Prawda was wyzwoli

Rozmowa z Jadwigą Skupnik-Kurowską, aktorką Teatru Polskiego i pedagogiem Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu.



W jakich okolicznościach spotkała się Pani z postacią Edyty Stein?

W 1982 roku przeszłam ciężką operację, po której byłam na rehabilitacji u sióstr urszulanek w Bardzie Śląskim. Tam na powitanie Matka Przełożona imieniem Edyta dała mi do przeczytania książkę Światłość w ciemności i powiedziała, że dzięki tej osobie, której biografię przedstawia wspomniana książka, przybrała sobie imię zakonne. W celi, w której mieszkałam, czytałam sobie tę autobiografię. Był to jakby szept do ucha. Światłość w ciemności jest napisana tak bezpośrednio, że byłam zafascynowana tym co przeczytałam, i co dziwnego, wiele jej przemyśleń zgadzało się z moimi własnymi. Na przykład to, iż w życiu nie ma przypadków, bo wszystko właściwie jest w rękach Opatrzności. Takie rzeczy były mi bardzo bliskie. Niesłychanie się tym zafascynowałam, ale wyjeżdżając musiałam oddać tę książkę. Po pięciu latach, moja znajoma wracając z Kolonii z beatyfikacji Edyty Stein wręczyła mi Światłość w ciemności i powiedziała: „To jest robota dla ciebie.” „Co to znaczy?” „Masz z tego zrobić monodram.” „Nigdy w życiu czegoś takiego nie robiłam, ale jeżeli mi zrobisz scenariusz, to może spróbuję.” Wtedy ona powiada: „Ta książka nie jest moja, ale mogę ci ją pożyczyć, może po jakimś czasie ‚wpadnie’ ci jakiś pomysł.” Po pewnym czasie wracam z zajęć ze studentami w szkole, wtedy akurat w teatrze nie miałam zajęć, więc wzięłam jeszcze raz do ręki autobiografię Światłość w ciemności. Co za pierwszym razem do mnie w ogóle nie trafiło, przemówiło przy powtórnej lekturze. A było to w roku 1987.

Trzy okoliczności zadecydowały o tym, że jednak się zdecydowałam przedstawić wspomniany monodram.

Pierwszy to ten, że Edyta urodziła się 12 października, a ja urodziłam się 15 października, w samą uroczystość św. Teresy z Avila.

Druga sprawa dotyczy imion. Nadano mi imiona Jadwiga Teresa, a Edyta Stein na chrzcie świętym obrała sobie imiona Teresa Jadwiga. Czyż nie jest to wielka zbieżność?

Trzecia okoliczność dotyczy wieku. Kiedy decydowałam się na ten monodram, miałam tyle lat ile Edyta, gdy ginęła w Oświęcimiu. Pomyślałam, że mogłabym rozpocząć od listu z transportu do Oświęcimia, i nawiązać potem do całego jej życia. W tym momencie wzięłam ołówek i zaczęłam zakreślać na marginesie ważniejsze myśli.

Zanim miałam scenariusz opracowany był już 1 styczeń 1988 roku. Jak się potem okazało to właśnie w tym dniu (1 styczeń 1922) Edyta została ochrzczona. Od tego momentu zaczęłam myśleć nad tym tekstem. W ciągu dwóch miesięcy znałam całość na pamięć, ale dopiero potem zaczęłam żyć tym tekstem. Było zadziwiającym to, jak rozwiązywały się wszystkie problemy, napływały mi różne ciekawe pomysły. Ale powiadam, trwało to pół roku. Nie można tak z marszu wejść na scenę. Dopiero pod koniec lipca 1988 zgłosiłam się z monodramem do Kurii Wrocławskiej. Biskup Adam Dyczkowski zaproponował mi, bym rozpoczęła spektakl w kościele Matki Bożej Częstochowskiej. Tak to się właściwie zaczęło.

Gdzie Pani wystawiała ten monodram, czy tylko w kręgach katolickich?

Z Edytą byłam nawet w Chicago. W 1994 roku spalił się nasz teatr we Wrocławiu. I nagle zaprosili nas do Chicago byli wrocławianie, z przedstawieniem na rzecz odbudowy teatru. W ostatniej chwili wpadła myśl, że mogę tam pokazać i „Edytę”. Spektakl się odbył. Po skończonym monodramie przychodzi do mnie starsza pani, pokazuje numer obozowy Oświęcimia i powiada: „Pamiętam ten transport, który przyjechał z Westerbork, i jak wszyscy Żydzi szli do łaźni.” W tymże transporcie była Edyta Stein. Dla mnie to było nowe wstrząsające przeżycie.

