Walka duchowa. Filary świątyni serca

Filar ewangelicznego cierpienia (cd.)



Konferencja druga

Za pełną radość poczytujcie to sobie, bracia moi, ilekroć spadają na was różne doświadczenia. Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość (Jk 1, 2).

W życiowej wędrówce napotkasz dwa rodzaje cierpienia. Jedno z nich można nazwać „słusznym”, jak wyraził się Dobry Łotr na krzyżu: „odbieramy słuszną karę za nasze uczynki” (Łk 23, 41). Jest ono owocem popełnionych grzechów. Drugie to cierpienie niezawinione, które w tajemniczy sposób pojawia się na ludzkich drogach. Przyjrzyjmy się tym dwóm rodzajom cierpienia i zapytajmy, jak je przeżywać, by nie ulec rezygnacji czy pokusie buntu.

Współpracując z różnymi formami zła, człowiek ściąga na siebie konsekwencje swych wyborów. Jako rezultat popełnionych grzechów pojawia się cierpienie. Może ono istnieć przez krótki czas. Oto powiedziałeś komuś parę nierozważnych zdań. Czując z tego powodu wyrzut sumienia, przepraszasz, a jeśli jest to konieczne, w jakiś sposób wynagradzasz i do serca powraca pokój. Cierpienie może jednak trwać długo, nieraz do końca życia, chociaż za grzech żałowaliśmy i przez Boga został nam wybaczony. Dotyczy to zwłaszcza konsekwencji grzechów ciężkich. Bolesna pamięć o śmierci niewinnego człowieka, rezultat jazdy samochodem pod wpływem alkoholu; nieustannie powracający i złączony z moralnym cierpieniem wyrzut sumienia u kobiet, które godząc się na aborcję, zabiły własne dziecko; bolesne umieranie na AIDS, owoc swobody seksualnej lub decyzji sięgania po narkotyki – oto przykłady cierpień, których konsekwencje idą za kimś krok w krok. To nie Bóg jest ich autorem. On ich nie chce. Nie wolno nam takich cierpień uświęcać, twierdząc, że Bóg je zesłał. Uczciwie rzecz biorąc, jak mówi przysłowie, pijesz piwo, którego nawarzyłeś.

Grzechy szczególnie ciężkie zadają sercu głębokie rany, których gojenie się trwa nieraz bardzo długo. Takie cierpienie Bóg włącza w swoje tajemnicze plany, bo chociaż nie jest jego autorem, to jednak szanuje wolność naszych wyborów i ich konsekwencje.

Przy jednej z dróg tuż przy wjeździe do Krakowa można zobaczyć niewielki, biały krzyż przybity do drzewa, a na nim wymalowane czarną farbą zdanie: Bóg tak chciał. W tym miejscu zdarzył się tragiczny wypadek. Nieostrożna jazda kierowcy doprowadziła do czyjejś śmierci. Czy zdanie na krzyżu jest rzeczywiście do końca uczciwe? Czy naprawdę Bóg chciał, by zginął tam człowiek? Często przypisujemy Mu winę za cierpienie, którego sprawcą jesteśmy my sami.

Czy jest szansa, że również z takiego cierpienia może zostać wyprowadzony jakiś sens? Jezus odpowiada wyraźnie, że tak. Ono również może stać się drogą zbawienia. Jesteś wówczas wezwany do przeżywania go w duchu wynagrodzenia. Jezus nie odmawia też łaski zasługiwania, gdy ktoś cierpi w sposób zawiniony, pod warunkiem że to cierpienie zaakceptuje, zawierzy Jemu i będzie je nieś z cierpliwością.

