Dominik Savio i mistyczka Gemma Galgani (†1903), postaci dobrze znane Marii Barba. W roku 1875 zostaje ukończona budowa bazyliki Najśw. Serca Jezusa w Paryżu, w której zostaje wprowadzony zwyczaj wieczystej adoracji.

Do wiernych dociera jasna świadomość treści Eucharystii. Wiedzą coraz lepiej, że dzięki niej mogą jednoczyć się coraz doskonalej z Ofiarą Miłości Chrystusa. Papież Pius X uczynił wszystko, by misterium Eucharystii stało się centrum życia chrześcijańskiego. Umożliwienie już dzieciom (w wieku sześciu - siedmiu lat) przystępowania do Komunii Św. wypływało z przekonania, że nie jest ona tylko nagrodą za dobre życie moralne, ale przede wszystkim pokarmem. Dla ogółu wierzących staje się oczywistym fakt, że Eucharystia oznacza uczestnictwo w Męce i śmierci Chrystusa, a przede wszystkim zjednoczenie z Bogiem tak głębokie, że trzeba się do niego solidnie przygotować. Oznacza to czystość sumienia od grzechu, a tej z kolei musi towarzyszyć przygotowanie ciała przez post trwający przynajmniej od północy poprzedzającej Komunię. Kładzie się także duży nacisk na dziękczynienie po Komunii Świętej. W Palermo, mieście Marii Barby, działa bł. Jakub Cusmano, który każe wspomagać biednych, ucząc współpracowników, że tak powinni podchodzić do biednych jak do samego Chrystusa podczas Komunii Św.

Tym bardziej może dziwić fakt, że Maria Barba odkrywa obecność Chrystusa w Eucharystii dopiero w wieku piętnastu lat. Zresztą ona sama się temu dziwi, pisząc Autobiografię, a w niej rozdział o Eucharystii.

Jezusa Eucharystycznego poznałam późno. Gdy byłam małą odwiedzałam Go w kościele, a w domu odmawiałam modlitwę z książeczki do nabożeństwa, ale nie rozumiałam Jego obecności w Najświętszym Sakramencie. Później, gdy w kościele widziałam na ołtarzu konsekrowaną Hostię, wiedziałam, że to Pan, ale cały ten klimat szacunku i ciszy, jaki wokół Hostii roztaczano, był dla mnie czymś tajemniczym i niezrozumiałym. Wiedziałam, że w Hostii był Jezus, ale nie wiedziałam, że trwa także zamknięty w tabernakulum. Nie pojmuję, jak mogła mieć miejsce taka ignorancja...

Zaskakujące jest wyjaśnienie M. Kandydy takiego opóźnienia w odkryciu obecności Chrystusa w Eucharystii:

Myślę, że prawdziwą przyczyną mojej niewiedzy był fakt, że tylko ludzie o czystym sercu oglądają Boga, więc wówczas nie dawał mi się jeszcze poznać ani zobaczyć.

Domyślamy się, że nie mogła to być prawdziwa przyczyna u niewinnej czternastoletniej dziewczynki. A jednak Matka pisze to jako dojrzała karmelitanka bosa i mistyczka. Zapis ten może więc być wyrazem osobistego odkrycia ścisłego związku pomiędzy dostrzeganiem obecności Chrystusa w Eucharystii a czystością serca. "Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą" (Mt 5, 8).

Patrząc na swoją duchową drogę, wyróżnia "najpierw", które odnosi się do lat od 15 do około 26, kiedy to dominuje jej osobisty wysiłek, i "potem". Rozumie, że aby podobać się Jezusowi, wypełniając zawsze Jego wolę, musi pozostawać w Jego obecności. W tym celu posługuje się prostymi środkami jak: obrazek, gdy nie może być w świątyni na adoracji, albo wyobraża Go sobie obecnego w sercu po Komunii Św., wyobraża Go sobie w tabernakulum jako więźnia.

Kontemplowałam Jezusa w moim sercu... to było takie piękne kontemplować Go w milczeniu... Wiarą i rozumem widziałam Jezusa w Komunii... Pokazuje mi Go zawsze wiara.

Niekiedy wiara stawała się jaśniejsza. Zdawało się jej widzieć Go, chociaż nie wie, w jaki sposób. Wyznaje, iż doświadcza radości nieba: "Czułam Go... mówiłam sobie: Oblubieniec". W Autobiografii wyznaje, że głębsze zrozumienie misterium Eucharystii otrzymuje w wieku około osiemnastu lat. Przynajmniej odtąd misterium Eucharystii oznacza dla niej misterium obecności i spotkania z Osobą żywą. Odkrycie to oznacza jednocześnie otwarcie w jej życiu modlitwy nowego rozdziału:

Myślą i sercem rozpoczęłam nawiedzać Jezusa w tabernakulum w ciągu dnia, a także nocą. Adorowałam go we wszystkich świątyniach świata, w tych zwłaszcza, w których pozostawał najbardziej zapomniany.

Obecność Chrystusa posiada swoje centrum w Eucharystii, ale z niej niejako promieniuje na całą rzeczywistość. Stąd nasza Błogosławiona wraz z rozwojem swojego życia duchowego spotyka Jezusa wszędzie. Zresztą już od dzieciństwa, co rano, ponawiała postanowienie, że spędzi cały dzień w towarzystwie Jezusa, przed Jego obliczem. Opisuje, w jaki sposób stara się utrzymać w Jego obecności także podczas pracy:

Kieruję ku Niemu wzrok... ogarniam Go miłością... opieram głowę na Jego Sercu... całuję Mu stopy i padam do nich, zwłaszcza gdy pycha zaczyna pokazywać swoją twarz... Całuję Jego ręce, kiedy doznaję od Niego ucisku i prób.

- Nadprzyrodzone doświadczenie Bożej obecności

Oprócz wiary w żywą obecność Chrystusa Matka Kandyda posiada także doświadczenie o charakterze nadprzyrodzonym. Swoje pierwsze silne doświadczenie obecności Chrystusa w duszy ustala na wrzesień roku 1909, i to na moment, kiedy przez dłuższy okres czasu nie mogła iść do kościoła z powodu ówczesnych sycylijskich zwyczajów, według których dziewczynie pochodzącej z rodziny o wyższym statusie społecznym nie wolno było wychodzić z domu samej. To posłuszeństwo rodzinie zostało jej wynagrodzone szczególną łaską mistyczną. Odkryła mianowicie, że od medytacji mogła przejść do kontemplacji, do której Jezus pociągał ją silną łaską doświadczanej obecności, zbliżonej do sakramentalnej. Zawsze kontemplowała Jezusa rozumem i wiarą, ale teraz przyciąganie Boże stało się tak potężne! Odtąd poszukuje w swoim domu miejsc samotnych. Woli samotność i milczenie od najbardziej pobożnych rozmów, ale wprowadzających roztargnienia. Wyznaje, że szczęście płynące z doświadczenia obecności Jezusa od centrum duszy przenika całą jej osobę.

Potrzeba spotkania z Chrystusem w Eucharystii staje się tak silna, że zmienia się w męczeństwo. W domu czyni, czego żądają od niej, ale duchem jest jakby nieobecna. Rodzina odkrywa jej tęsknotę za samotnością, a siostry niejako dla żartu zamykają ją w pokoju. Kiedy wreszcie znajduje się sama, pada do stóp Jezusa i wybucha płaczem. Przeżywa katusze, gdy zmuszona jest brać udział w przyjęciach, prowadzić rozmowy o modzie, obiadach, etc. Tak cierpi, że aż tęskni za śmiercią, by wreszcie być w niebie i spotkać się z Bogiem. Jej cierpienie nie zmniejszy się nawet w Karmelu. Łaska bijąca z tabernakulum dosięga ją wszędzie i nie pozwala oddalić się od Jezusa nawet na chwilę. Cierpi także dlatego, że nie może poświęcić na adorację tyle czasu, ile by chciała. Pisze, że sam Jezus wyrywa ją z samotności i posyła do różnych zajęć; ale rozumie, że posłuszeństwo jest Mu jeszcze milsze niż adoracja.

Misterium obecności Chrystusa niesie z sobą także specyficzne oczyszczenie. Mianowicie w kontakcie z Bogiem człowiek odkrywa swoją nędzę. Dla Marii rozpoczyna się ono zwłaszcza po wstąpieniu do Karmelu. Przez całe lata pozostanie w ciemności i samotnym cierpieniu, które oczyści ją dogłębnie: "Mój Bóg, jak bandaż z najczystszego światła, obwijał mnie aż po najgłębsze pokłady mojej duszy"; "Cierpię, nie mogąc Go miłować z powodu mojej niedbałości...".

Potrafi jednak poddać się temu oczyszczającemu ją działaniu Boga; pozostaje przybita do swojego krzyża, zdając sobie sprawę, że działa Bóg. Wielka Teresa na początku swojej drogi modlitwy doświadczała pokus, by porzucić modlitwę z powodu swojej niegodności. Maria Kandyda nie znała tego rodzaju pokus. Chrystus ukryty w Eucharystii zapalił w niej ogromne pragnienie nieustannego życia w Obliczu Boga. Matka potrafi w wierze i głębokim milczeniu przeżywać niezwykle silne zjednoczenie z Chrystusem. Nazywa to darem Bożym, gdyż - jak stwierdzi - nie jest w naszej mocy postarać się o takie doświadczenie czystością serca i wiernością w życiu.

