Tajemnicze drogi Bożej miłości

 Świadectwo nawrócenia siostry Marii Róży od Jezusa karmelitanki bosej

„Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi. Wezwałem cię po imieniu: moim jesteś” (Iz 55, 8-9; 43, 1b).

Gdy spojrzę ma minione siedemdziesiąt lat mego życia i tajemnicze drogi, którymi mnie Bóg prowadził, prawdziwie mogę zaświadczyć, że Jego drogi i myśli są ponad tym wszystkim, co możemy pojąć. Bóg jest tajemnicą; stworzył nas na swoje podobieństwo i całe nasze życie zanurzone jest w Jego tajemnicy. W niej prowadzi nas swymi drogami i poprzez swoje myśli oczyszczając i uświęcając, aż w końcu przemieni nas na swoje „podobieństwo”.

Urodziłam się Kairze, jako jedyne dziecko ortodoksyjnych żydowskich rodziców. Mój ojciec zmarł, gdy byłam jeszcze bardzo mała, więc trud wychowania mnie na praktykującą Żydówkę podjęła mama wraz z dziadkami. W domu posługiwaliśmy się językiem yiddish, praktykując wszystkie zwyczaje naszej wiary. Ponieważ w pobliżu naszego miejsca zamieszkania nie było żydowskiej szkoły posłano mnie do klasztoru Sióstr Dobrego Pasterza, gdyż edukacja stała tam na wysokim poziomie. Jako Żydówka byłam zwolniona z nauki Katechizmu, ale zobowiązana do studiowania Nowego Testamentu, który należał do szkolnego curriculem. Pamiętam towarzyszącą mi złość z powodu konieczności nauki Nowego Testamentu i ciągłe sprzeczanie się na lekcjach. Na złość siostrom uczyłam się przypowieści ewangelicznych na pamięć. Zadziwiające, ale na końcowym egzaminie otrzymałam najwyższą ocenę, zyskując 90 punktów na 100 możliwych.

Na latach mojego dzieciństwa i młodości odcisnęły się lęki i trwogi II Wojny Światowej. Docierały do nas wieści o torturach i horrorze Holokaustu. Najbardziej dramatycznym czasem mojego życia był dzień 1 lipca 1942 roku. Odcisnął się on na stałe w mojej pamięci. Byłam wtedy trzynastoletnim dzieckiem mieszkający w Kairze i również stanęłam w obliczu Holokaustu. Naziści bardzo szybko posuwali się na frontach Bliskiego Wschodu docierając do granicy Egiptu. Rozeszła się wieść, że za jakieś 20 minut przekroczą granicę w El-Alamein i wejdą do Aleksandrii. Oprócz czekającego nas Holokaustu Hitler zyskałby dużą siłę przejmując kontrolę nad licznymi w tym regionie rafineriami.

Żydowski rabbi polecił wszystkim mieszkającym w okolicy Żydom podjąć post Yom Kippur. Wszyscy pościliśmy; następnie czekaliśmy… czekaliśmy… Temu czekaniu towarzyszyło przytłaczające milczenie. Wyczekiwaliśmy i nic się nie działo. Nie docierały do nas żadne wiadomości i nikt nie wiedział, dlaczego Naziści nie przekroczyli granicy. Po sześciu tygodniach, w połowie sierpnia, dowiedzieliśmy się, że Alianci odepchnęli Niemców. Na początku z wielkim trudem. Rozpoczęła się ofensywa.

Często zastanawiałam się nad tym, dlaczego Naziści będąc przy samej granicy, nie przekroczyli jej. Zaledwie kilka miesięcy temu uświadomiłam sobie, że w czasie od 1 lipca do połowy sierpnia 1942 roku, św. Teresa Benedykt od Krzyża została zagazowana w Auschwitz 9 sierpnia 1942 roku. Jej ofiara została przyjęta przez Pana ratując tysiące z nas i przynosząc nam wolność. To są jej słowa:

„Mam przed oczami królową Esterę, Żydówkę, która wstawiała się u króla za swoim ludem. Jestem biedną, bezsilną i małą Esterą, ale Król, który mnie wybrał jest nieskończenie wilki i miłosierny. Powiedziałam Panu, że wiem, iż to Jego Krzyż został złożony na barki Żydów. Większość z nich nie rozumie tego, lecz ci, którzy zrozumieli powinni zaakceptować go dobrowolnie w imieniu pozostałych. Powiedziałam Mu, że tego właśnie pragnę. Jestem pewna, że zostałam wysłuchana, chociaż nie wiem, czego ten Krzyż będzie ode mnie wymagał”.

