o. Szczepan od Matki Bożej Loretańskiej OCD

o. Szczepan od Matki Bożej Loretańskiej OCD

Tadeusz Praśkiewicz

Pochodzę z Kielecczyzny, z parafii – sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej, którą gdy miałem 12 lat objęli karmelici bosi. W ten sposób, poprzez karmelitańskie niższe seminarium duchowne w Wadowicach, trafiłem do Zakonu. Pierwsze śluby, po nowicjacie odbytym w Czernej, złożyłem w 1978 r. Filozofię studiowałem w Poznaniu, a teologię w Rzymie, gdzie wyjechałem 1980 r. i gdzie pozostawałem prawie 20 lat. W 1983 r. otrzymałem w Rzymie święcenia kapłańskie, studiowałem antropologię na „Teresianum” i mariologię na „Marianum”, w 1988 r. uzyskałem tytuł doktorski. Wykładałem na „Teresianum”, byłem wychowawcą w Międzynarodowym Kolegium Teologicznym, a w latach 1991-1999 generalnym sekretarzem misji.

W latach 1999-2005 byłem przełożonym prowincjalnym w Krakowie. Od 1998 r, jestem konsultorem watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, a od 2007 r. także doradcą Referatu Spraw Kanonizacyjnych w Kurii Metropolitalnej w Krakowie i redaktorem serii wydawniczej „Świętość kanonizowana”. W Prowincji zaś promuję kandydatów na ołtarze, jako postulator. To jest to moje „powołanie w powołaniu”!

Od dwóch lat, po zakończeniu przeorstwa lubelskiego, mieszkam w Wadowicach, gdzie uświęcali się m.in. kandydaci na ołtarze Kunegunda Siwiec i Rudolf Warzecha. Najlichszy przykład ze samego siebie, ale gdybym miał wybierać po raz drugi, wybrałbym życie zakonne w Karmelu, bo Karmel to przedsionek nieba!

Foto-klimaty

Rodzina w ujęciu nowych karmelitańskich kandydatów na ołtarze

Wspólnoty zakonne Krakowskiej Prowincji Karmelitów Bosych, odmawiając nakazane im przez prawodawstwo modlitwy, w każdy piątek proszą o wyniesienie na ołtarze sług i służebnic Bożych polskiego Karmelu, posługując się następującymi słowami modlitewnika: „Niechaj także nasi bracia i siostry: ojciec Anzelm Gądek, ojciec Rudolf Warzecha, brat Franciszek Powiertowski, matka Teresa Marchocka, matka Teresa Kierocińska i Kunegunda Siwiec, złączeni z nami zbawczą wodą Chrztu i świętymi więzami Karmelu, dostąpią chwały ołtarzy, przyczyniają się do pogłębiania naszej wiary i wspierają wszystkich w drodze do ewangelicznej doskonałości i zbawienia”. Modlitwa ta przywołuje nam imiona sześciorga kandydatów na ołtarze, których procesy beatyfikacyjne są bardziej lub mniej zaawansowane i toczą się już to w diecezjach, już to w Stolicy Apostolskiej, w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Do tychże imion należy dopisać jeszcze dwa następujące: błogosławionego Alfonsa Marii Mazurka, który przecież jest kandydatem do kanonizacji, i sługi Bożego Adolfa Piotra Szelążka, biskupa łuckiego, którego proces beatyfikacyjny rozpocznie się niebawem w diecezji toruńskiej, albowiem 25 czerwca 2011 r. wyraziła na to zgodę Konferencja Episkopatu Polski. W klasztorach Krakowskiej Prowincji zakonnicy w każdy piątek modlą się, aby „błogosławiony Alfons Maria (…) i wszyscy Męczennicy Karmelu wyjednali im umiłowanie Krzyża i męstwo w codziennym wyznawaniu wiary”. Natomiast duchowe córki biskupa Szelążka, siostry Terezjanki, agregowane prawnie do Karmelu Terezjańskiego, modlą się o to, by mogły „cieszyć się chwałą swego Założyciela w niebie” skoro obdarzony był on „ukochaniem drogi duchowego dziecięctwa”.

Oto grono ośmiorga kandydatów do beatyfikacji i kanonizacji, naszych rodaków, związanych mniej  lub bardziej z rodziną Karmelu i karmiących się w swym życiu duchowym skarbami karmelitańskiej szkoły duchowości, doktryną terezjańską lub terezeńską. Reprezentują oni wszystkie stany: są wśród nich kobiety i mężczyźni; jest biskup, są kapłani zakonni i jest nowicjusz; jest mniszka klauzurowa i jest przedstawicielka instytutów agregowanych do Karmelu; są założyciele zgromadzeń zakonnych i jest karmelitanka świecka, są męczennicy i są wyznawcy, są ofiary hitleryzmu i jest więzień sowieckiego systemu komunistycznego, jest przedstawicielka pierwszego pokolenia karmelitanek bosych w Polsce, żyjąca w XVII wieku, i są osoby nam współczesne, gdyż jeden z kandydatów zmarł zaledwie 13 lat temu.

Zgodnie z wiodącą tematyką tegorocznych Dni duchowości, chcemy spoglądnąć na tych kandydatów do chwały ołtarzy pod kątem rodziny; chcemy – innymi słowy – poznać ich doświadczenie rodziny i ich nauczanie dotyczące rodziny; chcemy w końcu wydobyć z tego ich życiowego doświadczenia i nauczania te elementy, które mogą stać się inspiracją do poprawnego życia rodzinnego dla małżonków i dla dzieci naszych dni. Takim bowiem jest zawsze przesłanie świętych jak i „przyszłych” świętych, tj. osób do chwały ołtarzy zmierzających.

Niechaj pierwszą postacią, na którą chcemy spoglądnąć z bliska, będzie, także w kluczu chronologicznym, służebnica Boża Teresa Marchocka.