Kościół obchodzi 26 marca wspomnienie świętego Dobrego Łotra. Wprowadzenie do liturgii tego wspomnienia z Mszału Rzymskiego mówi nam, że ów człowiek piękną postawą wysłużył sobie łaskę natychmiastowego zbawienia. Nie brał udziału w naigrywaniu się z Jezusa, zganił drugiego łotra, ale przede wszystkim wzbudził w swoim sercu godny naśladowania akt pokory: „Boże, wiem, że słusznie cierpię. To, co mi się przydarzyło, jest konsekwencją mojego postępowania, uznaję to całym sercem i przyjmuję cierpienie tej śmierci z poddaniem się Twoim wyrokom. Chcę tym cierpieniem wynagrodzić popełnione zło i uzyskać Twoje przebaczenie”. Czy w ostatnich chwilach życia snuł takie właśnie refleksje? – tego nie wiemy. Na pewno były jednak w tym duchu. Dobry Łotr jest przykładem, jak podchodzić do zawinionego cierpienia i czynić je drogą uświęcenia. Jednak nie zawsze tak jest.

Ktoś może uznać swój grzech i konsekwencje, jakie on przynosi, za bohaterstwo, za powód do pysznego chlubienia się. Ze złego postępowania może chcieć zrobić czyn bohaterski. Butną pychą zamyka sobie wówczas drogę wiodącą do przebaczenia.

Ktoś inny pod wpływem zawinionego cierpienia może wyznać Bogu grzech, który to cierpienie spowodował, a mimo to zamknąć się na doświadczenie wzrostu. Ma to miejsce wówczas, gdy nie chce przebaczyć sobie, chociaż przebaczył mu Bóg. Wciąż sobie powtarza: „To nigdy nie powinno było mi się zdarzyć!”, „Jak mogłem popełnić takie zło?”. Mogłeś i popełniłeś, bo człowiek jest zdolny popełnić najgorsze okrucieństwa. Nawet największy święty nie może być pewny, że jutro nie zgrzeszy, że nie upadnie. Jakże trudne są spowiedzi osób, które nie chcą przebaczyć sobie popełnionego zła, bo nie pozwala im na to zraniona pycha, źle pojęta pokora lub brak ufności w miłosierdzie Ojca.

Można wreszcie wobec zawinionego cierpienia przyjąć postawę Dobrego Łotra. Tylko ta droga wiedzie do wewnętrznego wyzwolenia i pokoju. Stoi więc przed tobą zadanie rozeznawania stanu swego sumienia. Pytaj siebie o swój sposób myślenia, działania, reagowania. Badaj swe wnętrze, czy nie ma w nim pychy, kompleksów niższości, nieuzasadnionych lęków, rozżalenia wobec bliźnich, życiowej lekkomyślności. Takie postawy zawsze będą rodzić grzech, a w dalszej konsekwencji różnego rodzaju cierpienie. Z takich grzechów trzeba nawracać się każdego dnia.

O ile doświadczając cierpienia zawinionego, łatwiej jest nam je zrozumieć i zaakceptować, o tyle w konfrontacji z cierpieniem niezawinionym zawodzi wszelka doczesna mądrość. Tymczasem dziwnym Bożym paradoksem właśnie takie cierpienie Jezus proponuje duszom jako swój największy skarb, ucząc je trudnej sztuki wyzbywania się ludzkiej logiki i jednoczenia się z Jego krzyżem, który podjął dobrowolnie jako cierpienie niezawinione.

W pierwszej chwili takie cierpienie powoduje wstrząs i rodzi bunt. Nie powinno cię to dziwić ani gorszyć, ponieważ żadna forma cierpienia nie jest naszym przeznaczeniem. Ważne jest, co zrobisz z tym pierwszym odruchem: pójdziesz za nim czy przeciwstawisz się mu, podejmując wysiłek jednoczenia się z Jezusem i poszukiwania u Niego nadprzyrodzonego sensu cierpienia.

