Uczynił mnie silną i odważną

"Nowa" Teresa, która obecnie się rodzi, wkrótce będzie najbardziej wolnym człowiekiem, jakiego można sobie wyobrazić, w którym nie ma ani odrobiny kurczowości. W jej nowym sposobie życia zauważa się przede wszystkim głęboki, wewnętrzny spokój.

o. Theophan Beierle OCD



Twierdzi się, i pewnie słusznie, że większości ludzi w ciągu całego życia nie udaje się całkowicie zaakceptować samych siebie. Dlatego też tak wielu żyje na co dzień z większymi lub mniejszymi kompleksami niższości. A kto nigdy nie nauczył się akceptować samego siebie, ten nie będzie też wielki w miłości do innych, nie będzie kimś, kto w każdej sytuacji próbuje zaakceptować każdego ze swoich bliźnich, bez względu na to, czy ten „zasłużył” na jego akceptację, czy też nie. (Jak wiadomo, Jezus w Kazaniu na Górze uczy, że dopiero wtedy jesteśmy w pełni dziećmi Bożymi, gdy również nasze „słońce miłości” codziennie na nowo wschodzi nad dobrymi i złymi; por. Mt 5, 45).

Aby odważyć się na samoakceptację, człowiek potrzebuje głębokiej pewności w sercu, że ktoś kocha go tylko i wyłącznie ze względu na niego samego. Jakie to szczęście, gdy mamy takich ludzi!

Ostateczną akceptację, to znaczy radykalne uzdrowienie ze wszystkich kompleksów niższości, może dać tyko Ten, który sam jest Miłością we własnej osobie – tego właśnie doświadczyła „mała Teresa”. Przeżyła ona takie radykalne uzdrowienie w Boże Narodzenie 1886 roku. Po latach napisała o tym, co następuje: „Teresa już nie była ta sama; Jezus przemienił jej serce!” (Rękopis A, folio 45 r.). Cudem jest dla niej to, że w wieku czternastu lat, dosłownie w ciągu jednej nocy wreszcie całkowicie zaakceptowała siebie. Można ją rozpoznać w jednym małym przeżyciu: mogę być sobą i pozostać sobą, jestem kochana taką, jaka jestem! (Rękopis C, folio 2 v.). Wcale nie muszę stać się kimś innym! W noc Bożego Narodzenia Jezus stał się słabym dzieckiem, abym i ja, właśnie z racji mojej słabości, czuła się kochana i w przyszłości całą moc i siłę czerpała z Niego. „Tej nocy, w której (dobry Bóg) z miłości ku mnie sam stał się słabym i cierpiącym, mnie uczynił silną i odważną” (Rękopis A, folio 44 v.).

W tę noc Bożego Narodzenia Teresa przeżyła wyzwolenie od ciągłej troski o samą siebie, w jednej chwili opuściła niechrześcijańską szkołę samourzeczywistnienia i samouzdrowienia. Wie, że Jezus sprawi, by była taką, jak należy, i mówi do Niego: „Jezu, … to Twoja miłość musi mnie przemienić” (Poezje). A kto nie musi się już troszczyć o siebie, ten jest wyzwolony ku miłości: „W serce moje wstąpiła miłość połączona z pragnieniem zapomnienia o sobie, by innym sprawiać przyjemność, i od tej chwili poczułam się szczęśliwa!” (Rękopis A, folio 45 v.).

Ani ojciec, ani czworo jej rodzeństwa przez dziesięć lat nie potrafili jej kochać w sposób zdrowy.

„Nowa” Teresa, która obecnie się rodzi, wkrótce będzie najbardziej wolnym człowiekiem, jakiego można sobie wyobrazić, w którym nie ma ani odrobiny kurczowości. W jej nowym sposobie życia zauważa się przede wszystkim głęboki, wewnętrzny spokój. W każdej sytuacji zakotwicza się w Jezusie i dzięki temu może wyjść z siebie i głęboko objąć drugiego: „O tak, czuję to, że kiedy jestem miłosierna, wtedy Jezus sam działa we mnie; im mocniej jestem z Nim zjednoczona, tym bardziej kocham wszystkie moje siostry” (Rękopis C, folio 12 v.).

Życie dopiero wtedy nabiera pełnego sensu, gdy kocham i to coraz mocniej. Ku temu właśnie powinna prowadzić prawdziwa pobożność. Proces ten jest bardzo bolesny, gdyż trzeba się zbliżyć do ludzi trudnych, dać się ukrzyżować, oddać życie – a to boli. Teresie „udało się” to dzięki wpatrzeniu w Jezusa, który przecież od rana do wieczora był jej Zbawcą i Uzdrowicielem.

Toteż autobiografia Teresy stała się wielkim „hitem” wśród dzieł z zakresu literatury ascetycznej XX wieku, niedoścignionym bestsellerem, dzięki któremu wszyscy, od najprostszego wierzącego do najuczeńszego teologa mogli zobaczyć, jak człowiek, początkowo neurotyczno-egocentryczny, a przez błędne wychowanie religijne dwakroć neurotyczny, pod działaniem Boga staje się największy w miłości, staje się największym „misjonarzem” dwudziestego wieku.

Proszona o pożegnalne słowo, Teresa odpowiada: „Wszystko powiedziałam… jedynie miłość coś znaczy” (Ostatnie rozmowy, 29 wrzesień). A na krótko przed śmiercią wypowiada jeszcze takie oto zdanie: „O nie, nie żałuję, że oddałam się Miłości, wręcz przeciwnie!” (tamże, 30 wrzesień).