W tamtym czasie również tego nie rozumiałam, a owe lata były dla mnie wielką duchową ciemnością. Z powodu traumy i okrucieństw związanych z II Wojną Światową zadawałam sobie pytania: Jakie znaczenie ma życie? Jakie jest znaczenie tych wszystkich cierpień? Dokąd to wszystko prowadzi? Czy w tym życiu możemy być szczęśliwi i doświadczać pokoju? Moja babcia miała szczere nabożeństwo do tajemnicy Mesjasza. Każdego roku pościła jeden dzień, siedząc na podłodze w pozycji Shiva, opłakując zniszczenie Świątyni i prosząc o przyjście Mesjasza. Dla mnie jednak wszystko było duchową ciemnością. Wszystkie nasze religijne tradycje, które tak ważne były dla mnie w dzieciństwie, przestały mieć znaczenie. Nie miałam odpowiedzi na moje pytania i nawet głęboka wiara mojej rodziny nie przynosiła ukojenia.

Przypominam sobie, że podczas szkolnych letnich wakacji, jako młoda dziewczynka, często nuciłam znany hymn: Witaj Królowo Nieba, nie dlatego, że wierzyłam w Maryję, ale dlatego, że bardzo podobała mi się jego melodia. Nawet to, w późniejszych latach, nie przynosiło mi pokoju, ale Maryja słuchała mnie, chociaż ja o tym nie wiedziałam. W perspektywie czasu widzę to jako jedną z niezbadanych Bożych dróg, na której Maryja delikatnie i tajemniczo pociągała mnie do swego umiłowanego Syna.

Miałam dwadzieścia lat, wykształcenie i doświadczenie sekretarki, kiedy to w niespokojnych politycznie czasach postanowiłam wyemigrować do Australii. Była to zresztą dla nas jedyna otwarta droga. Niestety, drzwi zamknęły się dla moich w podeszłym wieku dziadków. Mimo tego przygniatającego doświadczenia, mając ich specjalne błogosławieństwo, zachętę i obietnicę wsparcia, wraz z mamą dotarłyśmy z początkiem 1951 roku do Perth. Już nigdy więcej nie spotkałyśmy się z dziadkami.

Ta całkowita zmiana środowiska nie dała mi jednak pokoju, którego szukałam. W roku przybycia do Perth uczestniczyłam w święcie Yom Kippur w synagodze. Rabbi mówił pięknie o przyszłym Mesjaszu. Ja jednak odczuwałam ogromne pragnienie Mesjasza teraz i tutaj, ponieważ potrzebowałam Go teraz i tutaj. Moje ogromne pragnienie osiągnęło apogeum. Czy On już przyszedł czy jeszcze nie przyszedł? – to pytanie stało się najbardziej palące. Miałam u siebie pożyczoną książkę żydowskiego rabbi, zatytułowaną Pokój umysłu, ale jej lektura nie dała mi wewnętrznego pokoju, którego szukałam. Niektórzy przełożeni żydowscy, na pewno w dobrej wierze, oskarżali mnie o skłonność do katolickiej wiary, co było dla mnie zdumiewające, ponieważ nie dostrzegałam w sobie takiej skłonności. Później mój przyjaciel, katolik, pożyczył mi książkę arcybiskupa Fultona Sheen’a Pokój duszy. Głód Mesjasza teraz i tutaj osiągnął apogeum, gdy zdecydowałam się spędzić cały czas od 2 do 4 listopada 1951 roku na modlitwie i poście rozpoczynając lekturę Pokoju duszy. Kiedy przeczytałam słowa: „Nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie” spojrzałam przez okno i ku memu wielkiemu zdziwieniu zobaczyłam na niebie wielki biały krzyż, rozciągający się od jednego krańca horyzontu po drugi kraniec. Równocześnie wypełnił mnie głęboki wewnętrzny pokój, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Odczułam niezachwianą pewność, że Jezus Mesjasz już przyszedł i jest tutaj dla mnie. Moje poszukiwanie Prawdy zakończyło się. Znalazłam się w dolinie światła wypełnionej Jego światłem i miłością. Wreszcie znalazłam w Bogu dom! Zrozumiałam ponadto, że przyjmując wiarę katolicką nie wyrzekałam się żydowskiej wiary, tożsamości i dziedzictwa lecz wypełniałam je. Napełniło mnie to radością.

Pięć dni po otrzymaniu od Boga łaski wiary przedstawiono mnie biskupowi Perth, który podjął się nauczania mnie. 12 kwietnia 1952 roku udzielił mi sakramentu chrztu i bierzmowania. Następnego dnia, 13 kwietnia, w Niedzielę Palmową, w klasztorze karmelitańskim, przyjęłam pierwszą Komunię św.

