Duchowa droga karmelitanki z Dijon

Wielkim odkryciem we właściwym ułożeniu fundamentów wiary stają się dla bł. Elżbiety listy św. Pawła, a zwłaszcza fragmenty mówiące o odwiecznym powołaniu człowieka przez miłującego Boga do zjednoczenia z Nim.

o. Andrzej Ruszała OCD

Droga „wyjścia z siebie”



Na jedenaście dni przed swoją śmiercią bł. Elżbieta napisała: „Wydaje mi się, że w Niebie moim posłannictwem będzie pociągać dusze pomagając im wyjść z siebie samych, by przylgnęły do Boga prostym i pełnym miłości ruchem oraz strzec ich w tym wielkim milczeniu wewnętrznym, które pozwoli Bogu w nich działać i przemieniać w siebie”.

Słowa te wyrażają głębokie przekonanie Elżbiety pod koniec jej życia o jej najgłębszym posłannictwie, jakie będzie pełnić po swej śmierci w stosunku do Kościoła i wszystkich wiernych, dążących do komunii z Bogiem. Posłannictwo to zawiera kilka istotnych elementów: najpierw jest to pomoc duszom w wyjściu z siebie samych, a więc w oderwaniu się od siebie, od swego egoistycznego „ja”. Oderwanie to jest następnie warunkiem koniecznym przylgnięcia do Boga, dokonującego się poprzez „prosty i pełen miłości ruch” cnót teologalnych, wśród których istotną rolę pełni „wiara działająca przez miłość”. Środowiskiem, sprzyjającym dokonywaniu się tego teologalnego ruchu przylgnięcia do Boga jest wewnętrzne milczenie duszy, które stanowi jednocześnie istotny element współpracy człowieka w dziele zjednoczenia z Bogiem.

Prosta zasada mówiąca, że życie rodzi się zawsze z życia, zastosowana do powyższych proroczych słów Świętej z Dijon, suponuje, iż Elżbieta sama musiała przejść i przeżyć tę drogę duchową, skoro swoją misję wobec innych upatruje właśnie w pomocy w wiernym kroczeniu i przeżywaniu tejże drogi, skutecznie prowadzącej do zjednoczenia z Trójjedynym. W związku z tym drogę duchową bł. Elżbiety przedstawimy w oparciu o wyżej wymienione przez nią samą elementy, które doprowadziły ją do komunii z Bogiem, a nadto do odkrycia własnej najgłębszej i niepowtarzalnej tożsamości przed Bogiem i jednocześnie swej misji w Kościele.

Wychodzenie z siebie w przypadku naszej Świętej to proces rozciągający się na całe jej stosunkowo krótkie życie, począwszy od świadomej decyzji wejścia na tę drogę, podjętej praktycznie jeszcze w dzieciństwie, poprzez konsekwentny trud wychodzenia z siebie w różnych sytuacjach codziennego życia zarówno w domu rodzinnym, jak i później w Karmelu, dopełniony potem przez wychodzenie z siebie, charakterystyczne dla oczyszczeń nocy biernej, aż po pełnię zjednoczenia z Bogiem.

Obszary „wyjścia z siebie”

Dobrym punktem wyjścia dla poznania wyglądu, osobowości oraz cech charakteru Elżbiety Catez w pierwszym okresie jej życia są jej własne słowa zapisane w wieku czternastu lat w zadaniu stylistycznym, jakie jej poleciła napisać jej nauczycielka:

„Oddać swój własny portret fizyczny i moralny jest sprawą naprawdę delikatną, lecz wziąwszy odwagę w obie ręce, przykładam się do dzieła i zaczynam!… Bez pychy sądzę, że moja osoba, biorąc w całości, nie robi wrażenia nieprzyjemnego. Jestem brunetką i, mówią, dosyć wysoką na wiek. Mam czarne błyszczące oczy, lecz gęste brwi nadają mi wygląd poważny. Reszta dotycząca mojej osoby nie ma znaczenia. Moje kształtne nogi mogłyby pozwolić na nazywanie mnie Elżbietą o długich nogach, jak królowa Berta!… Oto mój portret fizyczny!

Co do strony moralnej powiem, że mam charakter dosyć dobry. Jestem wesoła i, mogę to wyznać, trochę roztrzepana. Mam dobre serce. Jestem z natury trochę kokietką. Mówi się: «trzeba nią być trochę». Nie jestem leniwa: «wiem, że praca czyni człowieka szczęśliwym». Wcale nie będąc wzorem cierpliwości, na ogół potrafię się powściągać. Nie ma we mnie urazu. Oto mój portret moralny. Mam swoje braki, niestety mało zalet!… Mam nadzieję je zdobyć! Oto wreszcie skończone tak nudne zadanie, ale jestem z niego dosyć zadowolona!”.

