Pukać do dobrej strony człowieka

Rozmowa z dyrektorem Wojskowego Szpitala Uzdrowiskowo-Rehabilitacyjnego w Busku-Zdroju, dr n. medycznych Bernardem Soleckim.

Panie Bernardzie, czym jest dla Pana wiara?

B. SOLECKI
Wiara jest dla mnie zawierzeniem dobremu Ojcu, który wie, co dla mnie jest dobre z punktu widzenia wieczności. To codzienna postawa streszczająca się w słowach: „Bądź wola Twoja” i to szczególnie w tych trudniejszych sytuacjach. To podejście wyrażające posłuszeństwo wobec Boga Mądrości i Miłości. On wie, co jest dla mnie najlepsze. On widzi więcej.

Co Panu pomaga w codziennym rozwoju wiary?

B. SOLECKI
Przede wszystkim systematyczna wytrwała modlitwa, wypływająca z serca ze świadomością, że jestem zawsze blisko Boga. Dzielę się osobiście wypracowaną techniką modlitwy. Jest ona prostą rozmową opartą na znanych wszystkim słowach Ojcze nasZdrowaś Mario, które codziennie przeżywam zupełnie inaczej. Na modlitwie zawsze zwracam się do Boga: „Tatusiu!”, którego przez słowa: „Przyjdź Królestwo Twoje” pragnę „zachęcić”, aby coraz bardziej był tu na ziemi znany i kochany. Kiedy On, Bóg da się poznać to, Go pokochamy. Poznanie daje możliwość pokochania.

Czyli modlitewny styl codzienności szczególnie pośród obowiązków rodzinnych i zawodowych?

B. SOLECKI
Dokładnie tak! Dodam tylko, że rozmawiając i pracując z Bogiem zawsze mówię „My” i staram się mieć to ciągłe odczucie Jego pracy ze mną. Niestety nie nauczyłem się jeszcze tego, by Bogu zostawiać pewien czas. Mówić „My” i czekać, a nie podejmować samemu szybkich i pochopnych decyzji. Moim ideałem jest tak realizować wolą Boga jak ręka realizuje to, co pomyśli głowa. Ręka nie myśli, ona wykonuje automatycznie to, co pomyśli głowa. Chcę być taką ręką.

Czy ma Pan szczególne pory dnia na intensywniejszą modlitwę?

B. SOLECKI
Wieczorem i nocą. Od wielu lat, nie ukrywam, modlę się solidnie nocami. Jakoś tam się później wyśpię lub nie, ale mam te swoje nocne modlitwy. Zaczynam moje czuwanie koronką do Bożego Miłosierdzia. To potężna modlitwa, która pomaga mi w walce o ratowanie dusz. Wielu ludzi jest chorych lub martwych duchowo, bezradnych by wzywać Ojca. Ja stanowię z nimi jeden organizm i nocami robię to za nich. Za głosem mojego ciała powtarzam Bogu, aby każde uderzenie serca, każdy oddech ratował jedną duszę. To moja nocna godzinna modlitwa. Początkowo przed tym się broniłem, ale skoro i tak nie mogłem spać, zacząłem się modlić.

Która z Osób Trójcy Świętej towarzyszy Panu najbardziej?

B. SOLECKI
Dla mnie najbliższy jest Bóg Ojciec. Ojciec, który daje mi swojego Syna. Syna, który mówi Ojcu: „Bądź wola Twoja”. Początkowo, jak dla wielu wierzących, Bóg był dla mnie tylko surowym sędzią. Jednak taka postawa nieuzasadnionego lęku najbardziej Go rani, rani Jego ojcowskie serce. Takie postawienie sprawy jest najbardziej niezgodne z prawdą o Nim: niesprawiedliwy lęk wobec Boga. On przecież daje mi swojego Syna. Pokazuje przez Syna, kim i jaki jest.