W następnych miesiącach zaczęłam doświadczać rozmaitych pragnień. Gdy uświadomiłam sobie, że Jezus przyszedł, cierpiał i umarł dla mnie w okrutny i upokarzający sposób, zapragnęłam odwzajemnić się za tę Jego miłość całkowitym darem z siebie. Zaczął pociągać mnie do Karmelu, abym podjęła kontemplacyjne życie modlitw i ofiary. Znalazłszy mamie pracę jako pomoc domowa ufałam, że poradzi sobie sama, gdy odejdę. Prosząc o przyjęcie mnie do Karmelu, jego drzwi otwarły się dla mnie 25 marca 1954 roku.

Dla mojej ukochanej pięćdziesięcioletniej mamy było to okrutne emocjonalne doświadczenie. Z trudem wychodziła z szoku po moim przejściu na katolicyzm, ale z odwagą podjęła swoje nowe życie. Jej znajomość angielskiego nie poprawiła się, gdyż była przyzwyczajona posługiwać się francuskim i yiddish. Najtrudniejszym dla niej doświadczeniem było narastające poczucie izolacji zarówno w sferze języka, relacji międzyludzkich jak i kulturowych. Nigdy nie skarżyła się dlatego nie domyślałam się prawdziwego stanu w jakim się znajdowała. Równocześnie pracowała ciężko, co wpływało negatywnie na stan jej zdrowia. Jakiś czas później uświadomiłam sobie, że mama czuje się opuszczona przez ludzi i nawet samego Boga. Zaczęła sądzić, że Bóg ją nie kocha i dlatego nikt nie troszczy się o nią. Najtragiczniejsze było jednak to, że czuła się niegodna Bożej miłości i tych, którzy obok niej byli. Gdy uświadomiłam sobie, że sprawy nie układają się dobrze, po trzech latach pełnych rozterek i bólu opuściłam Karmel 5 października 1964 roku, by być z mamą.

Mój powrót okazał się wielką ulgą dla mamy, gdy znowu miała mnie przy sobie. Podjęłam na nowo świeckie życie pracując jako sekretarka, troszcząc się jednocześnie o bezpieczeństwo i szczęście mamy. Przede wszystkim pomagałam jej odzyskać wiarę w siebie. Przyłączyłam się do Świeckiego Zakonu Karmelitańskiego składając prywatny ślub dozgonnej czystości. Zaangażowałam się również w Katolicką Odnowę Charyzmatyczną. Gdy otrzymałam chrzest w Duchu Świętym, mój yiddish, zapomniany przeze mnie w ostatnich latach – z powodu posługiwania się językiem francuskim – powrócił ku wielkiej radości mamy. W listopadzie 1977 roku udałyśmy się do Queensland gdzie przyłączyłam się do Emmanuel Covenant Community, świeckiej wspólnoty oferującej duchową pomoc i przyjaźń.

Gdy mama odeszła w świątobliwy sposób do Boga w lipcu 1990 roku, powróciłam do Karmelu w Perth. Wieczyste śluby złożyłam 9 listopada 1995 roku. Uroczystość cechował wyjątkowy żydowski klimat. Stworzył go utwór skrzypcowy Kol Nidre, który specjalnie wybrałam, by uczcić ofiary Holokaustu i moją babcię zmarłą 9 listopada 1954 roku. Szabatowy świecznik mojej mamy był obok mnie w kaplicy.

Gdy patrzę wstecz na te minione lata powracają do mnie słowa: „Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca. I poślubię cię sobie znowu na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana” (Oz 2, 16; 21-22).

Bóg Ojciec rzeczywiście przynęcił mnie i w głębiach mojej wewnętrznej pustyni posłał mi swego Syna Jezusa, by w Duchu Świętym był moim Mesjaszem i Oblubieńcem. Nigdy nie zdołam się za to odwdzięczyć.

Również Maryja, nasza ukochana Matka, odegrała ważną rolę w moim życiu. W czasach mrocznych lat nie znałam Jej, ale teraz widzę, jak wyciągała ku mnie swą rękę trzymając moją podczas wszystkich burz, powtarzając cicho w głębiach mego serca: „Nie bój się, ja będę z tobą”.

Ofiara, którą złożyła w czasie Holokaustu w 1942 roku Edyta Stein związała mnie na stałe z tą Świętą. Moje i jej życie przeplatają się. Czuję nieustannie jej obecność i jestem tutaj, by o tym zaświadczyć.

Moja najdroższa mama i dziadkowie nie tylko dali mi przykład jak żyć, ale całkowicie poświęcili się dla mnie. Ich miłość do Boga nieustannie mnie inspiruje i prowadzi.

Spoglądając wstecz spostrzegam – poprzez wszystkie cierpienia i trudy, przez jakie przyszło mi przechodzić – wyraźny ślad tajemniczych dróg Bożej miłości. Modlę się o to, abyś i ty czytając to, doświadczył wszechogarniającej miłości Boga we wszystkim, co przydarza ci się w życiu.

s. Maria Róża od Jezusa OCD