Posłannictwo Elżbiety

W nieskończoności znajdowała Chrystusa, Boga doskonałej bliskości i umiłowania człowieka. Ona się w nieskończoności nie gubiła, ale żyła w niej jak w domu rodzinnym. Wierzyła, że w Chrystusie mieszka pełnia Bóstwa.

s. Immakulata Adamska OCD

Posłannictwo karmelitanki z Dijon



Od stycznia 1903 roku do 9 listopada 1906 s. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej wrastała coraz głębiej w ziemię Karmelu, by zaowocować jego charyzmatem. Nie miała żyć długo, dlatego zapewne wcześnie odkryła profil swojej świętości i szczególne przesłanie dla Kościoła i świata. Co zatem jest jego treścią? Elżbietę nazywa się świętą milczenia i skupienia, świętą adoracji Boga zamieszkującego w ludzkiej duszy; rozważa się wszechstronnie jej modlitwę „Boże mój, Trójco, którą uwielbiam”, i duchowość kształtowaną na listach św. Pawła, a zwłaszcza obrane przez nią hasło-imię „laudem gloriae” – „ku chwale majestatu łaski” (Ef 1,6), które tę duchowość kształtowało i zarazem streszczało. Ona sama tak mówi o swym posłannictwie w liście-testamencie adresowanym do swej przeoryszy: „Matko, (…) odchodząc, przekazuję Ci moje powołanie w Kościele walczącym; odtąd nieustannie będę je wypełniała w Kościele triumfującym – posłannictwo uwielbienia chwały Trójcy Przenajświętszej”.

Jaka tajemnica kryje się w tych słowach? Majestat Boży, który człowiek uwielbia jest majestatem oddającej się miłości, będącej sercem trójjedynego Życia. Elżbieta poświęcając się chwale Trójcy Przenajświętszej ofiarowuje się miłości, a idąc za tradycją karmelitańską, chce ją uczynić apostolską, czyli miłością służebną dla Kościoła i świata. Zapisuje: „Pragnę trwać w zupełnym milczeniu i adoracji, wciąż głębiej wnikać w Boga i tak się Nim napełnić, abym przez modlitwę zdołała udzielić Go biednym duszom, nie znającym daru Bożego”.

I jeszcze: „Pragnę pracować dla chwały Boga, a na to trzeba, ażebym Nim była przepełniona. Wówczas posiądę moc: jedno spojrzenie, jedno pragnienie stanie się modlitwą nie do odrzucenia, władną wszystko wyjednać, ponieważ będzie to jakby Bóg ofiarowany Bogu” (El. 219). Chce się stać „małym naczyniem czerpiącym ze źródła życia, aby później udzielać duszom, pozwalając, by spłynęły na nie potoki nieskończonej miłości„. „Karmelitanka znalazła jedno konieczne: Boga, który jest światłem i miłością. I kiedy świat ogarnie swoją modlitwą jest prawdziwie apostołem”.

Współuczestnictwo w zbawieniu

Bliska jest tu myśli o zbawczym współdziałaniu czy współodkupieniu dusz. Przeżywała silnie swoje duchowe kapłaństwo i macierzyństwo. Uważała, że życie karmelitanki jest w pewnym sensie podobne do życia kapłana, gdyż jest niejako adwentem przygotowującym w sercach ową drogę, którą Apostoł nazwał „ogniem pochłaniającym”. Uważała, że dotykając tego ognia, staje się płomieniem miłości, „ogarniającym wszystkie członki Ciała Chrystusowego, to jest Kościoła”. Była przekonana, że obowiązki Marty i Marii wzajemnie wcale się nie wykluczają: życie czynne, aby stało się owocne, wymaga wsparcia kontemplacją; natomiast życie kontemplacyjne staje się tym więcej aktywne, im dusza wyłączniej mu się oddaje, gdyż miłość będąc służbą Bogu jest zawsze również służbą dla ludzi. Człowiek odkupiony ma obowiązek współdziałać w odkupieniu innych..

Lubiła – nawiązując do Pawła – dawać swemu apostolatowi tytuł dziewiczej matki dusz, bo wierzyła, że karmelitanka ma podwójne posłannictwo: być dziewicą i matką; dziewicą, gdyż w wierze została poślubiona Panu, a matką, ponieważ ratuje dusze, pomnażając liczbę przybranych dzieci Ojca, współdziedziców Chrystusa. Elżbieta karmelitanka, dziewica i matka, tak widzi swoje wieczne posłannictwo:

„Z nieba będę nakłaniać dusze do skupienia wewnętrznego, pomagając im wyrzekać się siebie i lgnąć do Boga w najprostszym miłosnym geście; strzec dusze w wielkim wewnętrznym milczeniu, dozwalającym w nich odbijać się Bogu i w siebie przemieniać”.

Do matki, którą z wielką czcią, ale też z nie mniejszą mocą duchowo prowadziła, pisała:

„Ukochana Mamusiu! Zdaje mi się, że miłość moja do Ciebie, to nie tylko uczucie dziecka do najlepszej matki, ale ponadto jeszcze miłość matki dla swego dziecka; jestem przecież matką Twej duszy! Czy pozwalasz”?.

Od swej matki, kobiety lękliwej i skłonnej do litowania się nad sobą, wymagała najwyższych aktów chrześcijańskiej ufności. Podtrzymywała ją na duchu w załamaniach, dawała wskazówki postępowania, zachęcała do cnót. Nie poprzestała na słowach; modliła się i składała w tych intencjach ofiary.