Działasz we mnie. Czyż nie odczuwam Cię często w moim sercu?... Podczas gdy wszystko jest ciemnością i oschłością, w moim sercu dokonuje się coś boskiego. To On. A ja sądziłam, że jestem sama... Ty, Boże światło, przenikając mnie czystością, podniosłeś mnie do siebie. Tam jest nowe powietrze, mimo że żyję na tej ziemi; tam jest świętość.

Jest świadomość działania Chrystusowej łaski w niej:

To Ty, Jezu, przychodzisz, aby zgasić we mnie wszelkie skłonności i pragnienia, które nie są nadprzyrodzone. To Ty przychodzisz w Eucharystii, aby zgasić wszelkie namiętności i uśmiercić moje ja.

Misterium ofiary

Matka Kandyda sama ułatwia nam pewną syntezę jej myśli na temat ofiary eucharystycznej poprzez przynajmniej dwa fakty: pozostawienie traktatu o Eucharystii oraz akt oddania się Jezusowi Eucharystycznemu. Ten akt niejako streszcza, na płaszczyźnie życia to, co wcześniej napisała. W dziełku o Eucharystii zamieszcza dwa rozdziały odpowiadające Ofierze: Eucharystia jako wynagrodzenie i Eucharystia jako całopalna ofiara.

- Eucharystia jako wynagrodzenie za zniewagi wyrządzane Eucharystii

Po mistycznym doświadczeniu znaczącym jej nawrócenie, własny wzrok z siebie przenosi na Serce Jezusa przeszyte bólem i miłością. Wyznaje, że od dziecka ćwiczyła się w zadośćuczynieniu, podejmując różne ofiary i sama układając odpowiednie modlitwy. Najpierw robiła to nie całkiem świadomie, potem coraz dojrzalej, biorąc wzór z Marii Małgorzaty Alacoque. Trwała godzinami na modlitwie, mimo przeżywanych oschłości. Łaska mocy Bożej była jednak z nią. W momencie pisania wyznaje, iż wynagrodzenie płynie z jej serca samorzutnie, jak woda ze źródła. Z serca płyną uczucia i westchnienia, a z oczu łzy. A wszystko to jest dziełem Jezusa. "Jezu, czuję, że ta zadośćczyniąca miłość oczyszcza mnie, podnosi, prawie przebóstwia". Szczyt miłości wynagradzającej Matki Kandydy polega na doświadczeniu utożsamienia się z Jezusem cierpiącym za niewdzięczność ludzi, zwłaszcza osób Jemu poświęconych:

Ty wiesz, jak to wszystko mnie rani: gdyby te strzały były we mnie skierowane, nie cierpiałabym tak. Jesteś dla mnie więcej niż dusza dla mojego ciała. Ty jesteś moją duszą, moim sercem, moim życiem: oddycham dla Ciebie, Tobą oddycham.

Chciałaby się nawet zwielokrotnić, by strzec wszystkich tabernakulów na całym świecie. Grzech Matka rozumie jako odrzucenie Jezusowej miłości. Zwraca się nie tylko do kapłanów, ale nawet do aniołów, aby dobrze strzegły tabernakulów. Kończąc rozdział o wynagrodzeniu, przyrzeka nie opuścić żadnej okazji przy nawiedzeniu Najśw. Sakramentu i modlitwie, by wynagradzać Jezusowi zniewagi oraz skłaniać do tego innych, bardziej przykładem niż słowem.

Pasję Jezusa Matka przeżywała także podczas długich godzin modlitwy. Wchodziła duchowo w cierpienie Jezusa znoszone przez Niego podczas całego misterium pasji. Utożsamia się nie tylko z Jezusem cierpiącym, ale również z innymi ludźmi, by za nich cierpieć; przyjmować ich grzechy jako własne, a poprzez własną modlitwę rozlać na nich Chrystusowe zbawienie.

- Eucharystia jako całopalna ofiara

Podczas Mszy św. stała wraz z Maryją pod Krzyżem Jezusa. Gdyby to było możliwe, chciałaby przejąć trochę cierpień Jezusa, ale wie, że tylko On jest Barankiem Niepokalanym godnym wziąć na siebie nasze grzechy. świadoma, że Msza święta uobecnia Ofiarę Krzyża, Matka Kandyda pragnęłaby być obecna podczas każdej Mszy św., by wraz z Jezusem składać własną ofiarę.

Ofiarowanie stanowi centralny moment celebracji eucharystycznej. Matka przyznaje się do otrzymania szczególnej łaski zrozumienia, czym jest Ofiara Chrystusa dla świata i poszczególnych dusz. Ona podtrzymuje świat jak wielkie masywne kolumny, z niej rodzą się męczennicy i święci. W takim kontekście rodzi się potrzeba odpowiedzi na Chrystusowy dar. Pierwsza jej forma to ofiarować Chrystusowi Jego samego, gdy przychodzi w komunii świętej do niej, a następnie ze zrozumienia Ofiary Chrystusa dla nas rodzi się pragnienie ofiarowania samych siebie: "Jemu chcemy coś dać i dla Niego coś wycierpieć".

Matka doskonale rozumie, że podczas Mszy św. wierzący nie może przyglądać się biernie Ofierze Chrystusa, ale musi się w nią włączyć. Nie ośmiela się nigdy prosić o krzyż, jak to czyniła niegdyś w świecie. Od siebie nie pragnie nawet ukłucia szpilką. Od Hostii Miłości płynie siła do ofiary z miłości. "Jeżeli miłujemy - stwierdza - potrafimy składać ofiarę z siebie, składając z siebie ofiarę, dajemy dowód, że miłujemy".

Dochodzi do zrozumienia głębokiego powiązania pomiędzy ofiarą i miłością. Jej ofiara znajdzie swój pełny wyraz w konsekracji zakonnej, o której pisze zaraz w następnych rozdziałach.

Jednak nie poprzestała na ślubowaniu rad ewangelicznych. Utożsamienie się z Jezusem Ofiarą skłoniło ją do złożenia trzech kolejnych ślubów: umartwienia, wybierania zawsze tego, co doskonalsze, oraz oddania się na ofiarę Jezusowi-Eucharystii.

Fakt ma miejsce w roku 1927. Wyznaje, iż wzdryga się przed umartwieniem, ale nie może z niego zrezygnować, gdyż w jego stronę kieruje ją jakiś wewnętrzny głos. Podejmuje się go z uwagi na miłość. Drugi ślub dotyczy wyboru tego, co doskonalsze. Wyłania się z kontemplacji Jezusa i odnalezienia właśnie w Nim tego, co doskonalsze. Odkrywa, że taki ślub pozwoli jej doskonale powierzyć się Jemu i przeżywać "słodką zależność od Niego". Powstaje w niej przekonanie, że sam Jezus żąda tego od niej. Po uzyskaniu pozwolenia przełożonych, składa ślub 8 września 1927 roku w dzień Narodzenia Najśw. Maryi Panny. Trzeci ślub to ofiarowanie się Jezusowi-Eucharystii. Ten Akt Ofiarowania pisze własną krwią:

W zakonie bardzo odczuwałam słodki obowiązek poświęcenia się z Nim-Hostią i znowu prosiłam o pozwolenie ofiarowania się jako ofiara Ojcu razem z wielką Ofiarą składaną podczas Mszy św. [...] Wydaje mi się, że to zaproszenie wyszło właśnie od Jezusa. [...] Zaledwie przedstawiłam sprawę na spowiedzi, od razu pozwolenie zostało mi udzielone. [...] Udzielono mi również pozwolenia, aby ten akt napisać własną krwią.

Dokonuje tego aktu w Wigilię Zesłania Ducha Świętego roku 1935. Można go rozumieć jako syntezę całego jej dotychczasowego nauczania o Eucharystii, zwłaszcza na płaszczyźnie życia. Oto główna jego treść:

Gorejąca Hostio, ponownie oddaję się Tobie całkowicie. Najsłodszy Jezu, Twoje wspaniałości wiążą dusze. Kto Ciebie spotkał, odkrył tutaj ożywczą oazę, szczęście. [...].Spal w twoich płomieniach to wszystko, co we mnie sprzeciwia się twojej woli. Oczyściłeś mnie: dopełnij we mnie swojego oczyszczenia! Ty, który rozpaliłeś moje serce, spal je do końca, unicestwij: wszystko zawdzięczam Tobie boska Eucharystio!O święta Hostio, uczyń mnie nieskalaną, uczyń mnie samą miłością, abym mogła stanąć przed Tobą czysta. Żadna broń nie jest w stanie ranić tak głęboko jak Ty, o mała i biała Hostio. Zrań mnie więc: zabij, głębiej od szpady, siłą twoich strzał! Obym mogła umrzeć u twoich stóp i dla twojej sprawy! Oby mógł zapalić się dla Ciebie każdy mój atom i płonąć miłością do dusz od jednego bieguna do drugiego [...].

Od tej chwili jej oddanie się Jezusowi nie zna granic. Bóg zaś nigdy nie pozwala się prześcignąć we wspaniałomyślności. Matka Kandyda owoc tego tak opisuje:

Gdybym mogła opisać szczęście i owoce, jakie płyną z oddania się Duchowi Jezusa. Pozwolić czynić Jemu, pozwolić Jemu wypełnić nasz dzień, wyrzec się własnego czasu, własnej wolności, własnych małych obowiązków i rzeczy do wykonania! On prowadzi... chcę we wszystkim zależeć od Niego.

Tytułem komentarza do powyższego tekstu ograniczam się tu tylko do dwóch myśli.

