Mężne dziecko (Głos Karmelu wydanie specjalne)

Mała Teresa była dzieckiem, które posiadało siłę charakteru prawdziwych bohaterów. W dzień święta matki przeoryszy grała rolę Joanny d’Arc spalanej na stosie. O mały włos naprawdę nie spłonęłaby żywcem. Stało się to na skutek nieroztropności jednej z Sióstr, która podłożyła ogień. Matka przełożona rozkazała wówczas Teresie, by się nie ruszała z miejsca. W tym czasie usiłowano ugasić ogień wokół niej. Pozostała spokojna i nieporuszona pośrodku realnego niebezpieczeństwa śmierci, składając Bogu ofiarę ze swego życia.

Bądźcie mocni i mężnego serca wszyscy, którzy pokładacie ufność w Panu (Ps 31, 25). Nie ma prawdziwej ufności bez męstwa. To męstwo serca, ta odwaga działania u małej Teresy rodzi się z czystej i wyłącznej Miłości do Chrystusa. Do takiej Miłości doprowadza ją ufność i nic więcej jak tylko ufność. Ta zaś jest owocem prawdziwej pokory wobec Boga, względem samej siebie, a w konsekwencji wobec innych osób i rzeczy stworzonych. Ta pokorna Miłość zachowuje w nas czystą prawdę, która głosi, że: „Jezus jest wszystkim, a my niczym i że to nic, tę naszą małą nicość trzeba zagubić i przeobrazić w Jego nieskończonym wszystkim i myśleć już tylko o tym wszystkim jedynie miłym”. Prawdziwa miłość jest mężna. Jeśli zawsze odnoszę zwycięstwo – mogłaby powiedzieć mała Teresa – to tylko dzięki Temu, który mnie umiłował. Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat.

Święta Teresa uczyła się tego męstwa od dzieciństwa. Codziennie wieczorem, wraz z Pauliną i Marią, szła powiedzieć „Dobranoc” swemu Tacie. Potem Paulina i Maria, uściskawszy małą Teresę, „schodziły na dół, a biedna Tereska, lękliwa, zagubiona, płaczliwa, nadwrażliwa od czasu śmierci mamy, zostawała zupełnie sama w ciemnościach. Na próżno wyobrażała sobie fruwające wokół niej aniołki, wkrótce ogarniał ją lęk, bała się ciemności, bo ze swego łóżeczka nie widziała gwiazd, które migotały łagodnie”. Pod koniec życia wyzna swej mateczce Agnieszce: „Uważam to, droga Matko, za prawdziwą łaskę, że przyzwyczajałaś mnie do przezwyciężania lęku; czasami posyłałaś mnie wieczorem samą, bym poszukała czegoś w odległym pokoju; gdybym nie była tak dobrze prowadzona, stałabym się bardzo lękliwa, obecnie natomiast trudno mnie przestraszyć. Potrafiłaś wychować mnie z taką miłością i delikatnością, nie rozpieszczając mnie równocześnie, bo przecież nie przepuściłaś mi żadnej niedoskonałości; nie czyniłaś mi nigdy niesłusznych wymówek, ale też nigdy nie wycofałaś się z rzeczy raz postanowionej”.

Prawdziwe więc męstwo zdobywa się w walce z sobą samym. Nie uczymy się go z książek, nie na rekolekcjach, nie z kazań, ale w codziennej zaciętej walce o podobieństwo zewnętrzne i wewnętrzne do Jezusa, nie rozczulając się nad sobą, nie licząc ran ani ich nie wyolbrzymiając, lecz patrząc na Wodza Życia, który ginie w boju. Trzeba walczyć aż do śmierci z bronią w ręku i raczej iść, żeby z Nim umrzeć, niż wybrać przemijające przyjemności tej ziemi, zdradzając Go za 30 srebrników wygód.

„Gdy rano nie czujemy ani cienia odwagi, żadnej siły do praktykowania cnoty. O, wtedy jest właśnie chwila odpowiednia, by „przyłożyć siekierę do korzenia drzewa”. To prawda, że niekiedy gardzimy chwilowo tą bezcenną sposobnością gromadzenia skarbów, to moment trudny, miałoby się ochotę wszystko rzucić, ale jeden akt miłości, nawet nie odczutej, naprawia wszystko. Miłość wszystkiemu podoła: rzeczy wprost niemożliwe nie zdają się jej zbyt trudne. Jezus nie tyle patrzy na wielkość naszych czynów, ani nawet na trudności, ale na miłość, z jaką je czynimy”.

Moc, męstwo, odwaga – to nierozłączne cechy ufności. Człowiek mężny w obliczu niebezpieczeństw, trudności, prześladowań, nie upada na duchu, nie wycofuje się, przeciwnie nabiera jeszcze bardziej odwagi do bardziej zaciętej walki. Cierpi ucisk, ale odważnie idzie za Prawdą, Miłością, za wiecznotrwałym celem, jakim jest niebo. To nic, że po wielu latach życia duchowego widzisz stan swej duszy jak w początkach życia z Jezusem. Bądź mężny jak prawdziwe dziecko Boże!