Tutaj w szpitalu codziennie sprawowana jest Eucharystia. To również sposób, by miłość Ojcowską poznawać konkretnie przez Jezusa – Eucharystię. I tu moje pytanie na temat tego, jak ta codzienna Eucharystia pomaga Panu w docieraniu przez Jezusa do Ojca?

B. SOLECKI
Eucharystia to źródło duchowej siły i wielki dar, który uczy wdzięczności. Często widzę, że grzeszę niewdzięcznością. Wiem, jak to boli w stosunkach ludzkich, a co dopiero wobec Boga. Chcę ponadto, by On w moim szpitalu był Gospodarzem. Od 22 lat kieruję tą placówką medyczną i wszystkie sprawy załatwiane na wyższym szczeblu omawiam najpierw z jedynym Gospodarzem szpitala. Różne były sytuacje, czasami wiążące się z pozbawieniem mnie funkcji dyrektora, ale jakoś wszystko spełzło na niczym. Zawsze z wielką wolnością podchodziłem do mojego stanowiska: jak mnie zwolnią, to wcale się nie obrażę, ale ze swej strony, pomimo że praca nie jest łatwa, nie będę robił niczego, żeby się z niej wymigać.

A geneza służby liturgicznej przy ołtarzu? Muszę powiedzieć, że to urzekające, kiedy sprawując Eucharystię, ma się jako kapłan ale i pacjent ministranta w postaci dyrektora placówki medycznej, w której jest się leczonym.

B. SOLECKI
Nie należę do ludzi, którzy lubią się pokazywać. Mam przed tym opory. Kiedyś jednak podczas lektury Ewangelii, dotyczącej odwiedzin Jezusa u Szymona trędowatego przyszło olśnienie. Czytam tam, że niewiasta swymi łzami obmyła nogi Jezusa, a goszczący Szymon nie podał Mu nawet wody do rąk. I tu słowa Jezusa adresowane do mnie podczas Eucharystii: Bernardzie nawet wody do obmycia rąk mi nie podałeś w tym kapłanie, który Msze sam sprawuje bez niczyjej pomocy; pomóż mu! Tak się zaczęło służenie. Do tej prostej, ale i zaszczytnej posługi przy ołtarzu dołączam codzienne czytanie modlitwy wiernych. Stosuję w niej metodę wiercenia w tym samym miejscu tzn. modlę się ciągle w stałych intencjach mojej placówki. I to działa! Widzę to tak po pracownikach, jak i po pacjentach.

Jakie są początki tej kaplicy, gdzie Jezus jest Gospodarzem?

B. SOLECKI
Po moim nawróceniu pojawiły się pierwsze intuicje, które z czasem potwierdzili przybywający księża. Będąc na kuracji, nie mogli oni w godnych warunkach sprawować Eucharystii. W tej sprawie stoczyłem spory bój, ale ostatecznie udało się. Początkowo kaplica była bardzo prosta: zwyczajna sala i obraz Jezusa Miłosiernego. Z czasem pojawiło się wielu fundatorów i ofiarodawców. Miejsce zaczęło pięknieć. Ja tak naprawdę nic nie robiłem. Mówiłem tylko „tak”, a pacjenci i kuracjusze sami robili resztę. Szybko znaleźliśmy patrona w postaci bł. Rafała Chylińskiego i sprowadziliśmy jego relikwie. Poprosiliśmy również o błogosławieństwo ówczesnego biskupa polowego. Bardzo się ucieszył i sam zaproponował osobisty przyjazd oraz uroczyste wprowadzenie relikwii i nadania tytułu kaplicy.

Jak żyje Pan wiarą na co dzień? Dom, stanowisko, rodzina, wiele funkcji i spraw.