"Wszystko zawdzięczam Eucharystii". Jest to streszczenie dzieła Bożego dokonanego w niej dzięki Eucharystii. Bóg przemienił jej naturę i zapalił serce miłością. Pozostaje czekać, aż Bóg dopełni w niej swojego dzieła. Trzeba tu zwrócić uwagę na rolę Boga w tym dziele. Jest to typowy język mistyków i tych, którzy zrozumieli prawdziwy wkład człowieka w dzieło uświęcenia. Matka tak wiele pracowała i cierpiała, ale nie widzi tutaj swoich zasług. Widzi jedynie łaskę i uprzedzające Boże działanie.

Eksklamacje, jakie słyszymy w tym akcie, są typowe dla mistyków. Pragnienie komunii z Chrystusem każe jej nawet pragnąć śmierci z ręki Chrystusa. Niektórzy badacze nieśmiało wysuwają tu hipotezę o zranieniu serca strzałami miłości na podobieństwo łaski transwerberacji św. Teresy.

Misterium zjednoczenia

Szanując specyfikę misterium zjednoczenia Matki Kandydy, można uchwycić następujące jego etapy: przedsmak zjednoczenia i tęsknota za pełniejszym zjednoczeniem, doświadczenie mistycznych zaślubin, zrozumienie łaski zjednoczenia oraz owoce zjednoczenia.

- Przedsmak zjednoczenia i tęsknota za pełniejszym zjednoczeniem

Na początku traktatu o Eucharystii, nawiązując do pewnego epizodu z dzieciństwa, o którym pisała w Autobiografii, wyznaje, że już wówczas rozumiała, jak wielkim jest zjednoczenie pomiędzy Jezusem a duszą, która Go otrzymała, że największym owocem Komunii Świętej jest zjednoczenie. Po otrzymaniu I komunii Św. 3 marca 1894 roku, pisze:

Pozostałam zaskoczona, kosztując tę niebieską kroplę pociechy, zapadłą w moją duszę. Co za słodycz tych chwil. Nic nie powiedziałam Jezusowi: czułam się szczęśliwa, pełna słodyczy, pokoju i milczenia. Miłość Jezusa, Jego czułość dla mnie, zaświeciły na moich oczach dwie łzy ogromnego szczęścia i miłości. Dałam je Jezusowi. A On, co uczynił? Co powiedział mojemu sercu? Ja to wiem!

Przez 20 lat cierpi z powodu niemożności przystępowania częściej do komunii św. Wyznaje, iż z przechodząc obok kościoła, z radością czekałaby całą noc, jak piesek, by móc następnego dnia przyjąć komunię świętą. Nie potrafiła zrozumieć ludzi, którzy mogąc przystępować do komunii św., nie przystępowali do niej, którzy spóźniali się na Mszę św. bez żadnych skrupułów. Wszystkich wokoło przekonywała o wielkiej wartości komunii św. Gdy widziała kogoś radosnego, myślała naiwnie: pewno przyjął komunię świętą. Przeciwnie, nie wyobrażała sobie, jak można cieszyć się z innej przyczyny niż żywą obecnością Chrystusa? Trudno było jej też współczuć osobie nawet ciężko chorej, jeżeli dowiedziała się, że mogła ona przyjmować komunię świętą, bo według niej wraz z Jezusem nie mogło jej brakować niczego.

Nie robiła na niej wrażenia wiadomość, że ktoś ostro pościł, bo uważała, że nie ma większego postu niż brak Eucharystii. Przystępując wreszcie do komunii św., stwierdzała w duchu na widok innych wiernych: "O Jezu, kto z zaproszonych musiał tyle cierpieć, zanim mógł Cię spożywać?".

Marząc o Karmelu, gdzie już nie będzie przeszkód w przystępowaniu do komunii św., pisze:

Wyobraziłam sobie moją duszę jako gołębicę, która od tylu lat pragnie pofrunąć, a którą On - z miłości okrutnie - przytrzymuje za skrzydła, zadowolony, że i tak ma ją dla siebie: żadnego latania do stołu eucharystycznego, żadnego latania do klasztoru, żadnego latania ku niebu, żadnego latania, by wreszcie zanurzyć się cała w obecności mojego Boga... Ale w końcu, Jezu, zmęczysz się, rozluźnisz rękę. Jestem pewna, że twoje Serce nie skieruje Twojej gołębicy w kierunku ognia czyśćcowego, ale w kierunku Twojego Królestwa. A ja, wówczas wolna... ucieknę do nieba.

- Doświadczenie mistycznych zaślubin

Maria Kandyda pierwsze doświadczenie o charakterze nadprzyrodzonym umiejscawia w wieku około 15 lat, kiedy następuje jej nawrócenie i poznanie powołania do życia zakonnego. Od tego czasu Eucharystia stanie się dla niej źródłem szczęścia i męczeństwa.

Modląc się wieczorami przed Najświętszym Sakramentem, ze zjednoczenia z Jezusem, Matka przesuwa wzrok na rzeczy tej ziemi:

Kierując potem wzrok na wszystkie piękności, na wszystkie wielkości i wszystkie splendory tej ziemi, i pozwalając mu spocząć znowu na Tabernakulum, czuję, wołam, że wszystko jest puste, że nie ma skarbu większego, wspanialszego, od tego, który posiadam, a który cały jest tam [w Tabernakulum - uzup. J.G.]. [...] Bóg mój jest dla mnie Wszystkim.

Czyni tu aluzję do Modlitwy duszy rozmiłowanej w Bogu św. Jana od Krzyża: "Czegóż więc pragniesz duszo moja? Wszystko jest twoje i wszystko dla ciebie". Dotykamy tutaj szczytów życia mistycznego Matki Kandydy.

W traktacie o Eucharystii kontynuuje: "Mieć Cię w sercu, posiadać Cię, mój Boże, oto najwyższe szczęście duszy na tym wygnaniu".

Nasza Karmelitanka wyraża tu cały swój zachwyt wobec misterium Eucharystii, które realizuje zjednoczenie z Chrystusem, a jednoczenie zapala w sercu jeszcze większe pragnienie Boga. Komunia dla Matki oznacza zjednoczenie, wewnętrzny uścisk:

Co za przemiana w duszach, które zawsze przyjmują Komunię Św., co za przenikanie się, co za zjednoczenie z Jezusem. Nie, już nie są stworzeniami ziemskimi, samo patrzenie na nie budzi podziw. Nic ziemskiego nie mają już w sobie: wszystko, co ziemskie, jest tak obce i przeciwne ich odczuciom, iż zdaje się im, że zostały przeniesione do nieba. Nie pociąga ich nic poza Jezusem i dla Jezusa wolałyby raczyć być rozszarpane przez dzikie zwierzęta, niż uczestniczyć w światowych szaleństwach. Jedyne, czego pragną, to spotkać się z Tobą, zgubić się w Tobie, stać się z Tobą jedno!

Ci, którzy znają dobrze życie duchowe Matki Kandydy, z tego i wielu innych wyznań wnioskują, że doświadczyła łaski mistycznych zaślubin, o których pisze św. Jan od Krzyża. Dla zobrazowania tego zjednoczenia pomiędzy Chrystusem i duszą św. Cyryl użył porównania wosku zimnego wrzuconego do wosku roztopionego. Obydwa rodzaje przenikną się całkowicie. Podobnie po Komunii Św. posiadamy wraz z Jezusem to samo ciało i tę samą krew. W modlitwie rozpoczynającej rozdział o Eucharystii jako komunii z Bogiem Matka pisze podobnie: Ty i ja pozostajemy jakby stopieni razem: dopiero wówczas dusza się nasyca i dopiero wówczas życie jest możliwe.

Kulminacja mistycznego zjednoczenia ma miejsce w Karmelu. Spełnia się na niej obietnica Chrystusa: "Jeżeli mnie ktoś miłuje, przyjdziemy do niego i zamieszkamy w nim" (J 14, 23). O dniu profesji napisze:

Wydało mi się, że tonę w tym nieskończonym morzu światła, miłości, miłosierdzia... Poczułam się zbyt słaba, zbyt mała, by udźwignąć taki ogrom szczęścia. O Boże, cóż Ci oddam za to, że dałeś mi zakosztować kroplę z tego ogromnego morza, jakim jesteś?

Nie zamyka się jednak sama w tym doświadczeniu. Ogarnięty jest nim cały świat. Czuje, że Bóg dotyka swoją łaską całe stworzenie. Doświadczenie to nie składa się tylko z chwały, ale również z ciemności, cierpienia i opuszczenia. Po prostu uczestniczy w opuszczeniu Chrystusa na Krzyżu. W tym cierpieniu solidaryzuje się z niewierzącymi i odrzucającymi Boga. Nie szukała siebie, ale pozwoliła Chrystusowi, by żył w niej i urzeczywistniał swoje misterium śmierci i zmartwychwstania.

- Zrozumienie łaski zjednoczenia

Nasi święci Doktorzy mówią o dwóch rodzajach zjednoczenia: jedno posiada charakter nadzwyczajny, które cechuje niejako inwazja łask nadzwyczajnych i fenomenów mistycznych. Nad tym doświadczeniem człowiek nie ma żadnej władzy. Istnieje też drugi rodzaj zjednoczenia nazywany zjednoczeniem woli. Według świętych Karmelu, nie można otrzymać łaski mistycznego zjednoczenia bez wcześniejszego utwierdzenia się w zjednoczeniu woli. Droga duchowa M. Kandydy potwierdza taki stan rzeczy.

Zjednoczenie woli. Natychmiast po swoim nawróceniu podejmuje trud ascezy jako odpowiedź na doświadczenie Bożego działania. Cały trud ascetyczny Matki Kandydy polega na wyrabianiu w sobie dyspozycyjności na uświęcające działanie Ducha Świętego.