Juże idź, gdzie chcesz, porwanaś Bogu” – błogosławieństwo ojca warunkiem wstąpienia córki do klasztoru w przypadku m. Teresy Marchockiej OCD (1603-1652)

Marianna Marchocka, późniejsza Teresa od Jezusa w Karmelu, urodziła się 25 czerwca 1603 r. w Stróżach k. Zakliczyna nad Dunajcem, we dworze starosty czchowskiego Pawła Marchockiego i jego małżonki Elżbiety z Modrzejowskich, należących do średniozamożnej szlachty małopolskiej. Była drugim ich dzieckiem: miała starszą siostrę – Elżbietę (która została klaryską starosądecką) i młodszego brata – Mikołaja (o którym wiemy tylko tyle, że studiował na Akademii Krakowskiej). Ciąża dziewczynki była zagrożona, bo matka spadła podczas niej z wozu. By dziecko urodziło się zdrowe, pielgrzymowała do Częstochowy. Ojciec Marianny aktywnie uczestniczył w życiu społecznym i politycznym, należąc do zwolenników wolności szlacheckich, stąd epitafium nagrobne sławi jego cnoty obywatelskie jako męża „statecznych obyczajów, skutecznego w działaniu, odważnego w niebezpieczeństwach, niezależnego w słowie, (...) kochanego przez wszystkich i często powoływanego do zadań publicznych”. Matka zaś, będąc osobą głęboko religijną, zapewniła swoim dzieciom staranne wychowanie, regularnie uczestniczyła z nimi we Mszy św., często przystępowała do sakramentów świętych, uczyła modlitwy. W jej praktykach religijnych odzwierciedla się pobożność polska tamtych czasów: była to pobożność eucharystyczna, i pasyjno-maryjna. W trudnych sytuacjach szukała pomocy u Matki Chrystusa.

Marchoccy utrzymywali bliskie kontakty z klasztorem klarysek w Starym Sączu i nie wykluczali, że jedna z ich córek zostanie tam zakonnicą. Nie byli jednak zgodni, która z córek powinna wstąpić do klasztoru. Trzeba było upływu kilku lat, aby ustąpić dzieciom, w przekonaniu, że to po ich stronie jest wola Boża. Początkowo ulubienicą matki, przeznaczoną do zamążpójścia, była Elżbieta. Kiedy jednak postanowiła ona wstąpić do klasztoru, rodzice wszystkie swoje uczucia przelali na jej młodszą siostrę – Mariannę i pragnęli dla niej zamążpójścia. Dlatego urządzali liczne zabawy, zwłaszcza karnawałowe, by dać ulubionej córce możliwość poznania przyszłego małżonka. Dla niej – jak napisała w swej Autobiografii po trzydziestu latach – świat wtedy „obmierzł ze wszytkimi próżnościami jego mizernymi, że się jako w piekle czuła”. Wycofała się więc z uczestnictwa w tych zabawach, choć wiedziała, że rodzice musieli mieć z tego powodu „utrapienie wielkie”, i że matka „trapiła ją to groźbą, to prośbą dla Boga, żeby jej żalu nie czynieła i wstydu, żeby się światu i lu­dziom akomodowała”. I jakkolwiek żal jej było matki, „bo dobrze widziała, że ją trapi dziwnie”, nie chciała jednak „dbać na żadne respe­kty ludzkie”, bo pragnęła niezwłocznie „obrócić się do Boga”.

Stanem córki trapił się i ojciec. Długo był jednak nieustępliwy. „Ociec był tak strapiony – wspominała po latach córka – aż się na gorączkę rozniemógł. Powiadał mi, że nie mógł czuć, wystawując sobie wszytkie ciężkości, nic cięższego w naturze swojej nad to, i [chętniej] by mnie umarłą na marach widział, niż w klasztorze”. Doszło nawet do tego, że jednego dnia ojciec, pod wpływem alkoholu, rzucił się na ukochaną córkę z szablą, chcąc strachem odciągnąć ją od pragnienia wstąpienia do zakonu. „Ja nie pamiętam – napisała po latach m. Teresa – bym się zlęknąć miała i nie ruszyłam się z miejsca (…) i żałowałam, iż mię ta okazja śmierci minęła; bom była gotowa dla tego umrzeć raczej, niż odstąpić przedsięwzięcia swego i samam też umrzeć z utrapienia pragnęła”.

Paweł Marchocki ustąpił dopiero z początkiem 1620 roku. W obecności krewnych zapytał Mariannę kogo ze starających się o jej rękę pragnie wybrać sobie za męża. Ona zarzuciła wówczas ojcu, że pod pozorem uszanowania jej woli, sprzeciwia się woli Bożej. Ku jej zaskoczeniu argument ten poskutkował. Jeden z braci ojca powiedział doń: „dać jej już pokój, już to tu inaczej niepodobna, samego Boga to sprawa”. Ojciec, z pewnością zmęczony tak długim uporem córki, a nadto natchniony słowami swego brata, przełamał się i odpowiedział: „Juże idź, gdzie chcesz, porwanaś Bogu”. I do końca zachował ojcowskie uczucia dla swojej ukochanej córki, a nadto zaprzyjaźnił się z krakowskim klasztorem karmelitanek bosych, który mu ją „zabrał”. Już przy ustalaniu wysokości posagu wziął pod uwagę – jak to zaznaczono w umowie – „niedostatki  tego zakonu i potrzeby klasztoru dopiero co założonego”. W momencie rozstania się z Marianną, przed przekroczeniem przez nią drzwi klauzury i obłóczynami, chcąc uspokoić córkę przed ewentualnymi obawami co stanie się z nią na wypadek niepowodzenia próby, zapewnił ją, że przyjmie ją z otwartymi rękami do domu, gdyby musiała opuścić klasztor.

Matka zaś Marianny, jako osoba bardzo kobieca, łatwiej rozumiała argumenty córki, łatwiej godziła się z jej utratą, ale równocześnie przeżywała to mocniej i dłużej. Rozstanie z córką odchorowała, płakała po nocach, histeryzowała i wszystko wskazuje na to, że z radością przywitałaby ją w domu, gdyby wystąpiła z nowicjatu. Jak podaje spowiednik i pierwszy biograf służebnicy Bożej, o. Ignacy od św. Jana Ewangelisty, kiedyś przez okno wychodzące na ogród klasztorny Marianna – teraz już nowicjuszka, s. Teresa od Jezusa – usłyszała głos swej matki skarżącej się na nią, że ją opuściła. Nie wiemy, czy tak było naprawdę, czy może był to tylko efekt wyobraźni. Być może stroskana matka rzeczywiście zjawiła się w ogrodzie, wykorzystując fakt, że brama była otwarta i wchodzili przez nią robotnicy budujący klasztor. Córka jednak nie wyjrzała przez okno, tak bowiem była zdeterminowana w swoim powołaniu.

Rodzice i brat odwiedzali niekiedy s. Teresę w rozmównicy klasztornej. Mikołaj miał żal do swej siostry, że w czasie rozmowy nie uchylała welonu z twarzy. W lipcu 1624 roku, kiedy epidemia nawiedziła Kraków, Marchocki organizował podróż krakowskich karmelitanek do majątku Stanisława Lubomirskiego w Grabiu, chwalony przez kronikarkę, gdyż „odwóz nam bardzo przystojny zjednał, bo też ma u nas córkę swoją”. W końcu w 1631 r., Paweł Marchocki ciężko chory, z pewnością już jako wdowiec, przyjechał do Krakowa i zamieszkał blisko klasztoru. Służebnica Boża przygotowała go do śmierci, a karmelici bosi udzielili mu sakramentów. Chory swoje dolegliwości znosił z wielką cierpliwością. Zmarł 26 listopada w momencie aktu skruchy i pochowano go w krypcie kościoła klasztornego pw. św. Marcina. „Dokonał [żywota] bardzo dobrą śmiercią, bodaj ja takiej godna była, w samym akcie skruchy skonał. Niech będzie za to Bóg na wieki błogosławiony” – napisała wdzięczna córka.