B. SOLECKI
Codziennie umacniam ją rachunkiem sumienia, a patrząc szerzej regularną, comiesięczną spowiedzią. Spowiadam się z dwóch rzeczy: braków wobec miłości Boga i braków wobec miłości człowieka. Ażeby to nie była abstrakcyjna miłość to znam na pamięć 13 rozdział Pierwszego Listu do Koryntian (Hymn o Miłości). I pytam się, jak wygląda moja miłość. Jak tracę cierpliwość, to grzeszę przeciwko miłości, kiedy nie jestem łagodny to zatracam miłość, kiedy zazdroszczę, to mówię „nie” miłości itd. Każde przekroczenie zasad podanych w hymnie św. Pawła jest tak naprawdę wykroczeniem, grzechem przeciwko miłości.

A jak się mają te zasady miłości w praktyce zawodowej tutaj w szpitalu?

B. SOLECKI
Ubrałem te zasady w konkretne postawy zarządzania. Zrozumiałem, że w szpitalach nie może się wytworzyć tzw. hierarchia dziobania. Jest to hierarchia oparta na socjologii zwierząt. Wyjaśnię to w najprostszy sposób. Otóż jest stado kur i kogutów. W takim stadzie szybko wytwarza się właśnie hierarchia dziobania. Jest jeden wielki kogut, który dziobie wszystkich, ale nikt go nie dziobie; jest mniejszy, który robi to samo, ale większego nie ruszy; jest następny i następny…, i jest kokoszka, która dzień w dzień jest przez wszystkich dziobana. Obserwacja zwierząt bardzo dobrze to pokazuje. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że tą kokoszką w szpitalu może być pacjent. To największe nieszczęście. On tutaj jest najsłabszy. Unikam zatem hierarchii dziobania nie dziobiąc samemu. A jak nie dziobać w praktyce? Stosując przykazanie miłości – wtedy się nie dziobie.

Szpital, którym zarządzam, ma dwa priorytety: pierwszy to ten, by każdy pacjent czuł się tu dobrze i wyjechał zdrowszy oraz drugi by nam wszystkim pracującym chciało się przychodzić do pracy. Ale to może zaistnieć tylko wtedy, kiedy usuniemy z codzienności hierarchię dziobania. A do tego potrzebna jest miłość! Ta łagodna, cierpliwa, nie szukająca siebie, nie unosząca się gniewem etc.

Kto szuka Prawdy szuka Boga mówiła Edyta Stein. To może teraz kilka zdań wokół tego tematu.

B. SOLECKI
No właśnie moja droga do Boga była przez prawdę. Zawsze szukałem sensu i prawdy. Już od liceum czytałem wiele książek. Jedna szczególnie mi zaszkodziła, wykrzywiając naukowością wszystko, co się tyczy wiary i autorytetu Pisma Świętego. Zacząłem więc szukać prawdy poprzez wiedzę, a dokładnie wiedzę medyczną. Nie ukrywam, że byłem wytrwałym poszukiwaczem. Przeczytałem tych książek faktycznie bardzo dużo. Miałem dobrą pamięć. Byłem na bieżąco. Natomiast dopiero po skończeniu studiów zrozumiałem jedną rzecz: wiedza medyczna nie operuje pojęciem prawdy tylko prawdopodobieństwa. I zrozumiałem to na prostym przykładzie. Mianowicie zajmowałem się w tym czasie specjalizacją z chorób wewnętrznych. Dokonywaliśmy wielu badań, na których opieraliśmy diagnozę. Jednym z badań przy diagnozowanej wówczas chorobie wieńcowej była próba wysiłkowa na bieżni. I tak jeśli przy pomiarze EKG u pacjenta pojawiało się niedokrwienie serca, to sądzono, że człowiek ten jest chory. Jeśli nie było niedokrwienia, traktowano go jako zdrowego. Niestety po czasie okazało się, że ta metoda stosowana według najbardziej rygorystycznych procedur jest skuteczna tylko w 85 procentach czułości i 85 procentach swoistości. Tzn. że na 100 pacjentów badanie wykaże, że 15 osób ma chorobę a są w rzeczywistości zupełnie zdrowi i podobnie, że u 15 procent nic nie wskaże na chorobę, a oni są rzeczywiście chorzy.