Chcę woli mojego Boga. Szukam jej nawet w najdrobniejszych rzeczach. Potrzebuję oddychać i żywić się nią. Bez niej wszystko jest niesmaczne i gorzkie. Nią jestem w pełni nasycona. Dlatego zrezygnowałam z mojej wolności i woli, a cała oddałam się Jemu, Jego działaniu i kierownictwu.

Jej uwaga skupia się na tym, by dać się Jezusowi prowadzić poprzez posłuszeństwo zakonne w każdej chwili.

Pełnienie woli Bożej wymaga oderwania od rzeczy i od siebie. Cała jej działalność polega na tym, by nie stawiać przeszkód wypełnianiu się w niej planu Bożej miłości, Jego przekształcającemu działaniu:

Mój Boże, nie chcę czynić niczego od siebie, z własnej woli, tym bardziej z pobudek naturalnych, chociażby w rzeczach drobnych; chcę, byś Ty był motorem, byś prowadził mnie do wypełnienia Twojej woli i tego, co się Tobie podoba w każdej chwili. Panie, wypełnij moje pragnienie: "żyj swoim życiem we mnie, żyj moim życiem". Takie pragnienie Bożej woli każe mi być czujną w każdej chwili, by w każdej chwili czynić to, co się Jemu podoba, by ofiarować siebie w każdej chwili tak, jak On tego chce.

Nasza Matka często mówi o przebóstwieniu swoich aktów, myśli i uczuć. Skoro sama nie należy do siebie, to pragnie, by wszystko, co czyni, było kierowane i przemieniane przez Boga.

Wydaje mi się, że nie należę już do siebie, a zależę od Niego w wypełnieniu każdego aktu, nawet najmniejszego czynu, bez pragnień i woli, nawet, by cierpieć ofiarę, a jedynie wypełniać to, czego On chce, w owym najczystszym "tak" i jedynie dlatego, że On tak chce.

Wymowne jest jej wyznanie po tym, jak przeorysza (Maria Teresa od Jezusa; 1879-1968) nakazuje jej pisać.

Nie powiedziałam nic, nie komentowałam, by uniknąć posłuszeństwa czy osłodzić je. Ale, Jezu, co za chwile spędziłam, by się przezwyciężyć, by przyjąć to, co tak bardzo mnie odpychało, czego tak nie umiałam wypełnić! Ale oto pełnię Twoją wolę, Jezu: wiesz, że ufam Tobie. Nie potrafię nic zrobić, sama z siebie jestem niczym; jest mi jednak drogie posłuszeństwo. Wypełnienie doskonałego aktu posłuszeństwa jest jedyną moją ambicją, by oddać Ci chwałę, by wypowiedzieć Ci, Miłości moja sakramentalna, całą moją miłość. Składam pod Twoje stopy ofiarę mojej woli w proch obróconej; oddaję Ci mój sąd, moją wolność, każdą sylabę, abyś był miłowany, aby dla Ciebie biły serca i nadeszło Twoje eucharystyczne królestwo, o Miłości!

Matka Kandyda przeżywa świętość codzienności. Czyni to jednak nie przez zwykłe ludzkie wzbudzanie intencji, jak to się zwykle czyni:

Nie jest to wcale owa toporna i chwilowa intencja, którą dusza wzbudza przy pełnieniu swoich czynów: czynić to czy tamto dla Boga. Jest to całkowite ogołocenie i unicestwienie siebie... jest to najczystszy promień czystej duszy, który wznosi się do swojego Boga, do Jego upodobania, i tego chce, to czyni dla niego, dla Niego cierpi... Jest to najczystsze tak...

Jak wiadomo z innych jej wyznań, nigdy nie przestaje być panią siebie. Staje się wolna wolnością Chrystusa. Promień Bożej wolności niejako przebija się przez nią. Ona w tej wolności uczestniczy.

Zjednoczenie nadprzyrodzone. Oprócz zjednoczenia woli - najważniejszego w całym procesie uświęcenia - możemy również mówić o zjednoczeniu mistycznym. W pismach M. Kandydy nie brak tekstów świadczących o stopniach mistycznego zjednoczenia, o których pisze św. Teresa od Jezusa. Dzieli ona mistyczne zjednoczenie na niedoskonałe (mieszkanie IV), do którego zalicza skupienie bierne i modlitwę odpocznienia, oraz zjednoczenie doskonałe (V-VII), zawierające zjednoczenie proste, ekstatyczne i przemieniające. Dla właściwej oceny stopni mistycznego zjednoczenia karmelitanki z Ragusy należałoby podjąć poważne studium porównawcze. Tu zadowolimy się jedynie powołaniem się na autorytet teologów studiujących życie duchowe Marii Barby. Jednym z nich jest Gianfranco Licitra. Dla niego nie ulega wątpliwości fakt obecności w życiu duchowym matki Kandydy wszystkich stopni terezjańskiej modlitwy mistycznej.

Pierwszą formą modlitwy mistycznej jest skupienie bierne, w którym dusza jest całkowicie skupiona w Bogu bez specjalnego wysiłku ze swej strony. Do tego skupienia dołącza czasami głębokie wewnętrzne milczenie i forma kontemplacji nazwana przez Matkę prostą. Oto wymowny opis naszej Autorki:

Nic jeszcze nie powiedziałam o zjednoczeniu pięknym i silnym z najsłodszym Jezusem, którego udzielił mi wielokrotnie. [...] Potem z tej słodkiej kontemplacji upadłam, by mocno złożyć głowę na najsłodszej Jego piersi (ale nie ja to czyniłam!), i by pozostać silnie z Nim zjednoczona! Być może nie rozumiałam, co to było?

Wyrażenia, takie jak: zjednoczenie piękne i silne, prosta kontemplacja, być w sposób słodki pociągniętą przez Jezusa, pozostać silnie z Nim zjednoczoną, niemożność wyrażenia tego wszystkiego - znane są z pism wielu chrześcijańskich mistyków, którzy pragną jakoś oddać słodycz i siłę komunikowania się Boga z nimi.

Od skupienia i wewnętrznego milczenia przechodzi się do modlitwy odpocznienia, która - według św. Teresy - sprawia bardzo słodki wewnętrzny pokój i duszy się wydaje, że już jej nic nie brakuje. Poznaje o wiele jaśniej niż przez zewnętrzne zmysły, że jest bardzo blisko Boga. Matka Kandyda sama rozpoznaje w sobie ten rodzaj modlitwy, która czyni ją spokojną i radosną tak w zmysłach, jak i w duchu:

Kiedy doświadczam w ten sposób pokoju i słodyczy w całej sobie, i zmysłowo odczuwam, jak dusza rozpływa się w zmysłach, i jednym słowem, jak uduchawiam się dobrocią Jezusa, i mam w sercu Jego słodycz [...], wówczas, czy nie Jezus trwa we mnie, nie Jego Serce, które daje mi tak wielką łaskę i pociechę?

Po modlitwie odpocznienia następuje modlitwa zjednoczenia i kontemplacji wlanej, w której dusza jest zalana Bożym światłem. Bóg doprowadza do końca działanie swojej łaski i miłości, aby zjednoczyć duszę ostatecznie w zjednoczeniu przemieniającym.

W pismach matki znajdziemy wiele tekstów mówiących o tej nadprzyrodzonej rzeczywistości, włącznie z towarzyszącymi jej fenomenami. Tego rodzaju łaskom zawsze towarzyszy cierpienie nazywane w języku mistycznym oczyszczeniami biernymi. Służą one uczynieniu duszy w pełni dyspozycyjną na ostateczne wypełnienie w niej Bożego dzieła.

Matka Kandyda wielokrotnie opisuje bolesne oczyszczenia doświadczane na ciele i duchu. Jak w życiu innych mistyków, tak i w przypadku m. Kandydy łaska światła i miłości przeplata się z działaniem oczyszczającym. Po wstąpieniu do klasztoru raduje się momentami słodkiego skupienia i nawiedzinami Bożej łaski; Boże nawiedziny czyniły ją prawdziwie szczęśliwą.

Ale kto by przypuszczał? - pisze w pewnym momencie. - To słodkie światło przyniosło mi ciemności i złożyło je w głębi mojej natury, niedostatecznie jeszcze oczyszczonej, by ją jednak uformować i oczyścić.

Jako owoc tych długich i bolesnych oczyszczeń Karmelitanka z Ragusy widzi czystość swojej duszy, jakiś nowy duchowy stan, niejako posiadanie cnót i panowanie nad namiętnościami. Mając na uwadze okres swojego przełożeństwa, zauważa:

Porównywałam ze sobą różne rodzaje zjednoczenia. Ale zadowoliłam się dopiero wówczas, gdy zestawiłam moje zjednoczenie z Nim, ze zjednoczeniem Jego-Słowa z Ojcem [...]. O jakże Cię kocham, mój Boże! Ale przecież nie można przesadzić względem miłości nieskończonej. Czuję, że moja miłość się zwiększyła. Jak niektórych rzeczy nie można wyrazić!

Matka nie jest odosobniona w niemożności wyrażenia tego, czego doświadcza. Jest to stała cecha mistycznego doświadczenia.

Obok stopni mistycznego zjednoczenia i obecności oczyszczeń biernych, można by jeszcze mówić o nadzwyczajnych fenomenach towarzyszących mistyce m. Kandydy, ale rezygnujemy tutaj z tego aspektu, który do istoty doświadczenia nie należy.

- Owoce mistycznego zjednoczenia

Wysuwające się na plan pierwszy skutki mistycznego zjednoczenia Karmelitanki z Ragusy są trzy: wewnętrzna przemiana, budowanie jedności Kościoła oraz antycypowane przeżywanie nieba.

