Pozostawiam ci moją wiarę

Im więcej, im bardziej się powierza, tym bardziej spotyka wszechmocnego Boga, który jest "Bogiem wszystkiej Miłości" i pragnie ją w swojej Trójjedynej Miłości zanurzyć. I to jest to właśnie, co Elżbieta pragnie przekazać (...)

s. Elżbieta Peeters OCD

Pozostawiam ci moją wiarę w obecność Boga, Boga wszelkiej Miłości,mieszkającego w naszych duszach



Uroczyście brzmią te słowa, jak testament i one mają być w istocie testamentem. Ciężko chora zakonnica, która te słowa pisze do swojej przyjaciółki [Antoniny] (list 333) ma dopiero 26 lat, ale wie, że niewiele życia jej pozostało. W obliczu śmierci pragnie przekazać kochanej osobie to, co jest najcenniejsze, to co jej całemu życiu nadawało sens i użyczało blasku: „…jest to zażyłość z Nim wewnątrz, z Nim, który był pięknym Słońcem opromieniającym moje życie, czyniąc je jakby antycypowanym Niebem. To właśnie mnie dziś podtrzymuje w cierpieniu” (tamże).

Kim jest ta młoda kobieta, która tak potrafi mówić o sobie i o swojej drodze życia, pomimo że doznaje nie dających się wprost wytrzymać cierpień i według ludzkiej miary ma o wiele za wcześnie rozstać się z życiem?

Elżbieta Catez urodziła się w 1880 roku w obozie wojskowym w Camp dAvour koło Bourges (Francja), gdzie stacjonował jej ojciec, będący wówczas w randze kapitana. Ojciec Elżbiety zmarł, gdy ona miała zaledwie 7 lat. Jej matka mogła, osiadłszy w Dijon, zapewnić obu córkom – Elżbieta miała młodszą o 3 lata siostrę – harmonijne ognisko domowe.

Córka oficera kipiała życiem. Listy jej matki przedstawiają ją jako dziecko pełne temperamentu, które bardzo wcześnie wiedziało, czego chce i w razie potrzeby wybuchało gniewem, krzycząc w niebogłosy, aby bronić swoich racji. Również bardzo wcześnie uwidoczniła się jej głęboka pobożność i bardzo wrażliwe serce, pragnące miłości i zdolne odwzajemnić się miłością.

W dniu swojej pierwszej Komunii św. Elżbieta usłyszała od przeoryszy Karmelu w Dijon, jakie znaczenie ma jej imię: Elżbieta – według tej zakonnicy – oznacza „Dom Boży”, co nie jest poprawne etymologicznie ale daje się teologicznie uzasadnić wobec prawdy o zamieszkiwaniu Boga w głębi każdego człowieka. Ta wypowiedź przeoryszy utkwiła głęboko w pamięci małej Elżbiety i nigdy nie została przez nią zapomniana. Dla prawie 11-letniej dziewczynki, było to jak objawienie. Odtąd żyje w przyjaźni z Bogiem, który w niej mieszka. Przyjaźń, początkowo mająca cechy dziecinnego przywiązania, staje się z czasem coraz głębsza. Pomimo serdecznej relacji z Bogiem, młoda Elżbieta nie jest bojaźliwą bigotką. Dorastająca Elżbieta rozkoszuje się życiem w pełni. Ma wiele przyjaciółek i odgrywa rolę przywódczyni w swojej „paczce”. Jest utalentowaną pianistką, uwielbia konie, lubi piękne suknie i nie odmawia sobie żadnych przyjemności właściwych jej wiekowi. Ale jednocześnie ta dziewczynka, która nic nie robi połowicznie, czyta z zachwytem Drogę doskonałości św. Teresy od Jezusa, a z jej pamiętnika można się dowiedzieć, jak wiele znaczą dla niej chwile spędzone na cichej adoracji przed Najświętszym Sakramentem. W głębi serca tęskni za życiem „tylko z Nim” w Karmelu.

Gdy udało jej się wreszcie w wieku 21 lat wymóc na matce zgodę na wstąpienie do Karmelu, wnosi do niego całą swoją spontaniczną młodość. Chce zdobyć szczyt szturmem i to najchętniej natychmiast. Jednak musi się nauczyć, że Boga nie zdobywa się przemocą i wybitnymi dokonaniami. Bóg objawia się temu, kto powierza się, uznając swoją ludzką nędzę i słabości, całkowicie Jemu, a nie świętym uczuciom, nie własnym wyobrażeniom o życiu duchowym, lecz żyjącemu, stale i wciąż zdumiewającemu Bogu Biblii.

Elżbieta ma swój wyśniony obraz Karmelu, ale zgadza się przyjąć to, co przynosi jej ze sobą każdy konkretny i zwyczajny dzień powszedni, mający swoje dobre i złe chwile, który nieustannie koryguje jej marzenia. Zgadza się również, chociaż sama wybrała sobie predykat „od Jezusa”, na swoje, początkowo obco brzmiące w jej uszach, nowe imię zakonne „Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej”, które stawia ją w zupełnie nowych dla niej relacjach z Bogiem. Tak bardzo zawierza, że do Boga, który jest w niej żywą Obecnością, nie zwraca się już „Ty” lecz „moi Trzej”. Powierza się uszczęśliwiającej Obecności Boga w sobie, ale także poddaje się Jego wymaganiom, których się w takiej formie zupełnie nie spodziewała, a będą to ciemności wewnętrzne, niezdolność do modlitwy, bezradność, w końcu nieuleczalna choroba Addisona, która jej młode ciało wyniszcza w niewysłowionych, okrutnych cierpieniach.

Im więcej, im bardziej się powierza, tym bardziej spotyka wszechmocnego Boga, który jest „Bogiem wszystkiej Miłości” i pragnie ją w swojej Trójjedynej Miłości zanurzyć. I to jest to właśnie, co Elżbieta pragnie przekazać, będąc sama u końca swego krótkiego życia, ponieważ jest głęboko przekonana, że zaproszenie do życia mocą tej miłującej Obecności i wraz z nią, nie tylko do niej zostało skierowane, ale do wszystkich ludzi.