Zauważmy, że pomimo upływu tylu stuleci, w rodzinie Marchockich nie zaginęła pamięć o matce Teresie. Potomkowie rodziny Marchockich są przekonani, że służebnica Boża wyprosiła przyjęcie sakramentów na łożu śmierci swemu krewnemu Aleksandrowi Małachowskiemu (zm. 2004), znanemu politykowi lewicy „szamotającemu się z Bogiem”. Z kolei Stanisław Ścibor Marchocki, który w czasie tułaczki syberyjskiej miał ze sobą obrazek m. Teresy z kawałkiem jej habitu, jest wewnętrznie przekonany, że to ona wyprosiła mu powrót do ojczyzny, założenie rodziny i zdrowie do dnia dzisiejszego. Obrazek ten, zdradzający przez pożółknięcie i nadarcia swoją starość, przechowuje do dziś w książeczce do nabożeństwa. Córka zaś p. Stanisława, Maria Ścibor Marchocka, stwierdza w swoim wspomnieniu, że od najwcześniejszego dzieciństwa słyszała wiele o służebnicy Bożej od ojca, babci i dziadka, że mówiono jej o świętości m. Teresy, o tym, że sami król i królowa prosili ją wielokrotnie o modlitwę, że ona opiekuje się ich rodziną, że pokazywano jej drzewo genealogiczne i tłumaczono pokrewieństwo, co było naturalną częścią wychowania. „W domu był obrazek z portretem matki Teresy (oprawiony przez jakiś czas wisiał w pokoju dziecinnym). (…)  Pamiętam swoje zdziwienie (byłam już nastolatką) gdy dotarło do mnie, że matka Teresa nie jest uznana za błogosławioną ani świętą przez Kościół święty – tato wytłumaczył mi wtedy, że tak się stało w związku z historycznymi wydarzeniami, a nie z braku dowodów jej świętości”. Nadto w klasztorze sióstr klarysek w Starym Sączu, gdzie mniszką była Elżbieta, starsza siostra służebnicy Bożej, i gdzie ona sama często się udawała w swej młodości, do dziś przechowywany jest na jednym z korytarzy duży jej portret.

„Mamo, wolę jeszcze poczekać, żeby nie sprawić przykrości tatusiowi” – długie oczekiwanie Teresy Kierocińskiej (1885-1946) na ojcowskie błogosławieństwo na drogę życia zakonnego

Sytuację podobną do m. Teresy Marchockiej w odniesieniu do sprzeciwu rodziców, a zwłaszcza ojca, wobec pragnienia wstąpienia do klasztoru, prawie trzy stulecia później przeżywała Janina Kierocińska – Teresa od św. Józefa, założycielka Zgromadzenia Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus. Żyła ona w latach 1885-1946. Była siódmym z kolei dzieckem Antoniego i Antoniny z Głowieńskich, właścicieli dobrze prosperującego młyna w Wieluniu. Przed nią urodziło się czterech braci i dwie siostry, jednak jeden z braci zmarł jako niemowlę. Nie przeżyło też wieku niemowlęcego troje rodzeństwa młodszego od Janiny. Ona więc była de facto najmłodszą i najukochańszą pociechą rodziców, których wielkim kłopotem było to, że wzrastała, a nie zaczynała mówić. Matka pielgrzymowała do pobliskiej od Wielunia Częstochowy, aby wyprosić jej dar mowy, co się rzeczywiście spełniło i co uznano za cud. W domu rodzinnym i w szkole Janinka otrzymała dobre wychowanie, nauczyła się modlitwy i hojności we wspomaganiu ubogich. Zwłaszcza babka i matka wszczepiły jej ideały miłości Boga, bliźniego i ojczyzny, która wtenczas znajdowała się pod zaborami i także w Wieluniu władze zaborcze zabiegały o rusyfikację. Janina lubiła bawić się ze starszym rodzeństwem i pewnego razu niewiele brakowało, aby Stanisław, jeden z braci, postrzelił ją podczas zabawy w polowanie. Jak podaje autorka naukowej biografii służebnicy Bożej, cytując wspomnienia osób, które ją znały, Janina „była serdeczna, uprzejma, posłuszna i pogodna” w stosunku do rodziców. W rodzinie mówiono, że „była aniołem domowym”. Między rodzeństwem nigdy nie było sprzeczek, ani kłótni, a bracia nazywali ją „naszą świętą siostrzyczką”. Janina bowiem zwłaszcza od dnia pierwszej Komunii św. wyróżniała się szczególną pobożnością, co przejawiało się m.in. w tym, że w swoim pokoju urządziła ołtarzyk z figurką Matki Bożej, a nad nim zawiesiła krzyż. Często zamykała się w pokoju, aby się modlić. Chętnie chodziła do kościoła i często przystępowała do komunii św. Zwyczajowo codziennie udawała się w południe do kościoła św. Barbary, aby odmówić modlitwę „Anioł Pański”.

Problem w rodzinie pojawił się wówczas, gdy Janina zdradziła ojcu swoje pragnienie zostania zakonnicą. Było to w szczególnych okolicznościach, bo po uroczystym weselu jej siostry Marii. Ojciec, dumny z zaślubin starszej córki, marzył już o weselu Janiny, którą chciał uczynić spadkobierczynią swych dóbr. „Tobie Janinko wyprawię wesele jeszcze piękniejsze, królewskie, nie poskąpię niczego. Wybierz tylko męża”. Córka odpowiedziała natychmiast, że już wybrała Najdroższego w osobie Jezusa, którego nikt nie może zastąpić. Antoni Kierociński był tymi słowami bardzo zaskoczony i wyraził swój sprzeciw wobec woli córki. Matka Janiny chciała iść córce na rękę, ale nie śmiała sprzeciwić się swojemu mężowi.

