Życie św. Teresy od Jezusa

Miłość Teresy do swych córek i synów w Zakonie



Wspomniany wyżej rok 1575 wcale nie zakończył fundacyjnych trudów wielkiej Matki Karmelu. Przeciwnie! Spotęgował je, przymnażając trosk o utrzymanie dzieła w walce z Karmelem dawnym. Ta ciemna karta w historii Zakonu zamieniła się w jasną w dziejach naszej Świętej, dzięki jej umiejętności przemiany wszelkiego cierpienia w większą miłość i większe zawierzenie Bogu. Po założeniu klasztoru w Sewilli w 1575 roku, w sam Nowy Rok 1576 Teresa zakłada następny w Caravaca, później w Villanueva, a w roku 1580 w Palencji; kolejny powstaje rok później w Soria, wreszcie ostatni w 1582 roku w Burgos, kilka miesięcy przed śmiercią Założycielki. Każdy nowy „gołębnik Najświętszej Maryi Panny” – jak nazywała swe żeńskie klasztory – pomnażał jej radość, wdzięczność dla Boga i nadzieję przyjścia z pomocą rozdartemu wojnami światu. Nic się jednak nie równało z radością Matki Fundatorki wywołaną powstaniem pierwszego Karmelu męskiego, jej umiłowanej i ocierpianej Reformy. Pisze:

Szczęśliwe powstanie tego klasztoru ojców było – rozumiałam to dobrze – łaską bez porównania większą, niż wszystkie fundacje domów żeńskich, których mi Pan dozwolił dokonać” (Księga fundacji, 14, 12). Otrzymała więc upragnionych spowiedników i kierowników duchowych dla swych sióstr, które zwała duchowymi córkami. Karmelici – mocą swej władzy kapłańskiej – mieli je prowadzić do Boga według ideału i charyzmatu zrodzonego w jej sercu z Bożego miłosierdzia. Nie wiadomo, czy bez nich jej dzieło, zwane później reformą terezjańską, przetrwałoby duchowe i dziejowe burze, jakie w ciągu wieków stały się udziałem jej wielkiej „rodziny”.

Teresa na równi z „córkami”, a może i więcej, kochała swych „synów”, o czym świadczą jej listy. Kochała mądrze, po Bożemu i dla Boga, dlatego nie oszczędzała ani jednych, ani drugich, gdy nie służyli Mu całym sercem. Była to troska serca matki, która widząc, jak wzrasta dzieło jej życia, pragnęła, by całe było oddane Bogu i Kościołowi. Szczególnym uczuciem – z czym się nie kryła – darzyła Jana od Krzyża i Graciána, w zakonie o. Hieronima od Matki Bożej. O swym pierwszym spotkaniu z tym ostatnim pisze:

Jedno spojrzenie wystarczyło, by rozeznać, że Pan w tym człowieku zesłał nam pomoc, której potrzebowałam w moim stanie wyczerpania. Dlatego w tych dniach byłam tak bezgranicznie szczęśliwa, […] że rada bym niczego innego nie czynić, jak tylko nieprzerwanie dziękować naszemu Panu” (Księga fundacji, 24, 2). I później, z perspektywy minionych dokonań: „Wyznaję bez przesady: były to najszczęśliwsze dni mojego życia”. Radość ze spotkania stała się obopólna. Samotny wewnętrznie Gracián (młodszy od Teresy o 30 lat) otwarł przed nią serce, ujęty jej duchowym doświadczeniem oraz dojrzałą macierzyńskością. Uzupełniali się wzajemnie: on widział w niej piękność i młodość ducha, ona w nim dojrzałość mimo młodego wieku. Ich głębokie, osobowe spotkanie łączy nade wszystko miłość do Boga i do zakonu. Teresa, zjednoczona z Bogiem w mistycznej unii, o bezgranicznej zdolności kochania i wielkiej, kobiecej wrażliwości, dawała pierwszeństwo temu, co ludzkie, przed tym, co rzeczowe. Gracián traktował sprawy rzeczowo „a w tym, co dotyczy zakonu – po męsku i „zawodowo”. Później życie nie oszczędzi im konfliktów, ale na początku obydwoje przeżywają wielką radość ze wzajemnego zrozumienia. Mimo emocjonalnego uniesienia w stosunku do Graciána i uważania go za „syna”, Teresa potrafi w nim widzieć swego przełożonego oraz ojca i kierownika duchowego, choć w ich przypadku – kierujący jest równocześnie kierowanym.