„Chcąc być mężnym w miłości trzeba cierpieć z goryczą, bez odwagi, i to jest właśnie męstwo miłości. Jezus cierpiał ze smutkiem; bez smutku czyżby dusza cierpiała? A my chcielibyśmy cierpieć wielkodusznie... Jakież to złudzenie – stwierdza Teresa – chcielibyśmy nie upadać nigdy? – Co to szkodzi, Jezu drogi, jeżeli upadam co chwila. Widzę wtedy moją słabość, a to dla mnie wielki zysk. Ty, Jezu, widzisz wówczas, jak słaba jestem, a wtedy tym skłonniejszy jesteś, by nieść mnie w swoich ramionach... A jeżeli tego nie czynisz, to widocznie podoba Ci się, abym leżała na ziemi... nie będę się wówczas niepokoić, ale zawsze wyciągnę ku Tobie błagalne me ręce, pełne miłości! Nie mogę uwierzyć, żebyś miał mnie opuścić! Świętość nie polega na mówieniu pięknych rzeczy, nie polega nawet na tym, by o nich myśleć, odczuwać je! Polega jedynie na cierpieniu i to cierpieniu wszystkiego (co Bóg chce, byśmy przecierpieli). Świętość trzeba zdobywać na ostrzu miecza, trzeba cierpieć, znosić mękę agonii i wybrać wszelkie cierpienie, jakie Bóg dla nas wybiera”.

Nie rezygnując więc z wysiłków, nie opuszczając rąk – podejmij znów i znów i jeszcze raz na nowo trud wyrzeczenia, pracy nad sobą, strzeżenia swego serca i sumienia. Oczekuj Pana, bądź mężny nabierz odwagi i zaufaj Panu. (Syr 2:1). Zaufaj więc i nie zniechęcaj się. Nie czekaj aż ci w piersi mocy przybędzie, aż poczujesz odwagę! Podejmij czyny męstwa bez tego „czucia”, podejmij, choć drżysz, choć płyną ci łzy – jak to bywało w życiu Tereski, a Bóg cię wspomoże. Męstwo nie polega na odczuwaniu odwagi, lecz na odważnym działaniu. Pokora jest odważna, kiedy odwaga jest pokorna.

„Pewnego razu Celina zwierzała się jej: dawniej byłam bardziej gorliwa, czułam jak serce moje pełne jest zapału, byłam przedsiębiorcza i zuchwała w postanowieniach a dla chwały Boga poszłabym na koniec świata nie bojąc się niczego. Obecnie zaś, przeciwnie, wszystkie te żarliwe uczucia zniknęły i czuję się taka przygaszona. Na to Teresa odparła: To była niedojrzałość. Prawdziwa odwaga i męstwo to nie chwila [przypływu] gorliwości, w której pragniemy iść na podbój dusz za cenę wszelkich niebezpieczeństw, które wówczas dodają jedynie większego uroku pięknym marzeniom. Prawdziwe męstwo to pragnąć krzyża pośrodku ucisków serca i jednocześnie go odpychać – jeśli można tak powiedzieć – podobnie jak to czynił nasz Pan w ogrodzie Oliwnym”.

Wielu błędnie sądzi, iż małej Teresie wszystko przychodziło łatwo. Że wszystko było w jej życiu łaską, to znaczy było jej dane bez walki, bez zmagań, bez cierpień. Nic bardziej błędnego. Oto w noc Bożego Narodzenia 1886 roku wracają z kościoła do domu. „Byłam świadkiem okoliczności jej gwałtownej przemiany, jaka się dokonała tej nocy – zaświadczy Celina – przemiany tak nagłej, iż sądziłam, że śnię. Albowiem po raz pierwszy zobaczyłam jak całkowicie zapanowała nad smutkiem, który niegdyś wpędziłby ją w rozpacz i rozweselała mojego tatę z niezwykłym wdziękiem. Ta przemiana okazała się trwała. Nigdy więcej w późniejszym okresie nie dała się zdominować poruszeniom swej wrażliwości. To przeobrażenie nie ograniczało się jedynie do samoposiadania (posiadania siebie samej), lecz jednocześnie dusza jej dojrzewała i zaprawiała się w praktykowaniu pobożności i miłości”.

Jednakże na łożu śmierci Teresa odsłoni tajemnicę tej „cudownej przemiany”, która nigdy by się nie dokonała, gdyby Teresa nie sprzeciwiła się sobie samej i to z całą odwagą, mobilizując całe swoje męstwo w pójściu za natchnieniem pierwszej łaski Nowonarodzonego Jezusa.

„Myślałam dzisiaj o mojej przeszłości, o tym czynie mężnym (i odważnym), jakiego niegdyś dokonałam w Boże Narodzenie i przypomniała mi się pochwała skierowana do Judyty: Działałaś z męską odwagą i serce twoje wzmocniło się. Wiele dusz mówi: ale ja nie mam siły, by podjąć taką ofiarę. Niech więc uczynią to co i ja uczyniłam: szalony wysiłek. Dobry Bóg nigdy nie odmawia tej pierwszej łaski, która daje męstwo do walki [jeśli się za nią pójdzie]. To wskutek tego [pójścia za pierwszą łaską] serce się uzbraja i idzie się ze zwycięstwa do zwycięstwa” (słowa z 8 VIII 1897 r.).

Czyńmy więc jak ona, zdobywajmy się na szalony wysiłek przezwyciężania siebie, by być wiernymi w miłości.