Ponieważ ojciec okazywał się nieustępliwy, Janina, licząc już 18 lat, postanowiła po kryjomu opuścić dom rodzinny i udała się do Warszawy, gdzie zatrzymała się u sióstr szarytek. Nie była tam jednak długo. Ojciec bowiem wszczął poszukiwania i po odkryciu gdzie córka się ukryła, posłał po nią syna Stanisława, aby przywiózł swoją siostrę do domu. By nie denerwować ojca, Janina nie mówiła więcej o swoim powołaniu. Wszystko powierzyła samemu Bogu. Nadto pielgrzymowała pieszo na Jasną Górę, gdzie leżąc krzyżem przed obrazem Matki Bożej prosiła o pomoc. W swych postanowieniach z tego okresu, zapisanych w swoim notatniku, oprócz wielu innych spraw podjęła i to, by „chętnie wypełniać rozkazy rodziców. Początkowo za zgodą tylko matki, a potem także i ojca, dwukrotnie udała się na dłuższe pobyty do Krakowa, gdzie nauczyła się haftu, i gdzie – podróżując do Czernej – poznała (w 1909 r.) kierownika duchowego, o. Anzelma Gądka, karmelitę bosego. Zwierzyła mu się ze swego wieloletniego pragnienia podjęcia życia zakonnego i została przez niego zachęcona, by nie czynić tego kroku bez błogosławieństwa rodziców. Wstąpiła zatem do świeckiego zakonu karmelitańskiego (1911) i do bractwa Praskiego Dzieciątka Jezus (1915); chodziła wiernie na spotkania, starając się żyć duchowością Karmelu, a kiedy składała przyrzeczenia w świeckim zakonie, przyjęła imię Teresy od Jezusa. W Krakowie też, pracując jako furtianka w zakładzie sióstr albertynek, stykała się na co dzień z ubogimi, spiesząc im z pomocą.

Zgodę ojca na wstąpienie do klasztoru Janina otrzymała dopiero w obliczu jego śmierci. Antoni Kierociński z początkiem 1921 r. poważnie zachorował. Wiosną tego roku powiadomił o tym swoją najmłodszą córkę, która przebywała na stancji w Krakowie. Przybyła ona niezwłocznie i przez kilka tygodni opiekowała się chorym z wielką ofiarnością, troszcząc się także o jego życie duchowe i przyjęcie sakramentów. Było to w Sieradzu, w domu syna Stanisława, który był powiernikiem ojca w sprawach majątkowych i w czasie choroby wziął go do swego domu. Dopiero wtenczas Janina otrzymała ojcowskie pozwolenie na zrealizowanie swoich życiowych pragnień zostania zakonnicą. Nie odjechała jednak od jego wezgłowia, a do matki powiedziała: „Mamo, wolę jeszcze poczekać. (…) Tatuś mi pozwolił, ale ja wiem, że byłoby mu przykro”. Ojciec zmarł 19 maja 1921 r. Janina pozostała u brata Stanisława jeszcze kilka dni po pogrzebie, po czym uklękła przed matką, prosząc ją o pozwolenie i błogosławieństwo na wstąpienie do zakonu. Matka pobłogosławiła córkę ze wzruszeniem.

Wspomnijmy jeszcze, że Janina miała dobre, rodzinne relacje z dziećmi swojego rodzeństwa. Śpieszyła z pomocą w ich wychowaniu, w czym wspomagała szczególnie brata Franciszka Aleksandra, któremu zmarła małżonka, matka sześciorga dzieci. W jednym z listów pytała o. Anzelma o adres niższego seminarium karmelitańskiego w Wadowicach. Być może chciała tam skierować któregoś z bratanków.

Obraz poprawnego życia rodzinnego w Nadprzyrodzonych oświeceniach Kunegundy Siwiec z wielodzietnej rodziny babiogórskich górali ze Stryszawy (1876-1955)

 Szczególnie umiłowaną, bo najmłodszą córką swoich poczciwych rodziców, Jana Siwca i Wiktorii Trzop ze Stryszawy, była też Kunegunda Siwiec, kolejna kandydatka do chwały ołtarzy z rodziny karmelitańskiej w Polsce. Urodziła się ona w 1876 r., a zmarła 79 lat później. Nie miała kłopotów z otrzymaniem rodzicielskiego błogosławieństwa na wstąpienie do zakonu, bo – jakkolwiek oddana bez reszty Panu Bogu – realizowała swe życiowe powołanie jako osoba świecka, członkini świeckiego zakonu karmelitańskiego. Rodzice Kunegundy, górale babiogórscy, byli ludźmi pracowitymi i bogobojnymi; byli najbogatszymi gospodarzami na przysiółku, który od ich nazwiska przyjął urzędową już dzisiaj nazwę Siwcówki. W ich domu zawsze panował porządek. Wiktoria była pobożną niewiastą, zatroskaną matką i zapobiegliwą gaździną, a jej mąż Jan pracowitym gazdą, dobrym ojcem i religijnym, prawym człowiekiem, pogodnym, opowiadającym ciekawe historie i przypowieści gawędziarzem, ceniącym wartość słowa. Środowisko „Siwców szanowało”. Oni nie chodzili grać w karty czy plotkować, „ale – jak o nich czytamy – żyli jakby bardziej tylko w swojej rodzinie”. A była to rodzina liczna. Siwcowie dali bowiem życie jedenaściorgu dzieciom. Kunegunda, dziesiąta z nich, była najmłodszą córką. Młodszym od niej, i to o pięć lat, był brat Michał, ostatni z rodzeństwa.

Siwcowie, ludzie głęboko religijni, dzieci swoje chrzcili tuż po urodzeniu. Jeśli dziecko przychodziło na świat w godzinach przedpołudniowych, chrzczono je jeszcze tego samego dnia w kościele parafialnym w Suchej Beskidzkiej. Gdy poród następował po południu i czas nie pozwalał na ponad dwugodzinną wyprawę furką góralską do kościoła, wieziono dziecko do chrztu nazajutrz. Siwcowie dbali też o religijne wychowanie dzieci i o ich przystępowanie do sakramentów. Jakkolwiek do kościoła w Suchej Beskidzkiej było daleko (kilka godzin marszu), rodzice dawali dzieciom przykład coniedzielnego uczestnictwa w Eucharystii, a w domu codziennego pacierza. Dzieci Siwców bardzo szanowały ojca i matkę i chętnie pomagały w pracach gospodarczych.