Z chwilą gdy Jezus wziął dobrowolnie belkę swego krzyża i pozwolił się do niej przybić – świadectwa niektórych mistyków mówią, że ucałował ją – każdy najdrobniejszy nawet krzyż czy choćby szlachetne zmęczenie stało się zaszczytem. To, że cierpienie może być zaszczytem, pojmie jedynie ten, kto wyzbywa się ludzkiej mądrości w spotkaniu z niezawinionym cierpieniem i kto całkowicie jednoczy swój krzyż z krzyżem Chrystusa. Takich ludzi święta Teresa z Avila porównuje do chorążych: „Wiadomo wam – wyjaśnia – że w bitwie chorąży na większe niż inni wystawiony jest niebezpieczeństwo. Choć bowiem sam nie walczy, to jednak trzyma chorągiew i wypuszczać mu jej z ręki nie wolno. Tak podobnie dusze… mają trzymać wzniesioną chorągiew pokory, mają znosić wszystkie ciosy, jakie na nich spadną, a same nie ranić nikogo, bo ich zadaniem jest cierpieć, tak jak cierpiał Chrystus, i trzymać wysoko wzniesiony krzyż, nigdy, w żadnym niebezpieczeństwie z rąk go nie wypuszczając”.

Jednoczyć swój krzyż z krzyżem Jezusa, to jedyny klucz do tajemnicy cierpienia niezawinionego. Tutaj nie ma miejsca na analizowanie: po co? dlaczego ja? czemu teraz? Jest tutaj miejsce jedynie na zawierzanie. Posłuchaj, jaką modlitwę o krzyżu zanosi do Boga święta Faustyna: „Jezu, dziękuję ci za codzienne drobne krzyżyki, za przeciwności w moich zamiarach, za trud życia wspólnego, za złe tłumaczenie intencji, za poniżanie przez innych, za cierpkie obchodzenie się z nami, za posądzenia niewinne, za słabe zdrowie i wyczerpane siły, za zaparcie się własnej woli, za wyniszczenie swego ja, za nieuznanie w niczym, za pokrzyżowanie wszystkich planów. Dziękuję ci, Jezu, za cierpienia wewnętrzne, za oschłości ducha, za trwogi, lęki i niepewności, za ciemność i gęsty mrok wewnętrzny, za pokusy i różne doświadczenia, za udręki, które wypowiedzieć trudno, a zwłaszcza za te, w których nas nikt nie zrozumie, za godzinę śmierci, za ciężkość walki w niej, za całą jej gorycz. Dziękuję ci, Jezu, któryś wpierw wypił ten kielich goryczy, nim mnie, złagodzony, podałeś”.

Zwróć uwagę na ostatnie zdanie modlitwy: „Dziękuję ci, Jezu, któryś wpierw wypił ten kielich goryczy, nim mnie, złagodzony, podałeś”. Człowiek może zdobyć się na bohaterstwo dziękowania za różne formy niezawinionego cierpienia tylko wtedy, gdy będzie miał świadomość, że przed nim był Ktoś, kto ludzki kielich goryczy wypił do dna, a nam podał jedynie jego złagodzoną zawartość. Świadomość, że codzienny krzyż wrośnięty jest w krzyż Jezusa, rodzi prawdziwych bohaterów cierpienia.

Chociaż obecność cierpienia na świecie jest wielką tajemnicą, której w tym życiu nie możemy w pełni poznać, to jednak Jezus chce, byśmy poszukiwali odpowiedzi na pytania o jego wartość.

Niezawinione cierpienie łączy się z tajemnicą twego oczyszczenia i wzrastania. Gdyby młoda sadzonka szlachetnej jabłoni mogła mówić, powiedziałaby zapewne o cierpieniu, jakie sprawia jej obcinanie przez ogrodnika dzikich pędów, wyrastających na niej każdego roku. Ale to właśnie dzięki temu zabiegowi nie staje się dzikim, nieprzydatny krzewem o cierpkich owocach, lecz wydaje owoce szlachetne i dobre. Gdy jednoczysz swoje cierpienie z krzyżem Jezusa, jest ono jak troskliwa pielęgnacja drzewa twego wewnętrznego życia.