Występowałam często w Klubach Inteligencji Katolickiej i tam spotkałam osoby, które zaprosiły mnie do szkół. Był właśnie okres Wielkiego Postu, kiedy byłam zaproszona do liceum ogólnokształcącego, a po kilku dniach do zespołu szkół ekonomicznych. Jakże różne były reakcje młodzieży. Liceum ogólnokształcące fantastycznie przyjęło Edytę Stein, natomiast to co się działo w zespole szkół ekonomicznych, to było nieprawdopodobne. Aula, piękna scena w kształcie kaplicy, miejsc na dwieście osób, na scenie stoi krzyż z padającym na niego promieniem światła. W pewnym momencie jeszcze przed rozpoczęciem wchodzi starszy pan profesor do auli i mówi: „Co to tutaj będzie, kaplica jakaś, co to jest?” Odpowiedziałam: „Tak, coś takiego.”

Po chwili sala zapełniła się. Rozpoczęłam przedstawienie i… widzę młodzież rozpartą w krzesłach, prowokującą swym zachowaniem. Prawie połowa tego monodramu przebiegła w ciszy, natomiast w momencie kiedy padło zdanie: „Bóg jest prawdą” , pan profesor wybiegł z sali i po chwili słyszę huk głośnej satanicznej muzyki. Szum na widowni, rwetes, śmiechy, a ja walczyłam w myślach: przerwać, nie przerwać, przerwać, nie przerwać? Edyto pomóż mi. Nie przerwałam. Dobrnęłam do końca. Huk był „włączany” co parę minut. Było to działanie ewidentnie umyślne i bardzo bolesne. Udało mi się jednak skończyć. Ci którzy zostali do końca ze łzami w oczach przyjęli to wszystko, ponieważ wiedzieli, że zdarzyło się coś niesamowitego. Dziękowałam Bogu, że nie „wysiadłam z siodła”, jak to się mówi w żargonie aktorskim.

Jakie były owoce przedstawienia Edyty Stein w innych miejscach?

Bywałam w różnych miejscach, bywałam w przedsionkach nieba, jakimi są niewątpliwie klasztory. Byłam również w Oświęcimiu u Karmelitanek. Jak mogłam tam nie pojechać? Od maja 1989 r. (pierwszy atak Żydów na Karmel i Krzyż w Oświęcimiu) chciałam mówić ludziom, że istnieje ktoś taki jak Edyta Stein. Szczęśliwa z tego powodu, że była Żydówką, podkreślała przecież, że Pan Jezus i jego Matka byli „naszej krwi”. O czym my katolicy nie zawsze chcemy wiedzieć.

Przed kilku laty został nakręcony film Siódmy pokój przedstawiający postać Edyty. Jak Pani jako aktorka, a równocześnie jako osoba znająca postać i duchowość naszej świętej, ocenia ten film?

Przypomina mi się pewna scena z tego filmu, gdy wchodzi do rozmównicy w klasztorze była postulantka, która wyszła za mąż i ma dziecko. Edyta bierze to dziecko i przytula. Piękna jest to scena, sama w sobie bardzo ładna, taka artystyczna, ale w życiu Edyty Stein nie było czegoś takiego. W tej scenie ukazuje reżyserka niesamowitą tęsknotę kobiety za rodzicielstwem. Tego przecież nie ma w dziełach Edyty Stein.

Następnie ukazany jest klasztor karmelitański, który to utożsamiony jest z więzieniem. Wejście do klasztoru przyrównać można z wejściem do Obozu Oświęcimskiego. Również ścinanie włosów w klasztorze, jest tak zimne, tak okrutne, jak ścinanie włosów w obozie. Zakonnice są pokazane jako uosobienia oschłości.