Wewnętrzna przemiana. Zjednoczenie eucharystyczne sprawia przemianę człowieka. Matka daje temu świadectwo, m.in. w traktacie o Eucharystii.

Doświadczyłam takiej ufności do mojego Jezusa Hostii, do tej Hostii Miłości, która dokonała mojej transformacji, która dokonała we mnie wszystkiego, która uczyniła mnie białą, czyniła mnie swoją Candida (Kandydą): do tej Hostii, której zawdzięczam wszystko.

Jej przemiana polega na całkowitym upodobnieniu się do Jezusa Eucharystii dającego się innym jako pokarm. Jej oddanie ma miejsce przede wszystkim we wspólnocie zarówno dla pojedynczych sióstr, jak i wspólnoty jako takiej. Jest poszukiwana przez inne dla rady i pomocy. Tak naprawdę oddaje się nie siostrom, ale Jezusowi. W prośbach innych widzi wypełnianie się Jego planu miłości, Jego głód czekający na nasycenie. Jak zauważają siostry z jej klasztoru w Syrakuzach, modliła się często, by Jezus uczynił jej serce na podobieństwo swojego Serca, i tak się stało. W rozdziale Eucharystia a miłość bliźniego pisze:

Serce mojego Brata, Przyjaciela, Ojca, Oblubieńca Jezusa, jakże wielka jest Twoja dobroć: nie mogłeś dać mi więcej, nie mogłeś już bliżej przyjść, by mnie pouczyć o miłości, o Twoim przykazaniu! Tak Twoja lekcja jest milcząca, ale przemieniająca; kontakt z Tobą poucza i oświeca moje serce, Panie Jezu, a ja znajduję w sobie całą delikatność miłości, tylko dlatego, że Ty przemówiłeś, że pouczyłeś moje serce!

W kontekście miłości bliźniego Matka Kandyda przytacza wprost słowa wypowiedziane przez Jezusa do Marii Małgorzaty Alacoque: "To serce, które tak ukochało ludzi", chociaż nie pisze tego w cudzysłowie. To może oznaczać, że czyni je całkowicie własnymi, doświadcza tego samego, co mistyczka z Paray Le Monial. Z rozdziału o Eucharystii o nadziei pochodzą słowa:

Odziana w świętość samego Jezusa, staję przed Ojcem niebieskim, by otrzymać wszelkie błogosławieństwo: z najdroższego Serca, które przyciskam do własnego, pozwalam, by spływała do mojego słodycz miodu, zarodek pokory, fala wszelkiej cnoty. Mnie wszystkiego brakuje, On posiada wszystko... Moja mała i nędzna dusza szuka Jego duszy, by się uświęcić, by uświęcić się w kontakcie z nią.

Matka stała się tak miła, uśmiechnięta, pokorna i dobra, że jej zachowanie uderza nawet tych, którzy sprawiają jej cierpienie. Nie robi z siebie ofiary, ale szczerze gotowa jest przyjąć na siebie całą winę. Całą swoją przemianę przypisuje Bożej łasce. Nie możemy jednak sądzić, że ona nic nie robiła, a wszystko Bóg czynił za nią. Musiała mocno pracować i ostro walczyć, jak to niejednokrotnie wyznaje.

Budowanie jedności Kościoła. Uczestnictwo w miłości Jezusowej ze swej natury zbliża do ludzi i każe budować wspólnotę. W przypadku m. Kandydy dotyczy to najpierw jej rodziny, potem wspólnoty Karmelu, ale rozszerza się jednocześnie na Kościół i cały świat. Ilekroć doznaje łaski Bożej, patrzy wokół na tych, którzy mogliby również cieszyć się nią, ale się nie cieszą. W kontekście nadziei wyznaje:

O gdybym mogła, chciałabym rzucić całą ludzkość w ramiona Jezusa Eucharystycznego: wówczas wszyscy byliby szczęśliwi. On uczynił mnie szczęśliwą: jeżeli tak wielu, prawie wszyscy, czołgają się wśród trudów i ucisków, to dlatego, że nie potrafili znaleźć oazy Szczęścia. Tutaj jest nasz Bóg, Najwyższe Dobro, radość, skarb niewyczerpany, ale dusze idą gdzie indziej: jak tu znaleźć pokój i radość? O gdyby wiedzieli, gdyby skosztowali, byliby szczęśliwi i ugasiliby pragnienie!

Bez Jezusowej miłości relacja z innymi słabnie i staje się ciężka. "Jeżeli na świecie panuje niezgoda, to dlatego, że ludzie są daleko od Pieca Jego Serca".

Matka Kandyda odkryła, że Serce Jezusa rozszerza ludzkie serce tak, że może ono objąć świat cały. Pod wpływem mistycznego doświadczenia uczy się miłości do drugich, która przekracza zewnętrzne pozory. Opisuje na przykład, że czuje, iż promień miłości Jezusowej wychodzi z Tabernakulum i kieruje się na siostrę, która właśnie wchodzi do kaplicy albo klęka koło niej. Nie zawsze są to siostry uchodzące za doskonałe. Wydarzenie ma miejsce w Noc Wielkiego Czwartku (1933 roku). Doświadcza wielkiej miłości Jezusa kierującej się ku jednej z sióstr. Tak bardzo pragnie zobaczyć tę siostrę. Kiedy wreszcie ma ku temu okazję, okazuje się, że chodzi o osobę uchodzącą we wspólnocie przynajmniej za niedoskonałą. Z tej lekcji wyciąga wniosek, że nasza miłość musi być w wiele większa i przekraczać ciasne schematy ludzkich opinii. Dzięki takiemu doświadczeniu potrafi patrzeć na innych z Bożej perspektywy.

Ty nauczyłeś mnie zawsze współczuć, zawsze usprawiedliwić, o Jezu; a nie tylko przed innymi, ale (z delikatnością, której nie umiem wyrazić) w głębi mojej myśli i duszy.

Antycypowane przeżywanie nieba. Niebo dla M. Kandydy oznacza komunię twarzą w twarz, jest to zjednoczenie pełne, bez zasłony, radość nieskończona ze spotkania z Tym, który ją nieskończenie ukochał, zapalając w niej swoją miłość.

Wierzyła, że w Eucharystii już otrzymała to, czego oczekiwała w niebie. Eucharystia antycypuje wieczność. Za niebem tęskni tak samo, jak za Eucharystią. Ziemia jest dla niej miejscem wygnania. Eucharystia stanowi tutaj oazę. Wszystko, co nie jest Jezusem, jest dla niej puste. Przebywa tutaj z miłości i posłuszeństwa do Jezusa. Pragnie cierpieć, by On był miłowany, znany i uwielbiany. W niebie oczekuje chwały Boga, nie własnej radości. Wydaje się to prawie nieprawdopodobne. Do tego chce prosić Jezusa, by mogła strzec wszystkich tabernakulów na ziemi, aby nikt Go nie znieważał. Myśli zwłaszcza o tabernakulach ubogich gdzieś na misjach, gdzie nawet lampki wieczne ledwie się tlą albo są zgaszone, gdzie ludzi prawie nie ma i sam misjonarz zmęczony odpoczywa - tam chce być sercem i adorować.

Zakończenie

Zwykle teologia interesuje się życiem mistycznym, które polega na wlanym i miłosnym poznaniu Boga i jego zbawczego planu. Doświadczenie mistyczne o tyle jest brane pod uwagę, o ile wyrasta z życia mistycznego. Istnieje jednak możliwość do pewnego stopnia niezależnego od siebie istnienia życia mistycznego i doświadczenia mistycznego. Wydaje się, że z takim właśnie przypadkiem mamy do czynienia u M. Kandydy. Jej doświadczenie może więc wnieść światło w rozumienie chrześcijańskiej mistyki. Obserwujemy bowiem sytuację, kiedy pojawia się doświadczenie mistyczne w życiu osoby, która nie pogłębiła jeszcze życia duchowego, u której nie można jeszcze mówić o życiu mistycznym. Boże działanie oświecające jej umysł bezpośrednio, ale także poprzez innych ludzi (kobieta informująca ją o obecności Jezusa w Tabernakulum) ożywia jej życie duchowe. Szczególne doświadczenie Bożego działania wyprzedza jej życie mistyczne i stanowi niejako przewodnik na drodze do świętości. Ono samo nie jest nigdy przedmiotem kontemplacji. Przedmiotem kontemplacji jest zawsze "Chrystus-Eucharystia", "Chrystus-Sakramentalny" (to są wyrażenia Matki Kandydy).

Jej doświadczenie mistyczne potwierdza ogólną regułę, że zarówno samo doświadczenie, jak i cały proces uświęcenia są wynikiem działania Chrystusowej łaski, której człowiek nie może sobie wysłużyć. Powinniśmy dziękować Bogu, że dał Karmelowi, a przez niego całemu światu, jeszcze jedną tak wspaniałą postać-drogowskaz na naszej drodze - poprzez Eucharystię - do nieba.


Mistyka Eucharystyczna, Materiały z VIII Karmelitańskiego Tygodnia Duchowości Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2006.

