Maryja jest bardziej Matką niż Królową

Stosunek Teresy do Maryi na tle religijnego otoczenia jej czasów wyróżnia się zdumiewającą jasnością i prostotą. W ogóle nie potrzebuje ona elementów abstrakcyjnych i doktrynerskich, nie poszukuje cudów.

o. Michael Jakel OCD



Stosunek Teresy do Maryi na tle religijnego otoczenia jej czasów wyróżnia się zdumiewającą jasnością i prostotą. W ogóle nie potrzebuje ona elementów abstrakcyjnych i doktrynerskich, nie poszukuje cudów. Jeszcze leżąc w łóżku złożona chorobą, kilka miesięcy przed śmiercią wyjaśnia innym siostrom, że chciałaby kontemplować życie Maryi takim, „jakim było naprawdę, a nie jakieś wymyślone życie” (Ostatnie rozmowy, 23 sierpnia). Od kaznodziejów domaga się, by przedstawiali „jej prawdziwe życie” (tamże), takim, jak je ukazują Ewangelie.

Mimo to – a może właśnie dlatego? – stosunek Teresy do Maryi jest niezwykle zażyły i żywy. W jej oczach Maryja nie jest Królową, Panią czy Regentką – tytuły mariologiczne, będące wówczas w powszechnym użyciu; podkreśla ona, że Maryja jest „bardziej Matką niż Królową” (tamże). Tak, Teresa nie boi się wyznać: „Zrozumiałam, że czuwa nade mną, że jestem Jej dzieckiem, pojęłam też, że nie mogę Jej dać nic więcej, ponad to, by nazywać Ją »Mamusią«, które to imię wydawało mi się tkliwsze niż imię »Matka«” (Rękopis A, folio 56 v, 57 r.).

Jak Teresa doszła do tego głębokiego, kochającego odniesienia do Maryi? Ogromnie ważne było tu pewne wydarzenie, jakie przeżyła jako dziesięcioletnie dziecko przed figurą Matki Bożej w swoim domu rodzinnym. W ciężkiej depresji dziecięcej Teresa modliła się przed nią i znalazła uzdrowienie w swym psychicznym cierpieniu: „Nagle Najświętsza Panna wydała mi się piękna, tak piękna, że nigdy nie widziałam nic równie pięknego. Jej twarz tchnęła dobrocią i niewypowiedzianą czułością, ale tym, co przeniknęło mnie aż do głębi duszy, był »czarujący uśmiech Najświętszej Panny«” (tamże, folio 30 r.). Od tamtej chwili Teresa wie, że jest kochana przez swoją „mamusię Maryję” i aż do końca życia nie zapomni jej „uśmiechu”, wpisze się on głęboko w jej serce.

Drugą przyczyną jest przypuszczalnie charakterologiczne podobieństwo obu kobiet. W Maryi, takiej jak ją ukazują Ewangelie, Teresa znalazła „wzór”, w którym mogła rozpoznać swoją własną istotę. Wpatrzona w Maryję z biegiem życia stopniowo odnajdywała własny sposób zbliżenia się do Boga, „małą drogę” bezpośredniości i prostoty względem Niego, orzeźwiająco żywy kontakt z Nim i z innymi. W swym ostatnim i najdłuższym wierszu „Dlaczego Cię kocham, Maryjo”, napisanym w maju 1897 roku (Poezje, s.55), wyraźnie daje temu wyraz. Maryja jest w nim opisana jako ta, która nie zwracając na siebie niczyjej uwagi prowadzi życie codziennych cnót. Szczególnie głęboko przemawia do Teresy jej pokora – jako życie w prawdzie.

Oba zarysowane tu aspekty stanowią istotne rysy obrazu Maryi, jaki miała Teresa. Maryja jest dla niej głęboko rozumiejącą Matką – i zarazem całkiem ludzką Niewiastą z Nazaretu, którą może naśladować każdy. Wewnętrzną wielkość, jaką karmelitanka z Lisieux osiągnęła pod koniec swego krótkiego życia, można więc uważać między innymi za owoc tej kierującej się Ewangelią i zarazem tak bardzo osobistej i wewnętrznej pobożności maryjnej.

Podkreślić należy wreszcie również i to, że Teresa nie degradowała Maryi jedynie do roli spełnicielki swych pragnień. Na łożu choroby tłumaczy swym siostrom: „Gdy ktoś poprosi o coś Najświętszą Pannę, a Ona go nie wysłucha, jest to znak, że tego nie chce. Wówczas trzeba Jej pozwolić działać tak, jak Ona chce i nie zamęczać się dalszymi modłami” (Ostatnie rozmowy, 23 sierpnia). Trzeba pozostawić Maryi swobodę, gdyż Ona wie lepiej, co dla nas jest dobre; na niczym zaś jej tak bardzo nie zależy jak na tym, byśmy wzrastali w więzi z Chrystusem.