Dla mnie zakonnice są piękne i radosne. Mogę o tym powiedzieć, ponieważ od dziesięciu lat mam kontakty z zakonnicami i to nie tylko karmelitankami. Natomiast tutaj zakonnice ukazane są jako dragony, zimne, wyrachowane, ostre. Najstraszniejsza sprawa to to, iż Edyta Stein w klasztorze rzuca krzyżem o podłogę. Ta osoba, która miała czterdzieści dwa lata, dwanaście lat była katoliczką, nim wstąpiła do Karmelu, ta która nazwała siebie Teresa Benedykta od Krzyża. I to ona właśnie w klasztorze rzuca krzyżem pod wpływem jakiegoś kryzysu? Jest to przekłamanie. Z tym nie mogę się zgodzić i odbieram to jakby ktoś bezpośrednio ranił Edytę. Widocznie reżyserka tego filmu nigdy nie miała kontaktu z zakonnicami w klasztorze. Narzuciła swoją wizję. Przypomina mi to film, który oglądałam jako bardzo młoda osoba w latach pięćdziesiątych, pod tytułem Drewniany różaniec, zrobiony na użytek tamtej epoki. Nie pamiętam reżysera, ale po tym filmie byłam tak samo straszliwie oburzona. Film pani Marty Meszaros Siódmy pokój przypomina mi filmy z epoki socrealizmu.

Jakie cechy duchowości Edyty najbardziej fascynują Panią. I co Pani odkrywa w swojej relacji do Boga dzięki Edycie?

Edyta Stein była od dziecka niesłychanie spontaniczna, ogromnie szczera, radosna, ale również zaborcza. Miała wiele cech podobnych do moich. Kiedy po raz pierwszy czytałam fragmenty z jej biografii, zauważyłam, iż wiele przemyśleń było stycznych z moimi. Na pewno to, że żyjemy w zasięgu Opatrzności, że nie ma przypadków czy zbiegów okoliczności. To wiedziałam od początku. O tym mi moja mama mówiła już w dzieciństwie. Kiedy wyjechałam na studia nie byłam sama, bo zawsze czułam że Opatrzność jednak czuwa nade mną, kieruje moim życiem.

To samo było z Edytą. Ona mimo tego, że nie była wierzącą wiedziała, że coś decyduje o człowieku w jego życiu. Ale gdzież można mnie porównywać do Edyty Stein. Jednak wiem, że było potrzebne wyjechać ze Śląska do Wrocławia i tam osiąść, żeby się z nią spotkać.

Jaki fragment monodramu najbardziej przemawia do ludzi?

Ludzie są najbardziej wsłuchani w dialog Edyty z rodzoną matką. Ta rozmowa jest tak bardzo ludzka, egzystencjalna. To ludzi bardzo frapuje. Jak wiemy, jej matka ortodoksyjna żydówka, bardzo ciężko przeżyła chrzest najukochańszej córki. Myślę, że to jest dialog większości matek, których dzieci wstępują do zakonu. Miałam okazję spotkać się również w rozmównicy z matkami, których córki są w klasztorze. Te matki są wiecznie w wielkim rozdarciu wewnętrznym i niesłychanie przeżywają to odejście. Mało jest takich rodziców, którzy akceptują wybór własnych dzieci. Może po prostu nie są do tego przygotowani?

Jakie przesłanie kieruje święta Teresa Benedykta od Krzyża do współczesnego człowieka i czego chce go nauczyć?

Na pewno – wewnętrznej wolności. Człowiek zjednoczony z Bogiem jest na pewno prawdziwie wolny. Ona to tak przeżywała. Modlitwa jest oddychaniem, a Jezus punktem odniesienia wszystkiego we wszystkim. Ona to pojęła w momencie, kiedy zrozumiała, że Bóg jest Prawdą. Całe życie poszukiwała tej Prawdy, którą każdy człowiek powinien poszukiwać. Będąc szczęśliwa z odnalezienia Prawdy, zdawała sobie sprawę z obecności cierpienia w życiu człowieka. Mnie osobiście – uczy przyjmować cierpienie z radością. Cierpieć z radością, to może brzmi paradoksalnie. Wiara chrześcijańska jest złożona z paradoksów. „W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie. Kto krzyż odgadnie, ten nie upadnie”, … tak, ale odgadnijmy ten krzyż.

Pani Jadwigo, serdecznie dziękujemy za rozmowę. Niech kanonizowana – już święta – Teresa Benedykta obdarza Panią nowymi łaskami.


Rozmawiali: br. Maciej Jaworski OCD i br. Marek Pavućek OCD
Karmel, 4/1996