
Egzamin z pustych rąk
Marcin Fisia
Współczesny człowiek przyzwyczajony jest do kolekcjonowania. Jednak nasze kolekcje nie obejmują już tylko znaczków czy pocztówek – filatelistyka przecież jest dość elitarna.
Dziś kolekcjonowanie jest o wiele prostsze – lajki na Instagramie, punkty lojalnościowe na stacji paliw czy kraje, które odwiedziliśmy. Nawet w kwestii ducha często jesteśmy bardziej konsumentami – chcemy Boga, który zapewni nam emocjonalne uniesienia, który upewni nas, że nie jest z nami tak źle.
W zasadzie to historia stara jak ludzkość, dziś tylko bardziej skomercjalizowana. Również przed Bogiem stajemy i próbujemy przekonać Go, że zebraliśmy wystarczająco dużo punktów, by przejść na kolejny poziom. Tymczasem św. Jan od Krzyża patrzy na nasze wypchane po brzegi ręce i mówi coś rewolucyjnego: „Dopóki twoje dłonie są pełne tego, co zebrałeś, nie ma w nich miejsca na Boga”.
Człowiek XXI wieku boi się pustki. Sztuka i technologia rozwinęły umiejętność zagłuszania naszej histerycznie krzyczącej pustki do perfekcji. Wystarczy zastanowić się nad tym, ile razy dziennie sięgamy po smartfona bez świadomego celu. Chcemy tę wewnętrzną pustkę wołającą: „Gdzie się ukryłeś” (Pieśń duchowa, strofa 1) zapchać stworzeniami. Egzystencjalny brak chcemy zapchać czymś, co samo w sobie ten brak niesie, a nawet powiększa w nas tę pustkę – taką diagnozę stawia św. Jan od Krzyża w Drodze na górę Karmel. Człowiek przywiązany do zachcianek jest „jak głodny człowiek, który otwiera usta, by nakarmić się powietrzem, a wtedy jeszcze większe odczuwa pragnienie, bo to nie jest jego pokarm” (Droga na Górę Karmel, I, 6, 6).
Zamiast oddychać powietrzem, próbujemy się nim nakarmić. Chwilowe zachwyty dają minimalną i krótkotrwałą ulgę, po czym ból nienasycenia wraca wzmocniony. Święty Jan od Krzyża naprawdę kochał świat i stworzenia – nie był ascetą, który nienawidził wszystkiego, co nie jest Bogiem. Wiedział jednak doskonale, że każde nieuporządkowane pożądanie rozprasza nasze siły. Gdy mam serce podzielone, nie potrafię kochać w pełni. Jesteśmy jak ptak uwiązany cienką nitką – nawet jeśli jest ona najcieńsza i najbardziej delikatna, nie pozwoli nam wzlecieć w powietrze (zob. Droga na górę Karmel, I, 11, 4).
Święty Jan od Krzyża nie chce tylko, byśmy porządkowali to, co jest w naszym sercu. On chciałby, byśmy podeszli do tego o wiele bardziej radykalnie. Poleca całkowite opróżnienie. Sugeruje, że sam Bóg chciał tego, skoro „niegdyś polecił [...], aby ołtarz, na którym miała spoczywać Arka Przymierza, był wewnątrz pusty (Wj 27, 8). Tak i dusza, chcąc być ołtarzem dla Majestatu Bożego, musi najpierw wyzbyć się wszystkiego” (Droga na górę Karmel, I, 5, 7).
Jeśli wierzę w to, że tylko Bóg może mnie nasycić (ilu bożków już nas w naszym życiu zawiodło?) i że On zamieszka w moim sercu jak na ołtarzu, nie mogę tam stawiać bożków własnego sukcesu, racji czy ambicji.
Dziś świat wmawia nam, że jeśli odczuwamy pustkę, oznacza to naszą klęskę. Tymczasem oschłość i pustka w relacji z Bogiem to nie kara za grzechy, ale moment, w którym zaczynamy wychodzić z iluzji. Sami wepchnęliśmy w nasze dłonie cokolwiek – teraz Bóg to wyjmuje, byśmy wreszcie zrobili miejsce dla Jego obecności. Jeśli drugi człowiek jest dla mnie narzędziem zaspokojenia mojej pustki, nie mogę kochać, bo prawdziwa miłość zaczyna się tam, gdzie godzę się na brak i bezinteresowność – miłość nie zawłaszcza.
Wszędzie jesteśmy oceniani przez wiele pryzmatów, a jednym z najbardziej popularnych jest użyteczność czy produktywność. To korporacyjne myślenie wkradło się również na teren wiary i relacji z Bogiem. Czyżby był On naprawdę naszym szefem, którego interesuje tylko to, byśmy wyrobili nasze godziny? Święty Jan od Krzyża niszczy tę współczesną korpomowę: „Miłość nie polega na odczuwaniu wielkich rzeczy, lecz na wielkim ogołoceniu i cierpieniu dla Umiłowanego” (Słowa światła i miłości, 114).
Nie możemy hodować naszego wewnętrznego narcyza. Prawdziwa miłość potrafi obejść się bez fajerwerków i emocjonalnych uniesień. Ktoś, kto kocha, nie pyta: „Co ja z tego mam?”. Jan idzie w swych zapiskach niezwykle daleko: twierdzi, że ten, kto kocha Boga czystą miłością, robiłby to z taką samą bezinteresowną radością, nawet gdyby sam Bóg... nigdy nie miał się o tym dowiedzieć! Miłość nie jest transakcją wymienną. Jest czystą stratą własnego „ja” na rzecz Drugiego (zob. Słowa światła i miłości, 20).
Jedyny sąd, jaki się odbędzie, to według św. Jana od Krzyża sąd z miłości: „Pod wieczór będą cię sądzić z miłości” (Słowa światła i miłości, 59). Kiedy skończy się dzień naszych ziemskich projektów, kiedy komputer zniknie i opadną maski budowanego przez lata wizerunku, staniemy przed Bogiem. On nie otworzy teczki z naszym życiowym życiorysem. Nie sprawdzi naszych kont, sukcesów, a nawet listy odklepanych nabożeństw, które robiliśmy na pokaz.
Bóg spojrzy na moje dłonie. Jeśli będą przepełnione moimi zasługami, być może odejdę z niczym, bo gdzie Bóg miałby wlać swoją łaskę? Ręce już mam pełne. Jeśli napotka jednak dłonie puste, zrobi to, czego pragnie najbardziej – napełni je sobą.
Na szczycie swojej góry doskonałości św. Jan napisał: „Odkąd już nie starałem się o nie, mam wszystko bez starania”. To słowa, które pokazują horyzont wolności od zbierania, do którego prowadzi droga wyrzeczenia na szczyt góry Karmel. Ten horyzont św. Jan od Krzyża zarysowuje również w swojej Modlitwie duszy rozmiłowanej: „Moje są niebiosa i moja jest ziemia; moje są narody, moi grzesznicy i sprawiedliwi! Aniołowie są moi, Matka Boża jest moja, wszystkie rzeczy są moje i sam Bóg jest moim i dla mnie, gdyż Chrystus jest mój i wszystek dla mnie! Czegóż więc pragniesz, duszo moja? Wszystko jest twoje i wszystko dla ciebie. Nie zadowalaj się małym i nie szukaj odrobin, które spadają ze stołu twego Ojca”.
Egzamin z pustych rąk to jedyny egzamin w naszym życiu, który zdaje się nie przez to, ile zdołaliśmy utrzymać, ale przez to, ile potrafiliśmy puścić.