Tylko trzy córki Siwców wyszły za mąż, tj. Maria, Katarzyna i Anna. Teresa zmarła w wieku dziecięcym, Kunegunda zrezygnowała z zamążpójścia za radą spowiednika i żyła dla Boga, jakkolwiek nie w klasztorze, ale w domu rodzinnym. Brat Ignacy, wezwany na wojnę, zmarł z wycieńczenia w 1914 r. w Bośni-Hercegowinie. Pozostali, tj. najstarszy Wawrzyniec, potem Franciszka, Zofia, Regina i najmłodszy Michał,  żyjąc razem w domu rodzinnym i dożywając przeważnie późnego wieku, opuszczałi ten dom dopiero wtedy, kiedy przyszło przenieść się „in aeterna tabernacula (do wiecznych przybytków)” – jak napisał ks. Bartkowski. A o. Jerzy Zieliński dodał: „Czy to z wyboru, czy z konieczności, swoją samotność wszyscy starali się ofiarować Bogu”. Kunegundę przeżył tylko młodszy od niej Michał. Kunegundę też, po usystematyzowaniu spraw majątkowych w odniesieniu do innych dzieci, rodzice uczynili spadkobierczynią ojcowizny, z czego pokaźną część zapisała ona na zakład dobroczynny, kaplicę św. Teresy od Dzieciątka Jezus i klasztor sióstr zmartwychwstanek na Siwcówce.

Kunegunda, od 24 czerwca 1923 r. tercjarka karmelitańska, chociaż sama świadomie zrezygnowała z życia małżeńskiego, doceniała wartość rodziny. W swym apostolstwie służyła radą także narzeczonym, a niektóre pary korzystały u niej, za radą proboszcza, niejako z kursów przedmałżeńskich.

Ale służebnica Boża Kunegunda znana jest przede wszystkim ze swych nadprzyrodzonych oświeceń, tj. z rozmów wewnętrznych, jakie prowadziła Jezusem, z Jego Matką i niektórymi świętymi, i treść których przekazywała swojemu spowiednikowi, wspomnianemu już ks. Bartkowskiemu, wiernie je notującemu. W oświeceniach tych wielokrotnie pojawia się tematyka rodziny. Dwukrotnie Kundusia – jak ją potocznie nazywano – słyszała na temat rodziny głos Maryi: Matka Najświętsza zapewniała ją, że „sprawi u Syna by zgoda i pokój zapanowały w pewnej rodzinie” (o co Kunegunda prosiła); nadto Jezusowa Matka pouczała swoją rozmówczynię: „Rodzice ziemscy kochają wszystkie dzieci, ale więcej te, które nie czynią im przykrości, darzą je większymi darami. Dusze wierne uprzywilejowane są łaskami. Dusze takie doznają mojej czułej opieki, a i rodzina takich dusz doznaje szczególnej opieki”.

Częściej tematyka rodziny oraz kwestia relacji rodziców z dziećmi pojawia się w głosie słyszanym przez Kundusię od Pana Jezusa. Podsumowując te nadprzyrodzone oświecenia, zauważamy w nich następujące pouczenia: trzeba ufać Panu Bogu, tak jak dzieci ufają swoim rodzicom, i trzeba kochać Boga spontanicznie, na wzór spontanicznej miłości dzieci wobec rodziców; jak dzieci tęsknią za obecnością rodziców, tak trzeba tęsknić za Bogiem; trzeba przejawiać prostotę i szczerość na wzór dzieci i garnąć się do Pana, jak dzieci do rodziców – one w objęciach rodziców się nie boją i tak powinno być z nami, gdy staramy się być w rękach Bożych; rodzice najbardziej miłują najmniejsze dzieci, trzeba więc starać się należeć do liczby maluczkich; nawet gdy dzieci nie myślą o rodzicach, ustawicznie są przez nie kochane, podobnie jak my przez Pana Boga; gdy dzieci kochają rodziców, to rodzice wybaczają im ich pomyłki – Pan Bóg zaś tak czyni wobec nas; tak jak rodzice przyozdabiają dzieci pięknymi ubrankami, tak Bóg przyozdabia nas szatą swej łaski; w końcu nie ważne jest co małe dzieci zrobią dla rodziców, ale jaką miłością ich kochają, rodzice zaś kochają szczególnie te dzieci, które przynoszą im radość, a dzieci bronią rodziców, gdy dzieje się im krzywda. Czyż to nie kompletny obraz prawdziwego życia rodzinnego?

Poszedł śladami stryja karmelity: bł. Alfons Maria Mazurek OCD (1891-1944)

Po przywołaniu wątku rodziny u karmelitańskich służebnic Bożych, trzech żyjących duchowością Karmelu kobiet, przejdźmy do analizy tegoż wątku u objętych postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym mężczyzn, wśród których mamy czterech zakonników, karmelitów bosych, i jednego biskupa, urzeczonego przesłaniem św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Pierwszeństwo dajmy bł. Alfonsowi Marii od Ducha Święte­go, Józefowi Mazurkowi.

Urodził się on l marca 1891 r. we wsi Baranówka pod Lubartowem, w rolniczej rodzinie Wojciecha i Marianny z Goździów. Nazajutrz został ochrzczony w kościele parafialnym pw. św. Anny w Lubartowie. Miał młodszego brata Ludwika, oraz dwie siostry, Weronikę i Julię. Już podczas szkoły podstawowej objawiły się jego zdol­ności umysłowe i chęć do nauki. Jego stryj, brat Bogumił od św. Józefa (Jan Mazurek), karmelita bosy, zapropono­wał rodzicom wysłanie syna do alumnatu karmelitańskiego w Wadowi­cach, co stało się rzeczywistością i pod koniec sierpnia 1903 r. dwunastoletni Józef Ma­zurek przyjechał do Wadowic, gdzie rozpoczął naukę. Zamieszkał z jedenastoma kolegami w internacie klasztornym, uczęszczając na lekcje do wadowickiego gimnazjum im. ks. Marcina Wadowity. W Wadowicach poznał m.in. św. Rafała Kalinowskiego, niejednokrotnie służył mu do Mszy św. i z pewnością był też jego uczniem, bo jak odnotowuje kronika internatu, uczył on chłopców języków obcych i pomagał im w matematyce.

Zgodnie z ówczesnym zwyczajem, chłopcy nie odwiedzali swoich domów rodzinnych. Tak też było i w przypadku Józefa. Po pięciu latach nauki, z Wadowic pojechał on do Czernej pod Krakowem, gdzie latem 1908 r. rozpoczął nowicjat, aby za rok złożyć śluby zakonne jako br. Alfons Maria od Ducha Świętego. Do Wadowic powrócił w 1910 r. na studia filozoficzne, teologię zaś studiował w Linzu i w Wiedniu, gdzie 16 lipca, w uroczystość Matki Bożej Szkaplerznej 1916 r., przyjął święcenia kapłańskie. Już nazajutrz wyjechał do Krakowa, gdzie oczekiwał na niego stryj i współbrat zakonny – br. Bogumił. Udali się najpierw ze Mszą św. prymicyjną do Czernej. Br. Bogumił służył do niej swemu bratankowi i bardzo się z tego cieszył. Łączyły ich przecież nie tylko więzy krwi i powołania, ale także więzy wiernej służby Bogu. Po dwóch dniach obaj Mazurkowie – karmelici bosi, wyruszyli pociągiem do Lublina i do Lubartowa. O. Alfons, po trzynastu latach, znalazł się wśród najbliższych w rodzinnych stronach. Najpierw odwiedzili siostrę Julię, mieszkającą w podlubelskiej wsi Tatary. Zaskoczenie było zupe­łne, bo prymicjant nie uprzedził o swoim przybyciu. W domu siostry przywitał również wielce uradowaną matkę, która od pewnego czasu opiekowała się chorą córką i dwuletnią wnuczką, Irenką.