Z pism błogosławionej Marii Kandydy
s. Immakulata Adamska OCD
W zadziwieniu Eucharystią
Borne Sulinowo 2004

Odkrycie Eucharystii

Jezusa Eucharystycznego poznałam późno. Gdy byłam mała, odwiedzałam Go w kościele, a w domu odmawiałam modlitwę z książeczki do nabożeństwa, ale nie rozumiałam Jego obecności w Najświętszym Sakramencie. Później, gdy w kościele widziałam na ołtarzu konsekrowaną Hostię, wiedziałam, że to Pan, ale cały ten klimat szacunku i ciszy, jaki wokół Hostii roztaczano, był dla mnie czymś tajemniczym i niezrozumiałym. Wiedziałam, że w Hostii był Jezus, ale nie wiedziałam, że trwa także zamknięty w tabernakulum. Nie pojmuję, jak mogła mieć miejsce taka ignorancja: czyż nie widziałam otwieranego, a potem znów zamykanego tabernakulum, gdy przychodził do mnie w Komunii świętej? Czyż nie czytałam z radością i wzruszeniem o Nim jako o więźniu miłości? Myślę, że prawdziwą przyczyną mojej niewiedzy był fakt, że tylko ludzie o czystym sercu oglądają Boga, więc wówczas nie dawał mi się jeszcze poznać ani zobaczyć. Teraz więc, o mój Jezu, spraw, bym zatapiała się w Tobie coraz więcej, bym coraz głębiej poznawała Ciebie oraz Twoją miłość w tajemnicy eucharystycznej. Czego mi wtedy poskąpiłeś, oddaj teraz w dwójnasób; pozwól mi Ciebie coraz bardziej poznawać i kochać w tym Sakramencie Twej nieskończonej Miłości.

Miałam około osiemnastu lat, gdy pojęłam coś z tej tajemnicy. Spóźniłam się raz na Mszę świętą i nie mogłam przyjąć Komunii świętej. Ponieważ kościół był już zamknięty, chciałam zawrócić, ale jakaś uboga kobieta powiedziała mi: "Dlaczego Pani nie wejdzie do zakrystii, aby choć na krótko nawiedzić Pana?". Te słowa, a także przykład mojej starszej siostry, naprowadziły mnie na obecność Jezusa w tabernakulum i tajemnica ta przeniknęła do głębi mój umysł i serce: O Miłości, Miłości! Przebywasz tam jako Więzień, bo kochasz do szaleństwa i chcesz zawsze być z nami, Twymi dziećmi; pragniesz pozostawać w naszych kościołach, choć jesteś często samotny i opuszczony!

Myślą i sercem rozpoczęłam nawiedzać Jezusa w tabernakulum w ciągu dnia, a także nocą. Adorowałam Go we wszystkich świątyniach świata, w tych zwłaszcza, w których pozostawał najbardziej zapomniany. Nocą przerywałam sen, aby Go na klęczkach uwielbiać. Widziałam w duchu te ciemne kościółki i zamknięte drzwiczki tabernakulum. Mówiłam Jezusowi, że u stóp każdego ołtarza stawiam moje serce jak wieczną lampkę, aby nieustannie Go adorowało, dziękowało Mu, kochało Go i wynagradzało. Zawarłam przymierze z Jezusem, na mocy którego w każdym kościele świata katolickiego, gdziekolwiek znajdowałoby się tabernakulum, gdziekolwiek przebywałby On w Sakramencie Ołtarza, moje serce będzie z Nim; by Go kochać, wielbić i wynagradzać w imieniu własnym i całego stworzenia, które Go opuszcza i nie chce Go poznać. To przymierze miało mnie obowiązywać nie tylko przez czas mojego życia ziemskiego, ale tak długo, dopóki On pozostanie w Najświętszym Sakramencie, czyli aż do skończenia wieków.

Komunia Eucharystyczna

Świętą Komunię przyjmowałam zawsze w skupieniu. Bardzo szybko podczas dziękczynienia zaprzestałam posługiwać się książeczką do nabożeństwa. Od czasu do czasu spędzałam z Jezusem intymne chwile, w których obdarzał mnie głębszym poznaniem Siebie i poruszał serce tajemnicą dnia, jaką celebrowała liturgia. Zdarzało się to zarówno podczas dnia, jak i nocą, gdy mój duch wznosił się do Niego.

Teraz liczę godziny dzielące mnie od Komunii i myślę, że Jego nieskończona miłość czeka także niecierpliwie chwili zjednoczenia się z nami, biegnę więc do Niego zupełnie jak zakochana. Wydaje mi się, że On cierpi w tym swoim zamknięciu, bo pożera Go miłość i pragnienie posiadania mojego nędznego serca. Mówię Mu więc, prawie bez zastanowienia, czułe słowa pociechy, aby Mu wynagrodzić ból zadawany naszym lenistwem i ociężałością: "Biedny Jezu, cierpliwości! Jeszcze trochę, a się zjednoczymy; czas biegnie szybko, odwagi!".

Kiedyś zajęłam na Mszy świętej dalsze miejsce, więc gdy kapłan podniósł Hostię, odmawiając modlitwę "Baranku Boży", spoglądałam z żalem na Jezusa, myśląc, że ta Hostia nie będzie jeszcze dla mnie. Z wielkim zdziwieniem zobaczyłam, że kapłan kieruje się ku mnie, zamiast ku pierwszemu rzędowi komunikujących. Oczywiście, z jego strony było to zapewne tylko roztargnienie, lecz dla mnie był to znak Jezusowej czułości i miłości. Mało mi było przyjmować Komunię codzienne, bo przecież: musiałam czekać aż 24 godziny, by zjednoczyć się znowu z Jezusem! Podporządkowałam się zaleceniu Kościoła, ale cóż by to było za szczęście móc Go przyjmować więcej niż jeden raz, a także w godzinach popołudniowych!

"Od Eucharystii"

Jezus obdarzył mnie wielką łaską, rozpalając ogromnym, miłosnym pragnieniem Eucharystii. Spalana miłością wyobrażałam sobie, że w niebie będę "od Eucharystii". Nie rozumiałam w pełni, co to oznacza, lecz po wielekroć, gdy pożerała mnie tęsknota, powtarzałam Mu spontanicznie: "Ten Sakrament uczyniłeś dla mnie".

Gdy na ołtarzu spoczywa święta Hostia, klęczę w milczeniu z utkwionym w Nią wzrokiem. W ten sposób mówimy sobie wszystko "mową serca". Nawet gdy jestem rozproszona, pośród nawału próżnych myśli, czuję słodycz Jezusa, siłę Jego przyciągania: przygarnia mnie wtedy mocniej do swego Serca, napełnia sobą i upaja słodyczą.

Jakże ta Hostia jest mi droga! Porusza wszystkie włókna mojego biednego serca. Moje oczy Ją kontemplują, oślepione Jej widokiem i nigdy się nie męczą. Adoruję Ją w duchu albo trwam nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w Jezusa. Podczas Najświętszej Ofiary, szczególnie przy rozdawaniu Komunii świętej, szukam Go oczyma, chciałabym do siebie przyciągnąć, chciałabym, aby wszystkie Hostie były dla mnie. Piję oczyma jak z wezbranej rzeki niewinności.

Oby Hostia święta trwała w moim sercu jak w monstrancji! Moja dusza drży, aby Ją posiąść na zawsze, na zawsze. Czasem czuję się pełna Jezusa, zatapiam się w Nim i pragnę nieba, gdzie będziemy już na wieki przechadzać się razem po wieczystych łąkach. Przyzywam Go do serca i szepczę: "Boże mój, błagam, pociągnij mnie do siebie".

Moje ogromne pragnienie łączę z Jego pragnieniem, z pragnieniem Jego miłości. Wszak raczył zniżyć się w swoim Bóstwie do człowieka, szuka go, chce go poślubić, zjednoczył się z nim w ludzkiej naturze. Dla niego został w Eucharystii. Jezus przecież chętnie przebywałby w moim sercu jak w Hostii, żywy i prawdziwy, nigdy nie spożyty. Uczyniłam "układ" z Dzieciątkiem Jezus i wydawało mi się, że Ono go podjęło. Odczułam na sposób zmysłowy, że Je w duszy posiadałam. To doświadczenie trwało jakiś czas, później się więcej nie powtórzyło. Był rok 1916.

Jezus jest wszystkim. Przyjmując Boską Hostię, czuję się szczęśliwa, ponieważ zostało dane mi wszystko! Posiadam Wszystko. Pewnej nocy obudziłam się ogarnięta słodyczą, jak ktoś zbudzony pocałunkiem ukochanego. Moja dusza wyrywała się do Jezusa i rozszerzała na myśl o bliskiej Komunii świętej. W oczekiwaniu na Pana chciała się ogołocić ze wszystkiego, co Nim nie jest:

Przyjdź Jezu, oto tu miejsce tylko dla Ciebie, O, Najsłodszy Synu Maryi, przyjdź, Oto miejsce tylko dla Ciebie. Pragnie Cię moja dusza, moje ciało, zmysły i każda cząstka mojej istoty. Przeniknij mnie całą i zobacz, czy jestem dla Ciebie dość czysta.

Jeśli jest we mnie jakaś rzecz, pragnienie, które nie należałoby dla Ciebie,

Jeśli znajdziesz choćby włókno, które nie byłoby Twoim I Tobie się nie podobało, zerwij je, wyrwij jak najprędzej!

Tak rozmawiam z Jezusem głęboko poruszona, zwłaszcza po Komunii świętej, gdy we mnie przebywa i pozwala mi doświadczać swojej obecności i miłości. Kiedy oddaje mi Siebie w Eucharystii i Jego Ciało łączy się z moim, ośmielam się nazywać Go: "Moim Ciałem":

Jezu, Ty moje Ciało, zabierz mi serce i duszę, A w ich miejsce umieść Siebie. Przenieś w Siebie moje życie i Sam bądź moim Ciałem.