Niezawinione cierpienie łączy się z tajemnicą czasu twego uświęcenia i z tajemnicą drogi, która w sposób pewny, bez niepotrzebnego kluczenia, prowadzi cię do nieba. Taką rolę krzyża ilustruje pewien obraz, który święta Faustyna zobaczyła podczas modlitwy. Przemyśl go dobrze. „W pewnej chwili ujrzałam cały tłum ludzi w naszej kaplicy i przed kaplicą, i na ulicy, bo się pomieścić nie mogli. Wszyscy oczekiwali osoby, która miała zająć miejsce w ołtarzu. Naraz usłyszałam głos, że ja mam zająć miejsce w ołtarzu. Ale jak tylko wyszłam z mieszkania, czyli z korytarza, ażeby przejść przez dziedziniec i pójść do kaplicy za głosem, który mnie wzywał – a tu wszyscy ludzie zaczynają we mnie rzucać, czym kto może: błotem, kamieniami, piaskiem, miotłami, tak że w pierwszej chwili zachwiałam się, czy iść dalej, a jednak ten głos wzywał mnie jeszcze silniej i pomimo wszystkiego zaczęłam iść odważnie. Kiedy weszłam w próg kaplicy, zaczęli uderzać we mnie i przełożeni, i siostry, i wychowanki, a nawet rodzice, czym kto mógł, tak że, czy chciałam, czy nie, prędziutko musiałam wstępować w miejsce przeznaczone w ołtarzu. Jak tylko zajęłam miejsce przeznaczone, zaraz ten sam lud i wychowanki, i siostry, i przełożeni, i rodzice, wszyscy zaczęli wyciągać swe ręce i prosić o łaski, a ja nie miałam im tego za złe, że we mnie tak rzucali tymi rozmaitościami, i właśnie dziwnie czułam szczególniejszą miłość dla tych osób, które mnie przymusiły do szybszego wstąpienia w miejsce przeznaczone”. Cierpienie, które dopuszcza w twoim życiu Jezus, gdy jest przez ciebie przyjęte i w cierpliwości znoszone, skraca czas dojrzewania do świętości. Sprawia, że szybciej wstępujesz w miejsce tobie przeznaczone.

Niezawinione cierpienie łączy się z tajemnicą czyśćca. Do nieba nie można wejść z jakąkolwiek moralną skazą czy brudem. Ojciec odpuszcza grzechy, gdy o to prosisz, lecz pozostaje ci zadanie wynagrodzenia zła i jego konsekwencji. Jeśli tego nie uczynisz na ziemi, będziesz musiał dopełnić to zadanie w czyśćcu. Niezawinione cierpienie jest wielką łaską, gdyż każdy z nas ma go w życiu dokładnie tyle, ile potrzeba, by oddać ostatni grosz i przejść po śmierci prosto do nieba. Cierpiąc ochotnie na ziemi, możesz jednocześnie zasługiwać, czyli pomnażać swoją przyszłą chwałę i szczęście. W czyśćcu nie ma już zasługiwania. Jest tylko bolesne i znacznie trudniejsze wypłacanie się Bożej sprawiedliwości.

Niezawinione cierpienie łączy się wreszcie z tajemnicą zbawienia innych ludzi. „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nie umiera dla siebie” – poucza nas święty Paweł (Rz 14, 7). Stoi więc przed tobą zadanie składania Jezusowi ofiary cierpienia w tak przecież licznych duchowych i materialnych ludzkich potrzebach.

Cierpienie to wielka sprawa, to rzecz święta. Świetlany znak Chrystusowego krzyża, rozpostarty na niebie, zamknie kiedyś historię ludzkości. Będzie znakiem ufności i nadziei dla wszystkich tych, którzy złączyli swoje cierpienia z cierpieniami Zbawiciela, niosąc je w cichości i pokorze.