Czasu na radowanie się sobą nie mieli za dużo, bo nazajutrz rodzinna parafia prymicjanta w Lubartowie celebrowała doroczny odpust św. Anny i pragnął on w tenże odpust odprawić swoje prymicje. W domu uściskali się bardzo serdecz­nie z ojcem i bratem. „Ja się zacząłem rozglądać po domu – zanotował o. Alfons w dzienniczku – gdziem młode lata szczęśliwie i wesoło pod okiem rodzicielskim spędził”. Z ciekawością wszy­stko oglądał i porównywał ze stanem znanym mu z lat dziecinnych.

Prymicje, chociaż niespodziewane, odbyły się z prak­tykowanym do dzisiaj w Polsce obyczajem. Zaproszony odpustowy sumista chętnie ustąpił miejsca neoprezbiterowi. Była oczy­wiście asysta, uroczysta procesja do ołtarza w wieńcu niesionym przez miejscowe dziewczęta, sypanie kwia­tów pod nogi prymicjanta, błogosławieństwo i rozda­wanie obrazków. Po Mszy św. prymicjanta zaproszono na odpustowy obiad, po którym były jeszcze nieszpory. W domu nie było weselnego przyjęcia, bo zaledwie rok wcześniej Baranówka przez pewien czas znalazła się na linii frontu rosyjsko-austriackiego, i jakkolwiek nikt z najbliższych nie zginął, bardzo ucierpiał do­bytek wielu gospodarzy, w tym także Mazurków: w pokaźnym stopniu został on zniszczony lub zarekwirowa­ny na cele wojskowe.

W niedzielę, 30 lipca, prymicjant celebrował jeszcze uroczystą sumę w sąsiednich Sernikach. Nie udzielił jednak błogosławieństwa prymicyjnego, ponieważ miejs­cowy proboszcz uznał, że jego parafianie nie zasługują na nie, a „przez ich grubą skórę błogosławieństwo Du­cha Świętego nie przejdzie”. Istotną przyczyną było skłócenie proboszcza z parafią.

Czas przeznaczony dla rodziców i krewnych upłynął bardzo szybko. Dnia 4 sierpnia o. Alfons pożegnał się z rodzicami i bratem udając się w drogę powrotną. Skierował się najpierw do Częstochowy: „długo i długo modliłem się i polecałem Pani naszej w Jej przybytku, z którego taki blask i urok na kraj cały bije, gdzie tysiące serc zbolałych i skołatanych pokój i ukojenie znalazły” – zanotował. Dwukrotnie odprawił Mszę św. w kaplicy Cudownego Obrazu. A w pociągu do Krzeszowic, tj. stacji kolejowej najbliższej klasztorowi czerneńskiemu, wracał myślami do chwil spędzonych w domu rodzinnym: „Jak­że jestem rad i zadowolony, że tak mi wszystko pomyś­lnie się powiodło. Niech za to będą dzięki Bogu i Jego Najświętszej Matce. (…) Jakże jednak prędko ubiegło tych kilka dni. Gdy przypominam sobie te chwile tak przyje­mnie w domu spędzone, gdziem zastał kochające serca i oblicza radosne na mój widok, gdzie łza jaśniejąca w oku świadczyła o boleści rozłączenia i serdeczności uczucia, to snem mi się wydają. (…) Tak to życie mieszani­ną pstrokatą jest radości i boleści, nadziei i zawodu, po­witania radosnego i pożegnania bolesnego”.

Dotarłszy do Czernej, neoprezbiter nieco odpoczął, udał się z prymicjami do sióstr karmelitanek bosych i do swoich współbraci w Krakowie, a przed podróżą do Wiednia, gdzie go posyłano na kontynuowanie studiów, pojechał jeszcze do Paczółtowic k. Czernej, by z bratem Bogumiłem, który tam pracował na folwarku klasztornym, podzielić się wrażeniami z odwiedzin ro­dzinnych stron.

Do Wiednia o. Alfons wracał niechętnie. Trudno mu było rozdzielić Austriaków – zaborców ojczyzny i Austriaków – współbraci w zakonie. Pragnął swym kapłaństwem służyć rodakom i to w wolnej ojczyźnie. Gdy Niemcy i Austriacy proklamowali Akt 5 listopada (1916 r.), w swoim notatniku wyraził się krytycznie o tej inicjatywie i zarzucał jej autorom, że nie chodziło im o wskrzeszenie państwa polskiego, ale o pozyskanie polskiego rekruta. Tak czy inaczej, owego 5 listopada przeor wiedeńskiego klasztoru, Austriak, kazał współbraciom zakonnym Polakom odśpiewać swój hymn narodowy „Jeszcze Polska nie zginęła” oraz patriotyczną pieśń „Boże coś Polskę”.

Po prawie trzydziestu latach pracy i duszpasterskiego zaangażowania w Wadowicach i w Czernej, oddając przez męczeństwo swe życie dla Chrystusa jako przeor klasztoru, tj. ojciec duchowy wspólnoty zakonnej, o. Alfons przypieczętowywał wierność swoim życiowym ideałom, wśród których – jak wspominają jego wychowankowie – nie zabrakło też troski o to, aby osiągali pełną dojrzałość ludzką i chrześcijańską. „Nie dążył do izolacji alumnów od świata zewnętrznego, przeciwnie, uważał, że powinni mieć kontakt z rodziną i realiami życia codziennego”.

Wątek cenienia instytucji rodziny przez o. Alfonsa jawi się jeszcze we wspomnieniu śp. Bogumiła Grajewskiego, który jako członek dziesięcioosobowej rodziny został wraz z najbliższymi wysiedlony ze Śląska przez Niemców w czasie II wojny światowej. Cała rodzina została przygarnięta w Czernej i o. Alfons ją wspomagał. Nadto 13 czerwca 1999 r., gdy Jan Paweł II dokonywał w Warszawie beatyfikacji o. Alfonsa wraz z innymi męczennikami hitleryzmu, nie zabrakło tam jego bratanka, prof. Tadeusza Mazurka z żoną, córkami, zięciem i wnukami. Zaś na złożenie relikwii bł. Alfonsa w ołtarzu Matki Bożej Szkaplerznej w kościele karmelitów bosych w Wadowicach, wraz z jego krewnymi przybyła też z ziemi lubartowskiej liczna delegacja mieszkańców wraz z duszpasterzami.