Gdy przychodzi do mnie, obejmuję Go, a On mnie Sobą całkowicie wypełnia. Wówczas z Apostołem Janem z radością w sercu szepcę: "To jest Pan!". Ze świętą dziewicą Agnieszką weselę się, że "Jego i moje ciało są zjednoczone; Jego Krew zrasza moje policzki. Jestem poślubiona Temu, którego piękno słońca i księżyca oglądam z podziwem". Miłujemy się bezbrzeżnie, szalenie! Tak, Jezu, jesteśmy szaleni obydwoje.

Szaleństwo mojej miłości pozwala mi się z Nim utożsamiać, a szaleństwo Jego miłości chce mnie ze Sobą zjednoczyć, wypełnić całkowicie moje miejsce, posiąść mnie całą, zupełnie się ze Mną zespolić.

Rozumiem działanie Jezusa, ale czasem, ośmielona Jego dobrocią i ufna w Jego miłość, miałabym ochotę powiedzieć Mu, co ja bym zrobiła, aby kochającego zadowolić w miłości: "Jeśli ja byłabym na Twoim miejscu i miałabym kogoś, kto mnie tak kocha, wzięłabym go do mojego serca, obdarzyła szczęściem miłowania; a potem zabrała do wieczności".

Gdy raz przygotowywałam się do Komunii świętej, zdawało mi się, że słyszę Jego głos dochodzący z tabernakulum: "Otwórz się dla mnie!". Otwarłam książeczkę, którą trzymałam w dłoniach i znalazłam w niej - jakby na potwierdzenie - te same słowa: "Otwórz się dla mnie!". Nie miałam wątpliwości, że to mój najukochańszy Jezus prosi, bym była gotowa na Jego przyjęcie, bym się otworzyła na Niego całą duszą, by On, jej Władca, mógł wejść.

Jezus promieniował w moim wnętrzu, więc wydawało mi się, że mam w sercu pełen blasku klejnot, rozsiewający promienie. Gdy kiedyś, skupiona po Komunii świętej, trwałam w dziękczynieniu, uczułam, jak mnie przenika delikatny promień. Najpierw nie przywiązałam do tego wagi, myśląc, że to zwykła rzecz, ale doznanie powtórzyło się i trwało długo, tak iż wydawało mi się, że zemdleję. Ponowiłam swoje oddanie się Jemu, a On odwzajemnił się, zalewając mnie czułością i słodyczą Swej szalonej miłości: "O Jezu, jestem zraniona miłością, zmiłuj się nade mną! Jestem zraniona grotem Twojej szalonej miłości". Powtarzałam Mu te słowa z jednoczesnym poddawaniem się Jego działaniu. Niech czyni we mnie, co Mu się podoba! Z pomocą Jego łaski oddałabym całą krew, aby kochać Go goręcej.

Innym razem, w czasie nawiedzenia Jezusa w Najświętszym Sakramencie, miałam wrażenie, że On wciągnął mnie do tabernakulum, wziął na kolana i zalewał duszę słodyczą swej miłości. Te Boskie czułości wynagradzały mi wielkie cierpienie z powodu choroby i śmierci mej matki. Jakże Jezus jest dobry! Jak serdecznie pociesza i umacnia duszę pogrążoną w cierpieniu! Ogarnięta Jego czułością, czułam się szczęśliwa, zespolona z Nim na życie i na wieczność. To zespolenie wiązało mnie z Nim jakby łańcuchem o mocnych spojeniach, węzłem trwałym na wieki.

Czasami płaczę, ponieważ chciałabym trwać zawsze w tej niewypowiedzianej i słodkiej z Nim jedności w świętej Komunii i wzrastać w Jego miłości. Jest to oczywiście dziecinada. Czy mogę oczekiwać tego od Jezusa? Nie wiem, ale myślę, że On się na to uśmiecha i jest zadowolony. Jeśliby nawet żarliwe pragnienia mojego serca nie miały się wypełnić na tej ziemi, jestem pewna, że kiedyś zostaną spełnione nadobficie. Jezus jest przecież mym jedynym Oblubieńcem i ma moc w nadmiarze uczynić to w wieczności.

Piękna pięknością Jezusa

Pewnej niedzieli byłam na Mszy świętej sama. Czułam się uszczęśliwiona, bo Pan zaspokajał mój głód Jego obecności. Zdziwiłam się, że tym razem zachował się inaczej niż zwykle. Przyszedł do mnie jak szczęśliwy i kochający sternik, aby stać się przewodnikiem mojej duszy. Pomyślałam, że wreszcie skieruje barkę mego życia ku bramom nieba. Zamknąwszy oczy, pozwalałam Mu kierować sobą, jak zechce. Powierzyłam Mu siebie pewna, że nie tylko nie da mi utonąć, ale poprowadzi mnie na wzdętych wiatrem żaglach do celu: do świętości, do nieba.

Czasem, gdy sakramentalnie zstępuje do mej duszy, podoba Mu się uczynić mnie piękną, przyoblec w samego siebie. I gdy tak zanurza me serce w krystalicznym bezmiarze własnej duszy, czy mogę jeszcze pamiętać, że moja dusza była splamiona, naga i nędzna? Jezus może uczynić mnie piękną, bogatą i godną siebie w jednym momencie wylewu swego Miłosierdzia. Pojęłam Jego Boskie działanie, gdy ujrzałam siebie rzeczywiście czystą i piękną dla Niego. Zapytałam więc: "Widzisz, jak jestem piękna? Oto teraz możesz wchłonąć mą duszę w siebie. Pij, spożyj mnie i daj mi Życie".

Jestem cała przyobleczona w Jego nieskończoną czystość. On sam mnie w nią przyodziewa. Wszystko, co należy do Jezusa, jest moje. Ojciec Niebieski nie wspomni już mej przeszłości, ale spojrzy z upodobaniem na to, co uczynił dla mnie Jezus.

Czyściec miłości

Moje cierpienia "dla Eucharystii" zaczęły się w wieku około siedemnastu lat, gdy doznałam przynaglenia, by nie opuszczać częstej Komunii. Wiele trudów i zmagań kosztowało mnie uproszenie krewnych, żeby mi towarzyszyli do kościoła. Gdy mi się to powiodło, gdy udało się wreszcie ich pozyskać, musiałam uzbroić się w cierpliwość, widząc, jak zwlekają z wyjściem, powolni, nigdy się nie spieszący, zajęci swoimi sprawami, tak że w końcu przychodziliśmy spóźnieni. Ileż z ich powodu straciłam Mszy i Komunii świętych! Ileż musiałam się natrudzić, by znaleźć kapłana, który udzieliłby mi Komunii, gdy przyszliśmy do kościoła w ostatniej chwili.

Cóż powiedzieć o tych pustych niedzielach i świętach podczas choroby ojca i brata, a potem jeszcze po śmierci mojej mamy? Przez całe miesiące, a może nawet przez cały rok, nie święciłam niedzieli, nie mogłam iść do kościoła, ani uczestniczyć w Najświętszej Ofierze i przyjąć Jezusa w Eucharystii.

Tak bardzo pragnęłam, Panie, niemal żebrałam o łaskę, aby ktoś zechciał iść ze mną do Twego Domu, o mój Jezu! Zawsze na próżno. Niespełnione nadzieje, daremne oczekiwania, post od Eucharystii. Godziny upływały, Msza mnie ominęła.

Kiedy mama mi zabraniała pójścia do kościoła, w moim sercu stawało się lodowato - nie do wytrzymania. Mogłabym wszystko jeszcze rozumieć, gdyby sprawa dotyczyła tylko mnie samej i mojej ofiary, ale przecież chodziło też o Jezusa, ta walka była o Niego: On trwał w tabernakulum i nie miał możliwości zjednoczyć się ze mną - swoim stworzeniem, choć jako Jezus-Hostia po to tam pozostawał.

Głód i pragnienie świętej Komunii nieustannie we mnie wzrastało do tego stopnia, że wyczerpywało mnie fizycznie; umierałam niemal na myśl o odrzuconej prośbie, o nieudzielonym pozwoleniu... Ten silny a zarazem słodki głód, miłosne i jednocześnie szalone pragnienia, doprowadzały mnie do łez. Święta Komunia była mi potrzebna jak oddech, jak bicie serca. Była dla mnie tęsknotą i rozkoszą; aby ją zdobyć, poszłabym kamienistą drogą, zakuta w łańcuchy. Jak wyrazić swe pragnienie?

Uwielbiam Cię, Panie, za ten nowy rodzaj cierpienia, który dla mnie przygotowałeś, za krzyżową drogę, którą mi kazałeś podążać. Adoruję i błogosławię Twoją najświętszą wolę; jednoczę się z nią jak najdoskonalej w każdej chwili, aby zadośćuczynić za brak miłości, który cierpisz w zimnych i obojętnych sercach Ty, Jezu, w swym wielkim cudzie miłości, jaką jest Eucharystia. Na pierwszym miejscu pragnę ofiarować Ją za wynagrodzenie moich grzechów, mojej niegodności.

Pewnego dnia odczułam, że moje serce jest jak naczynie całkowicie puste, zdolne pomieścić tylko Jezusa. Jak je napełnić? Jeśli daliby mi tysiąc światów, wszystko to dla mnie jest niczym, nic mi się nie podoba, nic mnie oprócz Jezusa nie zadowoli.

W dniu bez Jezusa Eucharystycznego, mówię Mu: zabrałeś mi wszystko. Gotowa jestem całą noc błąkać się po drogach, bez odpoczynku i w trudzie, aby otrzymać Ciebie rano. Wieczorem, kiedy wiem, że nie otrzymam pozwolenia pójścia do Ciebie, chętnie trwałabym pod drzwiami kościoła, by czekać, aż się otworzą i będę mogła nareszcie przyjąć Ciebie do serca.

