Bez obawy w ramionach swego Ojca

To, że Bóg jest Ojcem, ba! – że jest przekraczającą wszelkie pojęcie miłością, że jest Bogiem, któremu możemy się powierzyć "bez obawy" i w którego ramionach można się skryć i "spokojnie zasnąć" – jest odkryciem, do której również Teresa dochodziła stopniowo, owocem długoletniej walki o właściwe rozumienie wiary.

o. Michael Jakel OCD



We wrześniu 1896 roku Teresa odbywała swoje coroczne osobiste rekolekcje – „może już ostatnie”, zauważa Teresa (Rękopis B, folio 1 r.). Te dni są dla niej bardzo ważne, gdyż pozwalają jej dostrzec głębszy sens jej powołania zakonnego. Maria, najstarsza w rodzinie i współsiostra w Karmelu, prosiła ją, by spisała swoje myśli.

Teresa korzysta z okazji i wypowiada to, wokół czego jej myśli krążą coraz bardziej: „Wiem dobrze, że tylko miłość może nas uczynić miłymi Dobremu Bogu i ta miłość jest jedynym dobrem, o które się ubiegam. Spodobało się Jezusowi wskazać mi jedyną drogę, która wiedzie w sam Boski żar” (tamże). Po czym następuje jedna z podstawowych definicji tej drogi, którą nazywa ona „małą drogą”: „tą drogą jest zaufanie małego dziecka, które bez obawy zasypia w ramionach swego Ojca” (tamże). Warto wsłuchać się w to zdanie.

Otóż wiara jest dla Teresy takim odniesieniem do Boga, które można porównać do relacji między dzieckiem a kochającym, pochylonym nad nim ojcem. Dziecko, które posiada takiego rodzonego ojca – a Teresa miała to szczęście – wie, że bez jego obronnej ręki nie może żyć, że koniecznie go potrzebuje do życia i zawsze będzie u niego znajdować zrozumienie i bezwarunkową miłość.

To, że Bóg jest Ojcem, ba! – że jest przekraczającą wszelkie pojęcie miłością, że jest Bogiem, któremu możemy się powierzyć „bez obawy” i w którego ramionach można się skryć i „spokojnie zasnąć” – jest odkryciem, do której również Teresa dochodziła stopniowo, owocem długoletniej walki o właściwe rozumienie wiary. Odkąd sobie uświadomiła tę zasadniczą prawdę, nie ma już dla niej pilniejszej sprawy niż wypełnić ją życiem i przekazywać innym.

„Zaufanie małego dziecka” oznacza dla niej coś zupełnie konkretnego: jako najmłodsze dziecko w rodzinie Martin była dość rozpieszczona przez najbliższych. Dlatego też nadmierna wrażliwość i silne skoncentrowanie na własnym „ja” stały się głównymi rysami jej charakteru. Na wszelkie słowa krytyki reagowała jak na ukłucia szpilką. Z tego typu sytuacjami oczywiście coraz częściej spotykała się w codziennym życiu klasztornym, jednakże teraz uczyła się przechodzić nad nimi do porządku dziennego i sprowadzać je do właściwych rozmiarów, uciekając się w ramiona Ojca. Tam jej głód uznania i pragnienie bycia kochaną znajdowały ukojenie. Dzięki temu mogła się wyzwolić od kurczowego skupienia na sobie samej. Ponadto uczyła się patrzeć również na siostry zakonne tym samym, miłującym spojrzeniem, którym – jak czuła – Bóg patrzył na nią. Oddanie się Bogu, kochającemu Ojcu, umożliwiało jej sercu całkowite oddanie się bliźnim. Jej horyzont coraz bardziej się poszerza, staje się ona w prawdziwym sensie tego słowa kontemplatyczką, otwartą na troski i niedole ludzkości i Kościoła.