Widzimy więc portret dziewczyny bystrej, o dobrym sercu, prawej, pracowitej, wesołej, nie chowającej urazów ale jednocześnie w sposób trochę kokietujący świadomej swej urody, roztrzepanej i impulsywnej. Brakuje jej często cierpliwości, ulega niekontrolowanym wybuchom gniewu i irytacji. Rzeczywiście to właśnie stanowi jej podstawową wadę, która uwidacznia się już prawie że od wieku niemowlęcego. Już gdy miała niecałe dwa lata, jej matka mówi o niej: „Jest małym diabełkiem, czołga się i trzeba jej każdego dnia zmieniać białe pantalonki. Jest również wielką gadułą!”. Jej młodsza siostra Małgorzata, wspominając dzieciństwo Elżbiety, powie o niej, że była „bardzo żywa, a nawet porywcza: złości, prawdziwe złości, bardzo gwałtowne”. W wieku ośmiu lat matka zapisuje Elżbietę do konserwatorium w Dijon, gdzie podejmuje naukę gry na pianinie, ćwicząc codziennie z wytrwałością przez długie godziny. Jej zdolności w połączeniu z wytrwałą pracą zaowocują uzyskaniem w wieku czternastu lat pierwszej nagrody za grę na pianinie w konserwatorium.

Niemniej jednak wybuchy i łzy gniewu są nadal częste i boleśnie dotykające tych, którzy się z nią stykali. Jej siostra przypomina sobie, że gniewy jej Elżbiety były w okresie jej pobytu w konserwatorium nieraz „tak gwałtowne, że grożono jej odesłaniem… do domu Dobrego Pasterza (dom poprawczy, znajdujący się w pobliżu), mówiąc, że już spakowano jej rzeczy”.

Punkt wyjścia: doświadczenie łaski

Punktem wyjścia w owym wychodzeniu z siebie odnośnie przedstawionych powyżej wad i niedoskonałości było dla Elżbiety osobiste doświadczenie Boga i Jego miłości. Jego początki sięgają wieku około jedenastu lat i można zauważyć w tym okresie kilka szczególnych dotknięć łaski, które miały decydujące znaczenie jako skuteczny impuls do podjęcia czynnego trudu oczyszczenia, uczynienia prywatnego ślubu dziewictwa, a wreszcie odkrycia powołania karmelitańskiego i decyzji na wstąpienie do Karmelu w Dijon. Charakterystycznym jest, że wszystkie te łaski związane były z tajemnicą Eucharystii i przyjęciem komunii św.

Pierwsza z nich ma miejsce podczas pierwszej komunii św., przyjętej w wieku jedenastu lat. W czasie Mszy św. i dziękczynienia łzy radości spływają po twarzy Elżbiety. Wychodząc z kościoła mówi do Marii Luisy Hallo: „Nie jestem głodna, Jezus mnie nakarmił”. Intensywność tego pierwszego spotkania z Chrystusem w Eucharystii można odgadnąć poprzez jeden z jej wierszy (P 47), napisany w siódmą rocznicę tego wydarzenia. Jest to jeden z tych wierszy, które pisze tylko dla siebie samej przed Bogiem, a więc które stanowią swoisty dziennik intymny: „w rocznicę tego dnia, / kiedy Jezus uczynił we mnie swoje mieszkanie, / kiedy Bóg wziął moje serce w posiadanie, / i to tak bardzo i tak dobrze, / że od tej godziny, / od tego kolokwium tajemniczego, / od tej rozmowy boskiej, rozkosznej, / już tylko pragnęłam dać me życie, / aby choć trochę dać miłość za Miłość / Eucharystycznemu Oblubieńcowi, / który spoczywał w moim słabym sercu / zalewając je wszystkimi swymi łaskami”. Osiemnastoletnia Elżbieta, pisząc te słowa, zdaje sobie sprawę, że tamto wydarzenie było bardzo ważne dla niej jako odkrycie miłości Boga, Jego łaski, tajemniczej miłosnej rozmowy i obecności Boga w jej sercu, które wzbudziły w niej pragnienie oddania swego życia i odpowiedzi miłością na otrzymaną miłość. Z czasem jasno sobie uświadamia, że to oddanie życia Bogu i odpowiedź miłością na miłość musi w praktyce przełożyć się na trud walki z grzechem i własnymi wadami, które sprzeciwiają się oddaniu siebie Bogu i kochaniu Go. I z całą mocą podejmuje to wyzwanie.