Wyobraźmy sobie, że przychodzi teraz do mnie, lekarza, pacjent i do której grupy mam go zaliczyć? Prawdopodobieństwo mi nie pomoże. Oczywiście mogę przeprowadzić dodatkowe badanie, ale nigdy nie będę miał stuprocentowej pewności. Lekarz stawia diagnozę, ale ma odczucie, że nigdy do końca nie jest pewny. Zresztą to dobrze, kiedy ma taką świadomość, gdyż wtedy bardziej obserwuje i zastanawia się. Gorzej jeśli ma tę stuprocentową pewność, traktując chorego pacjenta jako symulanta. To niczym u wojaka Szwejka kiedy sanitariusz melduje lekarzowi: wszystko w porządku, jedynie dwóch symulantów zmarło …

Po tych wydarzeniach zacząłem się pytać, co zatem w medycynie jest pewne? I znalazłem jedynie to, co już dawno temu Hipokrates powiedział, że przede wszystkim nie szkodzić; że leczenie nie powinno być groźniejsze od nieleczenia. Kilka zasad. Tylko one są pewne. Jedyny problem polega na tym, jak je skutecznie zastosować u danego pacjenta. Zrozumiałem wtedy, że prawdy należy szukać w ogólnych wskazaniach, a nie w szczegółowych badaniach, bo te drugie dają tylko pewne prawdopodobieństwo. Co zrobiłem? Zacząłem szukać prawdy w indyjskich wierzeniach i filozofiach. Ciągle powracało tam spojrzenie przekonujące, że człowiek to dusza, a ciało to tylko ubranie. Nawet mi to odpowiadało i na pewno jest w tym jakaś część prawdy. Co mnie jednak odstraszało to stwierdzenie, że my jako ludzie nie mamy wpływu na ilość dobra w świecie. Czyli, że istnieje pewna pula dobra i nie jesteśmy jej w stanie w żaden sposób powiększyć. To bardzo mnie dziwiło, gdyż życie pokazuje, że przecież mamy wpływ na pomnażanie dobra. W jednej kwestii to filozoficzne poszukiwanie stało się błogosławieństwem. Otóż jak uczą wierzenia indyjskie, to od najwyższej Siły wszystko zależy, również fakt, kto i gdzie się urodził. Mało tego, ten system religijny nakazuje, aby tam pozostać, przyjąć to jako przeznaczenie. Skoro sprawy mają się w ten sposób, to ja urodziłem się w rodzinie katolickiej: ojciec wierzący, matka katoliczka; na to wygląda, że pan Bóg chce, bym również i ja był katolikiem. I wtedy pojawiło się pytanie: czytasz książki z innej kultury, filozofii i religii, a czy znasz Pismo Święte? Tak zacząłem czytać Słowa Boga i tak nastąpiło olśnienie. W końcu zrozumiałem: tu jest Prawda! Czytałem głównie Nowy Testament i Pawłowe listy, ale najbardziej pociągała mnie Księga Mądrości. Może ze względu na czytane wcześniej mądrościowe księgi Dalekiego Wschodu. W Biblii jednak szczebel prawdy okazywał się o wiele głębszy. Tak zacząłem chodzić do kościoła, podjąłem regularną modlitwę, ale brakowało jeszcze spowiedzi. Ciągle ją odkładałem. Aż przyszedł ten moment. Sumując, ta droga do Prawdy była ciągłym niestrudzonym poszukiwaniem.

A jak z rekolekcjami?