Oddał swe młode życie, by nie ucierpiał w powstaniu nikt z jego najbliższych: Jerzy Franciszek Powiertowski OCD (1917-1944)

Wzorem miłości i szacunku względem rodziców i rodzeństwa, wzorem zatroskania o ich los, aż do ofiarowania za ich ocalenie własnego życia, jest kolejny kandydat polskiego Karmelu do chwały ołtarzy, sługa Boży Franciszek od św. Józefa (Jerzy Powiertowski), nowicjusz z klasztoru karmelitów bosych w Czernej, męczennik hitleryzmu.

Był on synem Hieronima Edwarda Powiertowskiego i Henryki Felicji zd. Lipowskiej, mieszkańców Warszawy. Ojciec Jerzego był krawcem i prowadził swoją pracownię przy ul. Wilczej. Matka zaś zajmowała się sprawami domowymi i w miarę wolnego czasu pomagała mężowi w pracach krawieckich. Powiertowscy mieli czterech synów: Hieronima, Jerzego, Wojciecha i Jana. Jerzy urodził się 3 grudnia 1917 r. Półtora miesiąca później, 20 stycznia 1918 r., ochrzczono go w parafii pw. św. Aleksandra.

Do roku 1921 Powiertowscy mieszkali razem w Warszawie, ale po wojnie polsko-bolszewickiej (1919-1921), dzięki dochodom z zakładu krawieckiego i dokonanym oszczędnościom, zakupili działkę w pobliskim Milanówku i wybudowali sobie tam dom, gdzie następnie zamieszkała matka z synami. W mieszkaniu i zakładzie przy ul. Wilczej pozostał ojciec, któremu w Warszawie było niewątpliwie łatwiej zdobywać środki na utrzymanie całej rodziny. Pomimo takiego podziału zadań oraz zamieszkiwania w dwóch oddalonych od siebie mieszkaniach, decydujący głos w życiu rodzinnym miał ojciec, jako głowa rodziny, z którego zdaniem wszyscy się liczyli. Tworzone przez nich ognisko domowe było wspólnotą pełną miłości, życzliwości, otwartości na potrzebujących, pielęgnującą tradycje katolickie, rozwijającą wszechstronne zainteresowania i sprzyjającą pielęgnowaniu różnych wartości.

Od piątego więc roku życia Jerzy, nazywany w domu Jurkiem, zamieszkiwał wraz z matką i braćmi w Milanówku. Tam też rozpoczął edukację szkolną i w 1928 roku, mając prawie jedenaście lat, przystąpił do Pierwszej Komunii św., a w marcu 1931 roku przyjął sakrament bierzmowania.

Wzrost wydatków związanych z posyłaniem synów do szkoły prywatnej w Milanówku spowodował pewne zakłócenia w budżecie rodzinnym i dlatego ojciec postanowił przenieść dwóch najstarszych synów – Hieronima i Jerzego – do szkoły państwowej, tj. do gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Warszawie. Początkowo obydwaj codziennie dojeżdżali do niej pociągiem z Milanówka, ale po trzech latach rodzice, biorąc pod uwagę uciążliwość związaną z dojazdami oraz koszty utrzymania mieszkania w Warszawie i domu w Milanówku, postanowili sprzedać milanowską willę i znowu zamieszkać wszyscy razem przy ul. Wilczej w Warszawie. W 1935 roku, po ukończeniu sześciu lat gimnazjum i zdaniu tzw. „małej matury”, Jerzy postanowił pójść w ślady ojca i zostać krawcem. Rzeczywiście rozpoczął naukę i pracę w rodzinnej pracowni krawieckiej, w której po kilku latach otrzymał tytuł czeladnika. Mając zamiłowanie do muzyki, nauczył się grać na fortepianie. Jako czeladnik pracował u swego ojca do czasu wyjazdu z Warszawy, tj. do wiosny 1944 r.

Jerzy, jako młodzieniec, był zaangażowany z przyjaciółmi w życie parafii, biorąc czynny udział i występując jako aktor w jasełkach czy innych przedstawieniach o treści religijnej. Poszukiwał wartości duchowych. Zaprzyjaźnił się bliżej z kolegą, Bogusławem Zajdlerem, którego siostra planowała wstąpić do klasztoru karmelitanek bosych. Przyjaźń ta zaowocowała wstąpieniem do zakonu karmelitańskiego także i Jurka i Bogusława.

Rodzice i bracia byli zaskoczeni decyzją Jurka, ponieważ nigdy wcześniej nie wspominał o takiej możliwości, ale znając jego ideały oraz konsekwentne dążenie do realizacji wyznaczonych sobie celów, odnieśli się do niej ze zrozumieniem. Ojciec, żartując i biorąc pod uwagę jego umiejętności krawieckie, stwierdził, że będzie w klasztorze łatał habity, co Jerzy przypomniał mu później w jednym ze swoich listów z klasztoru.

Pożegnanie z rodzicami i braćmi było serdeczne i wzruszające. Matka rozpłakała się, ale były to łzy szczęścia. Jerzy opuszczał Warszawę i wraz z Bogusławem Zajdlerem wyjeżdżał, pomimo trwających na terenie Polski działań wojennych, do odległego o przeszło trzysta kilometrów od rodziny, przyjaciół i znajomych klasztoru karmelitów bosych w Czernej k. Krakowa. Bramę tegoż klasztoru przekroczył 13 marca 1944 roku. Kilka tygodni później, 16 maja, został obleczony w habit karmelitański i otrzymał imię zakonne: br. Franciszek od św. Józefa. Jego wychowawcy wspominają, że od pierwszych dni pobytu w klasztorze cechowała go nadzwyczajna wierność, radosne przeżywanie życia karmelitańskiego i konsekwencja w oddawaniu Bogu każdej chwili swego życia.