W wieku czternastu lat, znów po przyjęciu komunii św. pewnego dnia, Elżbieta czuje mocne przynaglenie, aby wszystko oddać Jezusowi i całkowicie należeć do Niego. Pragnienie to konkretyzuje się w złożeniu prywatnie ślubu wieczystego dziewictwa. Oczywistym jest przy tym, że jest to również nowa decyzja na walkę o czystość serca i jego wolność od wszelkich nieuporządkowanych poruszeń, a więc również walkę ze swymi podstawowymi wadami: złości i nadmiernej, nieopanowanej emocjonalności.

Trochę później, znów po przyjęciu komunii św. precyzuje się w jej duszy projekt życia zakonnego w Karmelu. Wtedy właściwie też decyduje się zostać karmelitanką, choć z przyczyn obiektywnych zamiar ten zrealizuje dopiero w wieku 21 lat. Niemniej jednak decyzja na życie karmelitańskie podjęta kilka lat wcześniej jest jednocześnie decyzją na radykalny trud przezwyciężania grzechu i niedoskonałości. Jest to decyzja, wypływająca z osobistego doświadczenia miłości Boga i umocniona Jego łaską. Od tych pamiętnych spotkań z Chrystusem Eucharystycznym Elżbieta świadomie i z całym zaangażowaniem podejmuje trud wychodzenia z siebie, czyli czynnej walki z własnymi wadami i niedoskonałościami.

Czynne zaangażowanie

Najbliższe otoczenie Elżbiety jednomyślnie podkreśla jej bardzo wyraźny postęp na drodze daru z samej siebie od czasu pierwszej Komunii św. Musiało jej być dane zrozumieć tajemnicę miłości, jaką Jezus ukazał w swym cierpieniu, w swojej śmierci i w swej obecności eucharystycznej między ludźmi. Często, gdy przyjmuje komunię św., łzy radości pokrywają jej oblicze. Pomimo tego jednak w wieku 13 lat przechodzi bolesny okres skrupułów, w dużej mierze pod wpływem ówczesnej katechezy, o dość mocnym zabarwieniu jansenistycznym, która zbliżanie się człowieka do Boga otaczała lękliwymi przepisami, podkreślając, że ze wszystkich stron zagraża grzech, a sprawiedliwy Sędzia nie przepuści żadnego uchybienia. Ten trudny okres pomógł jej przetrwać jej spowiednik, umacniając ją w świadomości Boga, który jest miłością i miłosierdziem. To trudne doświadczenie wydatnie umocniło duchową dojrzałość Elżbiety. Podejmuje ona radykalnie trud oczyszczenia serca, jednak nie ze strachu przed Bogiem lecz w odpowiedzi na Jego miłość.

Z całą energią uczy się zapominać o sobie dla Jezusa i dla innych. Przystępy gniewu coraz częściej są przeżywane i zwyciężane wewnątrz, nie ujawniając się w zewnętrznym zachowaniu. Jej matka wspomina: „Pamiętam pewną sytuację, która na pewno mogła być dla niej motywem utraty cierpliwości. Jej walka wewnętrzna musiała być bardzo twarda, na koniec zauważyłam, jak dwie łzy spłynęły jej po obu policzkach. Byłam ujęta jej słodyczą i podziwiałam dzieło łaski w niej, a także jej ducha ofiary”. Sama Elżbieta daje również wymowne świadectwo wewnętrznej walki i zwycięstw nad swoją wadą w pewnej sytuacji: „Miałam dziś tę wielką radość, iż mogłam ofiarować memu Jezusowi dość dużo zwycięstw nad moją wadą główną; lecz ileż mnie to kosztowało. Po tym poznaję moją słabość… Gdy zwracają mi uwagę niesłusznie, czuję, jak krew burzy mi się w żyłach, tak cała moja istota się buntuje… Lecz Jezus był ze mną. Słyszałam głos Jego w głębi mego serca i wówczas gotowa byłam wszystko znieść z miłości dla Niego”.