W tym samym niemal czasie, wielkim – bodaj największym – pomocnikiem w dziele Teresy jest o. Jan od Krzyża, zakonnik niepozorny wzrostem, wątły i ukryty, ale potężny duchem. Teresa czciła go i podziwiała. Jan najlepiej rozumiał charyzmat terezjański i ukształtował go duchowo, dlatego gdy mowa o Reformie, zwykło się dodawać: Joanne adiutore – z pomocą Jana. Bez niego nie dokonałaby tego, co zrobiła dla Kościoła. Dzięki jego moralnemu autorytetowi zdobyła – w czasach, gdy kobieta nie mogła sprawować żadnych funkcji prawnych w zakonie – także autorytet prawny. Jan był pierwszym przy zakładaniu w Duruelo męskiego Karmelu, choć przeorem został starszy wiekiem i stażem zakonnym o. Antoni od Jezusa. Teresa ceniła mądrość Jana, zwała go swym „małym Seneką”, ale nie jego widziała pierwszym prowincjałem Reformy, lecz właśnie Graciána, mimo iż jednocześnie przyznawała, że Jan najbardziej ze wszystkich był jej oddany i najwięcej przysłużył się dziełu. Jana czciła, ale wolała mieć przy sobie Graciána, bo będąc posłuszną jego córką, mogła być jednocześnie troskliwą o niego matką, co wobec Jana było nie do pomyślenia. W przyjaźni z Graciánem – według opinii o. Otgera Stegginka – Teresa integrowała swoją kobiecość, ukazując, że „w nadprzyrodzonej miłości do Boga i człowieka nie tylko zostają zachowane psychologiczne struktury ludzkich postaw, ale dopiero w niej osiągają pełny rozwój„.

Można by dużo mówić o przyjaźniach Teresy z siostrami. Nie ukrywała, że z nominowanych przez siebie przeorysz, wyróżniała szczególnie Marię od św. Józefa i do niej najczęściej kierowała swoje listy, dzieląc się spostrzeżeniami odnośnie do karmelitańskiego ideału i własnymi przeżyciami. Jej też właśnie napisała, że nie ścierpi żadnej niedoskonałości u tych, których kocha; a im goręcej kocha, tym gorzej znosi ich najmniejsze błędy. Mamy tego dowód odnośnie do „wielkiej” Anny od Jezusa, która po śmierci Teresy przejęła jej dzieło. Właściwie Matka Fundatorka od początku do tego ją przygotowywała. Nazywała ją swą „córką i koroną” oraz „kolumną (porównanie zaczerpnięte ze świetlnego obłoku, gdy Izrael wędrował przez pustynię), która prowadzi, oświeca i chroni”. Jej przekazała fundację Karmelu w Grenadzie wespół z ojcem Janem od Krzyża, gdyż sama planowała w tymże czasie założyć wraz z ojcem Graciánem klasztor w Burgos. Gdy jednak Anna poczynała sobie zbyt samowolnie, Matka wpadła w święty gniew. Wyrzucając jej niezależność, uparte forsowanie własnych sądów i upodobań, nazywa ją w nagłówku „niesfornym stworzeniem” i każe jej swój ostry list dać do przeczytania zarówno podprzeoryszy, jak i ojcu Janowi od Krzyża. Anna była mimo wszystko pokorna, gdyż nie tylko naganę ujawniła, ale list pieczołowicie przechowała.

Głosy Teresy i Jana do końca zawsze współbrzmiały, oboje bowiem osiągnęli wolność serca, którego celem była miłość, a drogą – wyrzeczenie. Oboje też dogłębnie doświadczyli, że wszystko, co Bogu oddali, już w tym życiu otrzymali z powrotem, jako stokrotnie pomnożone dobro duchowe. Miłość Jezusa jest zbawcza, więc żadne z nich nie chciało żyć tylko dla siebie, ale współuczestniczyć w zbawczej miłości Boga.