Myślę o tysiącach dusz, które odpoczywają szczęśliwie, wiedząc, że nazajutrz połączą się z Jezusem. O Panie, chciałabym trwać całą noc pod drzwiami kościoła jak szczeniak, byleby Ciebie pożywać w Chlebie Eucharystycznym.

Ustanawiając Eucharystię, Bóg obdarzył ludzkie serce jej pragnieniem i głodem. Ogromnym cierpieniem jest nie móc przyjąć Komunii świętej. Dla mnie Jej pozbawienie oznacza więcej niż kruszenie kości. Komunia jest istotną częścią duchowego organizmu, bez niej, cóż można zrobić? [...]. Tylko Jezus zna moje katusze, wewnętrzne męczeństwo, nieskończoną pustkę, której doświadczam, gdy jestem Go pozbawiona. Nic absolutnie większego nad tę odrobinę Chleba: Jezus jest Chlebem żywym, który zstąpił z nieba, jest naszym Bogiem. Właśnie dlatego, że On jest wszystkim, nic Go nie zastąpi. Przychodzimy do Niego, do Niego wracamy, bo jesteśmy częścią Boga: On jest Stworzycielem, Odkupicielem, Miłością! On Oblubieńcem szalonym z miłości, On jeden radością, szczęściem... On, Jezus!

A przecież ileż ludzi Go nie poznało, ile żyje bez Niego przez całe lata! Ufam, że Jezus zechce moje cierpienie zjednoczyć ze swoimi zasługami na przebłaganie za grzechy moje i całego świata. Wiele świętych komunii duchowych wzbudziłam, budząc się nocą! Błagam Go: "O Ty, który jesteś nieskończony, przyjdź do mnie i uspokój moją duszę. Jednej nocy czułam, że przyszedł, aby dać mi przez chwilę niebiański chleb. Myślałam, że może to było preludium tego, co szybko da mi w raju, i czułam wielkie pragnienie, niemal nie do wytrzymania, przyjęcia Komunii następnego dnia. Jezus przecież mógłby wypełnić każde pragnienie! Lecz działa On z mądrością Swej wszechmocnej miłości. [...].

Pewnego dnia pytałam siebie, czemu może służyć ta straszna ofiara pozbawiająca mnie Eucharystii i te wszystkie przeszkody na drodze do tak wielkiego dobra? Na to odpowiedział mi sam Jezus: "Nie pamiętasz, że chciałaś składać ofiary wynagradzające za niewdzięczność i obrazę, jaka mnie spotyka w Najświętszym Sakramencie?". Pytałam tylko siebie i nie myślałam, że otrzymam odpowiedź, dlatego byłam zdumiona, że sam zechciał przypomnieć mi o mojej z Nim "umowie", uczynionej wiele lat temu. Jest prawdą, że kiedy miałam osiemnaście lat i czytałam o życiu św. Małgorzaty Marii Alacoque, wzruszyłam się ubolewaniem Jezusa na niezrozumienie Jego obecności w Najświętszym Sakramencie i na niewdzięczność ludzi za Jego miłość. Wówczas rzeczywiście, kilkakrotnie ofiarowywałam Mu się na wszelkie cierpienie, aby naprawić i wynagrodzić Mu Jego ból osamotnienia. Prosiłam, abym mogła na ziemi odbyć mój czyściec. Mówiłam: "Pozbawiona Twego Ciała, niechaj bezpośrednio dojdę do Ciebie; chcę wynagradzać za moje grzechy, niech więc one nie będą już przeszkodą, i nie opóźniają mojego spotkania z Tobą. Jezus, w swoim nieskończonym Miłosierdziu, przyjął wówczas to zobowiązanie i teraz pozwala, aby się wypełniało. Zmieniło to moją postawę. Zamiast narzekać, zaczęłam Go prosić, aby przyjął moją ofiarę wynagrodzenia i czyściec, jakim jest dla mnie pozbawienie Eucharystii za te dusze święte, które znajdują się w prawdziwym czyśćcu, pragnąc posiadać Boga Żywego. Czyż bowiem jest większe cierpienie, niż być Go pozbawionym? Sprawia im ono ból najbardziej dotkliwy na czyśćcowym wygnaniu.

Zgadzam się ze św. Małgorzatą Marią, że ból spowodowany pozbawieniem Komunii przypomina cierpienie dusz czyśćcowych. Bo to prawdziwy czyściec pragnąć do bólu Jezusa i nie otrzymać Go. Ofiara ze świętej Komunii jest dla Boskiego Miłosierdzia miłą ofiarą wynagradzającą, i skuteczną pokutą za grzechy.

Myślę czasami o surowych postach i srogich umartwieniach wielkich i świętych Ojców pustyni; wydaje mi się jednak, że ich bolesny brak pokarmu nie może się równać ze strasznym postem z powodu pozbawienia Pokarmu Boskiego. Moje wielkie i ciągłe posty, mój straszny głód ofiarowuję Jezusowi. Podobno na ziemi nikt nie przeżywał większego umartwienia nad Jana Chrzciciela, który tylko krótko radował się Boskim Mistrzem, choć bardzo pragnął "przygotować Mu drogę". Rozumiem jego ból.

Jezus pozostaje w Najświętszym Sakramencie Miłości, a ja, mając Go tak blisko, jestem Go pozbawiona. Więc kocham Go i pełnię wolę Ojca Niebieskiego, pragnąc jak największej Jego chwały. Obym mogła - jak Jan - przygotować Mu drogę w duszach! Niech moje ofiary mówią Mu o mej miłości, niech będą wyrazem czystej i czułej wiary w Eucharystię, niech mi wyproszą, bym mogła systematycznie przystępować do świętej Komunii. Oby każdy chrześcijanin stał się szalony dla Jezusa, gotowy poświęcić wszystko, aby zjednoczyć się z Nim w Sakramencie Miłości. Czyż Pan nie pozostał w nim dla wszystkich? Czyż za wszystkich nie oddał życia?

Pewnego wieczoru (miałam wówczas osiemnaście lat), gdy zamierzałam się położyć, aby odpocząć przez kilka godzin, ponieważ później musiałam czuwać przy tacie, powiedziałam Jezusowi: "Daję ci moje serce, chcę, aby było Twoje, choćby nawet Twoja Miłość chciała się nim pobawić. Możesz postawić je w kącie, byleby tylko było Twoje". Wydaje mi się, że zostałam wysłuchana. Jezus dobrze się bawił mym sercem. Ileż razy dawał mi nadzieję na swoje odwiedziny, pozwolił mi pokonać trudy i upokorzenia, aby tylko mieć Chleb Eucharystyczny, a potem... zostawił mnie w kącie na tygodnie, które zdawały się być wiecznością. Rozkochał mnie w Sobie, rozpalił pragnieniem, a później jakby odrzucił.

Dzieci czynią podobnie ze swymi zabawkami: pobawią się nimi i rzucają do kąta. Jezus uczynił tak samo: napełnił me serce cierpieniem odrzucenia, aby silniej przyciągnąć do Siebie. Karmił moją duszę chlebem śmierci i głodu; ale to jest chleb pożywny i ma smak Jezusa.

Pewnego razu śniłam, że znajdowałam się wewnątrz prasy (maszyny drukarskiej), gdzie jednak fizycznie nie cierpiałam. Po przebudzeniu zrozumiałam, że Jezus, pozbawiając mnie Siebie, umieścił mnie w takiej prasie. Cierpiałam nieco fizycznie, lecz czymże to było w porównaniu z udręką Ciała niewinnego Jezusa! Tak! Każde małe czy też duże cierpienie fizyczne wydawało mi się niczym, gdy pomyślałam o strasznej męce Ukrzyżowanego.

Królowa męczenników

Zdziwiona, że Jezus nie daje mi cierpień cielesnych, myślałam z radością, że traktuje mnie jak Najświętszą Dziewicę. Jednoczę się więc z Nią stale i przyjmuję moje męczeństwo, które jest Jej znane z doświadczenia życia ziemskiego. Ona też wyczekiwała tęsknie Jezusa w czasie, gdy głosił Dobrą Nowinę, i później, gdy wstąpił do Ojca. Jednoczę się z męczeństwem Maryi, znoszonym w ciągu trzech lat apostolatu Syna. Z tą Matką Najdroższą chcę cierpieć, łącząc moje męczeństwo duszy z Jej męczeństwem ducha, gdy uczyła się rozpoznawać Boga w Jezusie w Nazarecie, jak i obecnego w Sakramencie. Nie mogę Go zobaczyć ani objąć, nie mogę Go gościć w domu mojego serca: Maryja, podobnie, często była pozbawiona Jego obecności. W dodatku cierpiała, wiedząc, że jest prześladowany, skazany na śmierć, znieważony.

Maryja jest Królową Męczenników, albowiem zniosła największe męczeństwo: łączyła się z męką i śmiercią Syna dla zbawienia świata. O, jakże chciałabym, aby przykładem mojego umierania z miłości była Najświętsza Dziewica.

Maryja jest prawdziwym wzorem życia Eucharystią, bo Ona nosiła w swym łonie Syna Bożego, którego ustawicznie rodzi w sercach wierzących. Chciałabym być Maryją, być Maryją dla Jezusa, zająć miejsce Jego Matki. Zawsze mam przed oczyma Maryję, gdy przyjmuję Pana. Chcę otrzymywać Jezusa z Jej rąk; Ona dopomaga mi stanowić z Nim jedno. Nie potrafię odłączać Jezusa od Maryi. Witaj, o Ciało zrodzone z Maryi. Witaj Maryjo, jutrzenko Eucharystii.