B. SOLECKI
Te niezwykłe momenty zawdzięczam mojemu synowi Maćkowi. To z nim rozpocząłem przygodę w rekolekcjami ignacjańskimi. Oddając się lekturze o św. Ignacym, odkryłem w nim przede wszystkim żołnierza z krwi i kości. Od razu wiedziałem, że to będzie dla mnie, lekarza – żołnierza. Początki rekolekcyjne miały miejsce w Zakopanem potem przenieśliśmy się na Podkarpacie do Bliznego. Byłem tam urzeczony postawą sióstr: z jednej strony oddane Bogu poprzez modlitwę, a z drugiej posługujące słowem i obecnością wobec człowieka. Te rekolekcje poprzez prostotę nawracały mnie i mojego syna. Udało nam się razem przejść fundament i trzy kolejne tygodnie ćwiczeń ignacjańskich. Czwarty ostatni był w planie.

To może jeszcze kilka zdań na temat małżeństwa. O ile wiem to ekumeniczne małżeństwo?

B. SOLECKI
Małżeństwo to najlepsza szkoła miłości. Nawet chyba lepsza niż klasztory. Jesteśmy ze sobą 24 godziny na dobę. Ślub był w Kościele Prawosławnym. Mieliśmy wieńce na głowach przy zaślubinach.

Dochodzimy do sprawy Maćka – pańskiego Syna. Temat bardzo szeroki i piękny.

B. SOLECKI
Zacznę, że narodziny syna wniosły w moje życie wiele radości i ta radość trwała bardzo długo. Moja żona włożyła wiele trudu w wychowanie syna, nawet zrezygnowała z obiecującej pracy. Ja sam również mnóstwo czasu poświęcałem Maćkowi. W wielu sprawach byliśmy podobni do siebie i rozumieliśmy się bardzo dobrze. Nawet zachęcałem go, by jak ja studiował medycynę. Ale on poszedł bardziej w kierunku duszy, serca i zdecydował się na psychologię. To był moment, kiedy na te studia było bardzo ciężko się dostać. Jemu się udało. Po dwóch latach rozpoczął drugi kierunek, tym razem filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zacząłem się trochę obawiać o syna. Bałem się, by nie zakwestionował wszystkiego rozumem. Był ambitny i szukał prawdy jak ja wcześniej. Z czasem zainteresował się również filozofią Dalekiego Wschodu, głównie kierunkiem Zen. Rekolekcje ignacjańskie, które pojawiły się opatrznościowo w tym samym czasie utrzymywały go jednak na właściwym kierunku ewangelicznej Prawdy. Wręcz na pierwszych rekolekcjach wykrzyczał niczym św. Paweł: „Eureka” – znalazłem Prawdę.

Wiem, że Maciek był rasowym pielgrzymem.

B. SOLECKI
Tak! Odbył dwie poważne piesze pielgrzymki. Pierwszą związał z Hiszpanią i sanktuarium św. Jakuba w Santiago. Nawet miał pomysł, aby ciągle wędrować na tych jakubowych trasach, spotykać ludzi i mówić o Bogu, szczególnie tym idącym w celach turystyczno-krajoznawczych. Na szlaku duch prostoty spotykania ludzi w ich biedach daje wiele otwartych furtek na przybliżanie Ewangelii. Miał wtedy 20 lat… Druga pielgrzymka zaprowadziła go na Grabarkę przez sanktuarium Matki Bożej w Leśnej. To były nieprzetarte szlaki. Miał tylko pismo od naszego proboszcza z określeniem statusu wierzącego pielgrzyma. Niósł ze sobą wszystko. Schronienia na noc szukał w różnych miejscach.

Maciek w swoim życiu miał różne momenty, które ostatecznie w sylwestrową noc z roku 2015 na 2016 zaowocowały zawierzeniem się Bogu – Jezusowi Miłosiernemu. To zawierzenie miało wielki wpływ na jego dalsze życie. Nawet zacząłem się obawiać, by nie popadł w przesadę.

