A jeśli DZISIAJ to Twój ostatni dzień! Co zrobisz?

stary-zegar

Tak! Karmelitańska szkoła modlitwy zachęca Cię do zaprzyjaźnienia się z własną śmiercią! To nie przegięcie i ascetyczne wyzwanie dla kamedułów. Świadomość bliskiego końca sprawi, że to, co dzisiaj i teraz przeżyjesz lepiej. Czas to prezent do wykorzystania. Śmierć stawia człowieka w chwili obecnej.

Wyobraź sobie, że masz tylko kilka godzin, aby jak najlepiej ten prezent czasu wykorzystać. To ostatnia okazja do miłości. To zrobienie czegoś mając świadomość, że robisz  to po raz ostatni! Ostatnie spotkanie … ostatni uśmiech … ostatnie słowo … ostatni posiłek … ostatnia spowiedź … ostatnia Eucharystia … ostatni dzień …

Zrób to jak najlepiej potrafisz. Zaangażuj wszystkie swoje siły. Nie czekaj na lepsze czasy, bo czekać na lepsze czasy to tracić szansę. Śmierć zabierze tylko miłość, czyli czas, który dałeś drugiemu człowiekowi, bo czas to miłość! Wiara się skończy, nadzieja wypełni, a miłość zostanie!

św. Teresa od Dzieciatka Jezus - mistrzyni w przeżywaniu swego „niepowtarzalnego dzisiaj”, czyni to genialnie, a to tylko dlatego, że często jeszcze jako młoda osoba myśli o śmierci i kruchości życia.

Jako szesnastolatka pisze do swojej siostry:

Jeszcze jeden rok przeminął! Celinko, on minął, minął i nie powróci nigdy. A tak, jak przeminął ten rok, przeminie także i życie nasze, a niebawem powiemy: „Przeminęło!” Nie traćmy czasów, wkrótce zalśni wieczność przed naszymi oczami!

Jednocześnie mała święta oddramatyzowuje ten trudny moment i stwierdza:

To nie śmierć przyjdzie po mnie, ale Pan Bóg. Śmierć nie jest straszydłem, przerażającym upiorem, jakiego widzimy na obrazkach.

Poza tym Teresa wie, że decydującym momentem w jej życiu nie jest śmierć fizyczna, ale ten moment, w którym zaczyna wierzyć w Jezusa: od tej chwili Święta żyje w wiecznym teraz.

I na koniec konkretny przykład zaczerpnięty z książki o. Wilfrida Stinissena OCD „Ani Joga ani Zen”. Do karmelity bosego napisał jeden z czytelników jego artykułu:

To mi się udało: traktować moją pracę tak, jakby miała się ostatecznie zakończyć jeszcze tego wieczoru. Ze spokojem zostawiłem niektóre pilne problemy, aby całkowicie poświęcić się kilku ważnym sprawom. Ilekroć wchodziła moja sekretarka, obdarzałem ją moim najlepszym uśmiechem, a wieczorem stwierdziliśmy, że wykonaliśmy o wiele więcej pracy, niż w ciągu tego dnia, który nie był dniem mojej śmierci. W domu żona była zdziwiona i ucieszona, że przyjmowałem ją tak, jakby jeszcze tego samego wieczoru miała zostać wdową. To była odprężająca walka ze śmiercią. Tak oto moja praca i życie stały się konkretną i praktyczną medytacją śmierci.

Ojciec Wilfrid podsumowuje:

Oczywiście nie można sobie obierać każdego dnia za dzień swojej śmierci, ale mądrze jest raz po raz tak zrobić. Pewien francuski prozaik napisał: „Najbardziej zacięte dyskusje powinniśmy kończyć słowami: zresztą niedługo umrzemy”.

Kropką nad i do mojego dzisiejszego rozważania może być tylko poezja małej Teresy w muzycznym opracowaniu Pawła Bębenka:
Życie jesteś chwilą.

o. Mariusz Wójtowicz OCD