W zmaganiach tych jest coraz bardziej konsekwentna. Co wieczór, dla przekonania się, czy rzeczywiście czyni postępy na drodze doskonałości, zapisuje sobie w zeszycie zwycięstwa i upadki. Próbuje również przezwyciężać siebie poprzez podejmowanie postu. Czyni to jednak sama, bez zgody matki, która po kilku dniach zauważa to, gniewając się z tego powodu na córkę. Elżbieta znowu ma okazję do przełamywania się i posłusznie rezygnuje z tej praktyki. Coraz bardziej zaczyna rozumieć, że Bóg nie wymaga od niej wielkich zewnętrznych, fizycznych umartwień, nakładanych sobie lecz oczekuje zaparcia się siebie, wyrzeczenia wewnętrznego, oczyszczającego jej serce z egoistycznego przywiązania do własnej woli i koncentrowania się na sobie. Pisze w swym dzienniku: „Ponieważ zupełnie nie mogę podjąć umartwień, muszę sobie powiedzieć, że to cierpienie fizyczne i cielesne jest tylko środkiem – zresztą doskonałym – aby dojść do umartwienia wewnętrznego, do zupełnego oderwania się od siebie samej, O Jezu, moje życie, ma miłości, mój Oblubieńcze, pomóż mi. Muszę koniecznie dojść do tego, aby zawsze i we wszystkim postępować wbrew swojej woli”.

Kolejnym doświadczeniem, wystawiającym na próbę jej cierpliwość i oderwanie od własnej woli jest decyzja matki, która nie zgodziła się na jej wstąpienie do Karmelu przed 21 rokiem życia. Elżbieta musiała więc czekać jeszcze kilka lat. Przyjmuje to jednak z uległością i pogodą ducha, przezwyciężając siebie. Sama matka tak to opisuje: „Jej spowiednik, ks. Sellenet, powiedział mi, że trzeba było się zgodzić na jej wstąpienie do Karmelu, ponieważ miała prawdziwe powołanie. Odpowiedziałam mu, że nie byłam przeciwna jej powołaniu, lecz że chciałam ją wypróbować, pozwalając jej poznać świat. Wyjaśniłam Elżbiecie racje mojej decyzji, a ona wysłuchała ich, nie wyrzekając ani jednego słowa żalu”.

W oczekiwaniu na wstąpienie do Karmelu Elżbieta z woli matki uczestniczy w życiu towarzyskim, odbywa liczne podróże do Szwajcarii, w Alpy, Pireneje, zwiedza znaczną część Francji. Pośród tego wszystkiego tęskni jednak za Karmelem. Podejmuje także apostolstwo w parafii św. Michała i św. Piotra w Dijon: opiekę nad dziećmi robotników i wytwórców tytoniu, katechezę dla dzieci przygotowujących się do pierwszej komunii św., odwiedziny ich rodziców, odwiedziny chorych oraz śpiew w chórze. Wreszcie w dniu 2.08.1901 r., kiedy kończy 21 lat wstępuje do Karmelu w Dijon, gdzie dość szybko jej duchowa droga wychodzenia z siebie pogłębi się w doświadczeniu nocy biernej.

„Wyjście” nocy biernej

Wejście w bierną noc dokonuje się po okresie wewnętrznych pociech, jakich Elżbieta doświadcza w postulacie zakonnym. Wówczas często powtarzała swej przeoryszy i jednocześnie mistrzyni nowicjatu – matce Germanie – „nie mogę unieść tego ciężaru łask”. Jednakże już wkrótce po ceremonii obłóczyn, które miały miejsce 8 grudnia 1901 r. sytuacja zmienia się diametralnie. Praktycznie cały rok nowicjatu doświadcza własnej nicości, znużenia, wahań co do własnego powołania, do tego stopnia, że nawet w przeddzień jej profesji wieczystej, która w tamtych czasach miała miejsce bezpośrednio po rocznym nowicjacie, siostry wzywają doświadczonego kapłana, aby ją umocnił w wewnętrznych zmaganiach. Znika łatwość i pociechy na modlitwie. Ta natura tak bardzo wrażliwa i emocjonalna doświadcza wielkich oschłości. Bóg posługuje się tym wszystkim, aby oczyścić żywą emocjonalność Elżbiety, jej impulsywność i pewną nadwrażliwość, które stanowiły jej podstawowe wady, praktycznie od samego dzieciństwa.

Całą tą sytuację, która jednocześnie burzy jej dotychczasowy sposób kontaktu z Bogiem, w którym ważną rolę odgrywał element emocjonalny, Elżbieta przyjmuje z poddaniem i coraz większym zrozumieniem, że świętość osiąga się jedynie poprzez krzyż i wyrzeczenie się siebie, czyli owo wyjście z siebie, które aktualnie dokonuje w niej sam Bóg. „Trzeba być umarłym – napisze później – inaczej można wprawdzie pozostawać ukrytym w Bogu w pewnych chwilach, lecz nie można żyć stale w Istocie Boga, bo wszelka wrażliwość osobista, wszelkie szukanie siebie i wszystko inne oddala nas od Boga”.