Były zatem rekolekcje, były pielgrzymki, było codzienne skrupulatne poszukiwanie Boga – Prawdy. Było zaufanie. A Święci Karmelu: czy byli obecni w życiu Maćka

B. SOLECKI
Dla Maćka wyjątkową postacią był św. Jan od Krzyża. Czytał go. Kupował co rusz nowe książki. Sięgał do Tomasza Mertona. Ostatnim odkryciem syna była Edyta Stein.

Ostatnim, to znaczy? Maciek odszedł … jak Pan to przeżył?

B. SOLECKI
Z perspektywy czasu takiego przejścia na tamten świat można w jakimś sensie tylko pozazdrościć. Radosny biegł do pracy. Miał mieć wyjątkowe spotkanie. Sekunda… wpadł pod tramwaj… i znalazł się po tamtej stronie.

Czy Maciek był gotowy na to przejście?

B. SOLECKI
Pan Bóg tak nami kierował, że wszystkich nas przygotował do tego wydarzenia. Półtora miesiąca przed śmiercią Maciek pojechał z siostrą na Roztocze. Dodam pierwszy raz w życiu. To był pewien rodzaj pożegnania. Na dziesięć dni przed śmiercią przyjechał do domu. Była wielka radość i serce żony włożone w przygotowanie jak zwykle wyśmienitego posiłku. Syn zawsze doceniał wysiłki kulinarne żony, powtarzając, że nawet w najlepszych restauracjach nie je się tak dobrze jak w domu. A żona ciągle szukała nowych przepisów, wkładając w nie przede wszystkim swe serce. W niedzielę razem poszliśmy na Mszę św. o godzinie 12. Maciek wstał i poszedł do spowiedzi. Wiem również, że przed wypadkiem wyspowiadał się jeszcze raz u swojego kierownika duchowego, zresztą też karmelity jak Ojciec. W jego życiu było widać niezwykle udzielające się na zewnątrz zawierzenie Bogu. Nawet się trochę bałem, by ta jego bezgraniczna ufność nie poszła w kierunku kwietyzmu.

A pragnienie oglądania Boga?

B. SOLECKI
Potwierdził to dobitnie wobec kolegi jeszcze z czasów liceum. Spotkał się z nim parę dni przed końcem i powiedział: Kuba, jak to byłoby wspaniale tak Boga zobaczyć twarzą w twarz i porozmawiać. Potem już po śmierci, Kuba pomagał nam porządkować mieszkanie Maćka. Jako pośmiertny prezent po synu wziął sobie prosty różaniec. Maciek był chrzestnym syna Kuby. Zostawił dla swego chrześniaka list, który ten ma przeczytać gdy skończy 18 lat.

A moment śmierci, czy dał się odczuć tak bezpośrednio?

B. SOLECKI
Modliłem się koronką do Miłosierdzia Bożego. Niczego jeszcze nie wiedziałem. Odczułem rodzaj ciepła i jakby iskry przechodzącej przez palce. Potraktowałem to jako umocnienie ze strony Boga, aby całą tę sytuację przyjąć ze spokojem. I ten pokój serca miałem… to była wielka łaska. Cały świat wokół mnie płakał. Pamiętam, miałem właśnie jechać do Krakowa w celu odbycia całej procedury przy otrzymaniu aktu zgonu. Przed wyjazdem poszedłem rano na Mszę. Wszyscy kapłani i obecny również w szpitalu biskup odprawiali Eucharystię za Maćka. Zebrany wokół mnie świat w postaci ludzi nie wiedział jak reagować. Kapłani również nie wiedzieli. Co zrobiłem? Poszedłem do zakrystii podziękować za tę Mszę. I powiedziałem tak z głębi serca: „Najwyższy wie, co robi … my nie wiemy… On wie co robi…”. Miałem to wewnętrzne przekonanie i mam je aż do te pory. Nie miałem nawet najmniejszej pretensji do Pana Bóg, że tak się stało, a nie inaczej. Maciek miał skończyć 32 rok życia.

Czego Pan jako Ojciec nauczył się od swojego syna?

