
Instagram w XVI wieku
czyli o walce św. Teresy z syndromem oszusta
Marcin Fizia OCD
Czy Święta Teresa od Jezusa i jej współcześni mieli dostęp do Instagrama? Czy wiedzieli, jak działa Facebook? Odpowiedź jest oczywista: nie. A jednak warto zapytać, czy ludzie żyjący w XVI wieku byli zupełnie wolni od zagrożeń, z którymi musimy mierzyć się my – ludzie ery cyfrowej.
O jakich niebezpieczeństwach mowa? O świecie, w którym moja wartość zależy wyłącznie od tego, jak widzą mnie inni. Każde słowo, gest, ubiór czy towarzystwo podlegają ocenie surowego trybunału opinii publicznej. Właśnie to oferują współczesnym użytkownikom Instagram, TikTok i Facebook.
Nie oznacza to, że narzędzia te są z natury złe ani że należy z nich całkowicie zrezygnować. Są one jednak potencjalnie niebezpieczne. Łatwo wpaść w zastawioną przez nie pułapkę – mechanizm bazujący na naszych niepewnościach oraz na systemie nagrody, w który wyposażony jest nasz mózg.
Publikuję zdjęcie, opisuję wakacyjny wyjazd, popieram publicznie jakąś ideę – i tym samym wystawiam się na osąd. Jeden fałszywy ruch może sprawić, że stracę popularność, zostanę wyśmiany lub pominięty. To tylko najłagodniejsze konsekwencje zjawiska określanego mianem cancel culture.
Stąd rodzi się pokusa upiększania zdjęć, koloryzowania opisów wakacji czy ulegania presji społecznej poprzez publiczne zgadzanie się z tezami, których w głębi duszy nie aprobuje. Jednak wieczorem, gdy nikt nie patrzy, ściągam maskę i nagle okazuje się, że „nikt mnie nie kocha”. Jeśli przez cały dzień akceptację otrzymywała maska, którą nosiłem, to nic dziwnego, że w ciszy własnego pokoju dociera do mnie bolesna prawda: cała ta aprobata spadła na kogoś, kto w istocie nie istnieje.
Ten obraz może wydawać się przygnębiający. Często myślimy, że nasze czasy są o wiele trudniejsze niż XVI wiek. Choć tempo życia jest dziś niewątpliwie szybsze, nie oznacza to, że pięćset lat temu ludzie nie doświadczali podobnej presji. To realny problem, prowadzący dziś do poważnych trudności psychicznych. Wielu z nas doświadcza tzw. syndromu oszusta – braku wiary we własne kompetencje mimo obiektywnych dowodów na ich istnienie. Skoro nigdy nie mogę być naprawdę sobą, to może także moje sukcesy są fałszywe?
Ten opis, choć idealnie pasuje do mediów społecznościowych i korporacyjnej polityki wizerunkowej, równie dobrze oddaje realia XVI-wiecznej Hiszpanii i zjawisko, które wówczas nazywano honra – punktem honoru.
To właśnie z tą „czarną czcią”, jak pogardliwie nazywała ją później Teresa, przyszła święta musiała stoczyć swoją pierwszą i najważniejszą bitwę. Zanim doszła do zjednoczenia z Bogiem, musiała nauczyć się stąpać twardo po ziemi: bez makijażu, bez pozy, w radykalnej prostocie prawdy.
Młoda Teresa de Ahumada nie była ascetką z pustyni. Była – według dzisiejszego języka – duszą towarzystwa i lokalną „influencerką”. W Klasztorze Wcielenia w Ávili, który przypominał wtedy raczej pensjonat dla panien z dobrych domów niż miejsce pokuty, spędzała długie godziny w rozmównicy. To tam toczyło się życie: plotki, flirty, budowanie sojuszy i troska o reputację.
Teresa była w tym mistrzynią. Dowcipna, czarująca i inteligentna, z łatwością przyciągała ludzi, a ich uwaga stawała się dla niej źródłem wewnętrznego paliwa. Pod fasadą błyskotliwej mniszki krył się jednak dramat, który dziś nazwalibyśmy głębokim kryzysem tożsamości. Przez blisko dwadzieścia lat żyła w rozdwojeniu: jedną twarz – pobożną, a zarazem światową – pokazywała innym; drugą – pełną lęku i poczucia niegodności – ukrywała przed światem, a często także przed samą sobą.
To jest właśnie przeciwieństwo prostoty. To życie w nieustannym napięciu, wymagające ogromnej energii do podtrzymywania iluzji. To lęk, że jeśli przestanę grać i pokażę swoją zwyczajność, zostanę odrzucona. Teresa, mistrzyni relacji, była w rzeczywistości niewolnicą wizerunku.
Jej nawrócenie nie polegało na tym, że nagle stała się „pobożna”. Polegało na tym, że stała się prosta. Największą przeszkodą w prostocie jest nasze ego, które pragnie być „kimś”. W XVI wieku oznaczało to zabieganie o tytuły, dziś – budowanie marki osobistej i kolekcjonowanie zasług, także w życiu religijnym.
Fundamentem tej prostoty jest odkrycie, że w miłości Bóg jest pierwszy. Nie trzeba na nią zasługiwać ani nikogo udawać. Gdy człowiek uwierzy, że jest kochany, modlitwa staje się tym, czym jest w istocie: „poufnym i przyjacielskim z Bogiem obcowaniem oraz wylewną, po wiele razy powtarzaną rozmową z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje” (Księga życia 8, 5).
Skoro On mnie miłuje, chce spotkać się ze mną takim, jaki jestem tu i teraz. Mogę odważnie stanąć przed Nim bez udawania – po prostu jako ja. On zawsze mnie przyjmie. Staję w prostocie, bez masek, nie po to, by na zawsze takim pozostać, lecz właśnie po to, by móc się zmieniać.
Jak pisze Wilfrid Stinissen: „Siłą napędową [zmiany] jest jeszcze nadzieja, że będzie się przyjętym takim, jakim się jest lub jakim wydaje się, że się jest. […] Nie można odejść od swoich słabych stron ani uwolnić się od złych przywiązań, jeśli wpierw nie zostanie się przyjętym takim, jakim się jest – podobnie jak nie można dać tego, czego się nigdy nie posiadało” (Terapia duchowa).
Gdy św. Teresa odkryła, że przed Panem nie musi nikogo grać, znalazła miłość, która ją porwała i przemieniła. Otworzyły się przed nią horyzonty prostoty. A gdy uczymy się być prawdziwi przed Bogiem, stopniowo stajemy się prawdziwi także wobec ludzi.
W świecie, który nieustannie każe nam coś udowadniać, Teresa mówi: „Odpocznij”. Nie musisz niczego dowodzić. Twoja dusza jest twierdzą, w której mieszka Król. To fakt niezależny od filtrów, polubień i opinii innych. Twoja wartość jest wewnątrz, a droga do niej prowadzi nie przez komplikowanie, lecz przez prostotę spojrzenia.