Rzeczywiście, pragnienie odczuwania Boga jest dużą przeszkodą początkujących w życiu duchowym. Również osoby, które bardziej postąpiły na drogach Bożych odczuwają czasami duże trudności w uwolnieniu się od tego pragnienia, choć u nich przybiera ono o wiele bardziej subtelne formy. Siostra Elżbieta we własnym doświadczeniu nocy jasno dostrzega niebezpieczeństwa związane z ludzką afektywnością. Jasno zdaje sobie sprawę, że życie duchowe nie może opierać się na uczuciach, lecz ostatecznie na wierze, która jedynie może „dosięgnąć” Boga. Do swej przyjaciółki Małgorzaty Gallot pisze: „to już nie zasłona, ale mur gruby mi Go [Boga] zasłania. Jakie to ciężkie do zniesienia, gdy się Go wpierw tak blisko czuło, nieprawdaż? Ale jestem gotowa pozostawać w tym stanie duszy tak długo, jak to się podobać będzie Umiłowanemu, bo wiara mi mówi, że jest On we mnie; po cóż więc słodycze i pociechy, skoro to nie jest On sam? A przecież tylko Jego samego szukamy, moja droga Małgorzato. Idźmy zatem do Niego poprzez czystą wiarę”.

Wielką pomocą w przetrwaniu trudnego czasu biernych oczyszczeń była dla Elżbiety obecność matki Germany, przeoryszy i mistrzyni nowicjatu, której zwierzała się we wszystkich trudnościach, jakie przeżywała, poddając się jej prowadzeniu. Sama przeorysza z Dijon tak opisuje ten okres oczyszczeń Elżbiety: „Nie potrafimy wyrazić tego, jak cierpiała wtedy ta czysta dziewczyna, która niedługo przedtem doświadczała tak wielkiego pokoju, że wydawał się nienaruszalny. Było bardzo budującym słyszeć ją, jak wyjawia z prostotą stany duszy tym bardziej upokarzające, że wydawało się, iż najmniejszy podmuch łaski powinien ją od nich uwolnić i tym boleśniejsze, że zupełnie przeciwne do tego wszystkiego, czego doświadczała do tej pory w życiu i w swej modlitwie. Wiara i ślepe posłuszeństwo, które ją skłaniały do zaufania matce przeoryszy, pozwalały jej znaleźć siłę i pokój w otwartości serca i dawały jej jednocześnie łatwość współpracy z Bożym działaniem, przeżywanym w ogniu próby”. Oprócz ufnej otwartości względem przeoryszy, tym co pomagało karmelitance z Dijon w przeżywanych trudnościach ciemnej nocy były nieustanne wysiłki, jakie podejmowała, by pozostawać skupioną w głębi duszy, a jednocześnie pogodną w swym zachowaniu zewnętrznym. Udawało się to do tego stopnia, że nikt z tych, którzy ją otaczali – oprócz przeoryszy – nie zdawał sobie sprawy z jaj wewnętrznych udręk, jakie przeżywała.

Czas bolesnej próby umocnił wiarę Elżbiety, opierając ją na Słowie Bożym i wierności Boga, a nie na własnym doświadczeniu emocjonalnym i psychologicznym. W konsekwencji Elżbieta sama może umacniać tych, którzy doświadczają podobnych prób w życiu duchowym. Do osoby przeżywającej ciemności i oschłości wżyciu duchowym pisze: „W chwilach największego cierpienia, przypomnij sobie, że Boski Artysta, aby uczynić piękniejszym swe dzieło posługuje się skalpelem i pozostań w pokoju pod ręką, która nad tobą pracuje”. W tym samym duchu pisze do swej matki: „Czuję, że On [Bóg] chce mocno zjednoczyć Cię ze sobą oraz że wszystkie te próby, przez które Ci które każe Ci przechodzić są zesłane właśnie w tym celu”.

Doświadczenie nocy, zwłaszcza to w okresie nowicjatu, było dla Eżbiety rzeczywistym wyjściem z siebie, jakiego Bóg dokonał w niej o wiele głębiej niż jej własne uprzednie wysiłki. W ciemności, oschłości i cierpieniu wewnętrznym przezwyciężona zostaje miłość własna, uporządkowana i zharmonizowana zostaje emocjonalność, zaś w relacji z Bogiem fundamentalnym punktem odniesienia staje się żywa wiara.