B. SOLECKI
Nauczyłem się od niego szerokiego spojrzenia. Zawsze miałem tendencje do nadmiernego kładzenia nacisku na stronę formalną, a mniej na tę stronę miłości. Porządek jest potrzebny, by walczyć z chaosem i zachowywać regulamin, ale wtedy naszym życiem często nie rządzi miłość tylko lęk.

Maciek pokazał mi również, że zaufania nie można mylić z kwietyzmem, lenistwem czy jakąś formą bezradności. W każdym z nas jest ten leń, który chce wszystkiego bez trudu, a którego trzeba gonić do roboty.

A okazywanie sobie wrażliwości?

B. SOLECKI
Dużo dyskutowaliśmy. Dużo mu prostowałem. Czasami nie umiał realnie patrzeć na świat. By coś zmienić trzeba najpierw widzieć, jak realnie jest. Z synem opracowaliśmy najprostszą definicję prawdy: to zgodność naszych sądów z rzeczywistością; nie tak jak nam się wydaje, jak myślimy, ale jak jest. Kiedy nie widzimy, jak jest realnie, to popełnimy błędy. A realnie jest tak, że Pan Bóg musi być na pierwszym miejscu. On jest gwarantem dalszego dobrego widzenia. To dowódca ma być na pierwszym miejscu. Zasada ta obowiązuje mnie jak w wojsku wobec Boga mojego Dowódcy.

Kiedyś urzekło mnie jedno z Pańskich stwierdzeń, które padło podczas badań lekarskich. Proszę je powtórzyć.

B. SOLECKI
Trzeba pukać do dobrych stron człowieka. Trzeba szukać dobrych stron człowieka. Czasami trudno je znaleźć, ale wkładając wysiłek, zawsze się znajdzie tę lepszą stronę. A jak to pięknie działa, kiedy mu się jeszcze ją pokaże. Bo jeśli ktoś ma tę złą stronę jedynie widoczną, to wszyscy widząc ją wyraźnie, bezustannie ją atakują. Kiedy jednak pokażę mu się tę dobrą stronę, to na naszych oczach zaczynają dosłownie dziać się cuda. On sam jest zdumiony, gdyż wcześniej widział tylko tę złą stronę, którą mu inni jeszcze bardziej wmawiali. Przykład. Przychodzi do mnie bardzo nabuzowana kobieta i zaczyna stwierdzeniem: „Według mnie wszyscy lekarze to konowały”. Początkowo zdziwiłem się, że przychodzi z prośbą o pomoc lekarską i zaczyna takim obraźliwym stwierdzeniem. Udałem jednak, że tego nie słyszałem. Bardzo skrupulatnie ją przebadałem, przeprowadzając porządny wywiad. Wyjątkowo grzecznie przekazałem informacje, poświęcając jej nawet więcej czasu niż zazwyczaj i na koniec zleciłem zabiegi. Była bardzo zdziwiona tą reakcją. Pewnie spodziewała się czegoś innego. Wróciła po jakimś czasie, okazując przeogromną wdzięczność. W rozmowie wyszło, że wcześniej postrzegała lekarzy poprzez stwierdzenie „konował”, które wyrażała na powitanie. Lekarze reagowali na jej negatywne podejście również negatywnie, utwierdzając ją w tym negatywnym spojrzeniu na służbę medyczną. Obrażała innych, a inni ją obrażali. Lekceważyła lekarzy, a oni ją lekceważyli. Aż tu nagle wszystko się zmieniło. Ktoś potraktował ją inaczej. Nabuzowana kobieta stała się życzliwą uśmiechniętą i wdzięczną pacjentką. Czasami wystarczy przerwać ten łańcuch zła. Zapukać do lepszej strony człowieka.

Bardzo dziękuję za rozmowę, fachowe lekarskie wsparcie i rodzinną atmosferę szpitala.

Rozmawiał o. Mariusz Wójtowicz OCD