Z listów br. Franciszka do najbliższych w Warszawie przebija wielka miłość, szacunek i wdzięczność, zwłaszcza wobec rodziców. Zacytujmy: „Ciekawy jestem bardzo jak czuje się mamusia. Jak idą lekcje muzyki Hirka? i Wojtka? Jak przeszły święta? (…). Jak się czuje tatuś? Co słychać u Wandy?”. Szczególnie serdecznym i wspomnieniowym jest list z 24 czerwca 1944 r. Czytamy w nim:

„Oto siedzę sobie w celi przy otwartym oknie, za którym w morzu zie­leni ptaki wyśpiewują swe ostatnie piania wieczorne. Cisza niezamącona za­czyna ogarniać naturę. Klasztor zatonął w bezruchu, w sennej kontemplacji spogląda na ostatnie promienie słońca. Spokój otoczenia i mnie się udziela. Uczucia, które często mnie ogarniają, wydają się znajome – tak kiedyś w dzieciństwie doznawałem czegoś podobnego. Jak przez mgłę pamiętam mia­rowy chybot kołyski i melodię śpiewanej przez mamusię kołysanki Śpij dziecinko już...

Spokój – ufność wypływająca z wiary w dobro i z miłości, która nas wtenczas otaczała. Człowiek w dzieciństwie pełen jest świetlistej łaski. Praw­dziwie jest dzieckiem nieba. Innym razem przedstawialiśmy Jasełka z Hirkiem, czasem z Feliksem. Ciemny pokój, meble zamieniły się w las, pod sto­łem była szopka z Dzieciątkiem i Maryją. Tylko naturalnie w wyobraźni, lecz w istocie czuliśmy, choć nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, obecność Boga i aniołów. Rozkoszowaliśmy się łaską – świeciła w nas i stwarzała piękne wi­zje w naszej wyobraźni. Dzisiaj, posuwając się z wolna ku Bogu, przeżywam coś podobnego, rzeczywistość się zaciera, powstaje inny świat, do którego du­sza rwie się ze wszystkich sił. Myślę o was, i wy byliście dziećmi i wy tę­sknicie za tym innym światem, rozsiewającym prawdziwe szczęście, a wspomnienia dzieciństwa dziwnie was wzruszają i stwarzają pragnienia po­wrotu. Wierzcie, jest powrót! Trzeba tylko trochę łez w samotności, a cud sta­nie się rzeczywistością. Tak dawno, jak was nie widziałem (…). Jest jakaś nić, może to modlitwy mamusi, może wasze myśli, które czynią to, że chociaż daleko, wydajecie mi się bliscy, że trudy nasze się uzupełniają i Bóg im błogosławi. On wie najlepiej, moi drodzy, ile wam zawdzięczam. Lata pracy, wysiłków, starania i miłości. Drogi ojcze, teraz widzę, jak szlachetne masz serce i może nigdy tak nie zdawałem sobie sprawy, jak drogim mi jesteś. Obym mógł ci się wywdzię­czyć i sprawić sercu twemu wiele radości. Dług, jaki zaciągnąłem, składam w ręce Boga. Wierzę, że światłość opromieni twe życie. Mamusiu, choć by­łem może nieraz szorstki i nie okazywałem zewnętrznie dużo uczucia, wiedz, że żałuję tego; dzisiaj wiem, że kocham ciebie, zachwycam się tobą wiecz­nie czynną, wiecznie pracującą, troszczącą się o nas postacią. Módl się mamusiu za mną i niech twoje z ojcem błogosławieństwo towarzyszy mi w mo­im powołaniu. A wy o bracia! Żadna odległość, żaden czas nie potrafi osłabić tego, co do was czuję, przeciwnie z każdym dniem widzę, że kocham was więcej. Oto na bezdrożach świata wszyscy zdążamy do jednego celu, wierzę, a i wy wierzcie, że się tam spotkamy, bajeczne czasy dzieciństwa zmartwychwstaną.

Otrzymałem twój list ojcze; cieszę się, że w tak niepewnych czasach jesteście razem wszyscy zdrowi. (…) Moje życie, choć różni się wiele od wa­szego, biegnie w zewnętrznej swej formie jednostajnym trybem. (…) Od tygodnia gram Te Deun na jutrzni o 12-tej w nocy, uczę się pilnie łaciny, poznaję prawa naszego zakonu i ćwiczę się w cnotach. (…) Równo z wybiciem godziny odrywamy się od jednej czynności do drugiej pełni radosnego zapału. Jasiowi przesyłam jak najserdeczniejsze ży­czenia. Pamiętaj Jasiu, szukaj szczęścia w życiu swej duszy, gdzie indziej go nie znajdziesz. Dziękuję za list, niech ktoś do mnie znów napisze: Hirek, Woj­tek, Janek, Rodzice swoją drogą, o wszystkim, o tym, co czują, myślą, robią. A wiec do widzenia moi kochani, niech Bóg ma was w swej opiece. P.S.: Proszę o przesłanie życzeń Wandzie. Uściski dla Małgosi. Obrazek dla Jasia”.

W innym jeszcze liście, tym razem do ojca, br. Franciszek napisał:

„Kochany tatusiu! Czuję się świetnie, tak widocznie Bóg pokierował, że pracując u tatu­sia, jaką taką szkołę dostałem, a myślę, że niezłą, bo zawsze trochę nauczyłem się słuchać i pracować. Okazuje się, że to bardzo dużo znaczy nie tylko w świecie, ale i w klasztorze. Dlatego łatwo płynie mi życie. (…) Niech się tatuś nie przepracowuje zbytnio, oszczędza swych drogich nam wszystkim sił, a zwinąwszy manatki przyjedzie z mamusią do Czerny. (…) Trochę się od ostatniego listu tatusia stęskniłem. (…) Od czasu do czasu, jak tatuś przepowiedział, łatam habity, trudna rada, mam tę pociechę, że mi się przypomina pracownia. Posyłam obrazek i najserdeczniejsze życzenia. Do zobaczenia. Kochający syn (Jurek), br. Franciszek od św. Józefa.

Ps.: Jeszcze mam chwilę czasu. Drogi ojcze, musi tatuś tutaj w lato ko­niecznie przyjechać na kilka dni chociaż. (…) Czas mi bardzo szybko leci, ani się opatrzę, jak rodziców tutaj zo­baczę. Niech Bóg ma nas wszystkich w swej opiece. Jurek.

Patrząc na radosne, uśmiechnięte oblicze br. Franciszka, zdawać się mogło, że cały świat wokół przepełniony jest dobrem. Ale było to tylko złudzenie. Tuż za murami usytuowanego w lesie klasztoru toczyła się przecież okrutna wojna. Brat Franciszek modlił się o pokój i o ocalenie swoich najbliższych mieszkających w Warszawie. Jego modlitwy nasiliły się zwłaszcza wówczas, kiedy wybuchło powstanie warszawskie. Z jego Dzienniczka przebija zatroskanie o los najbliższych. Pod datą 6 sierpnia 1944 r. zanotował: „Poprosiłem o. magistra o pozwolenie proszenia braci o modlitwę za rodzinę w Warszawie”. Kilka dni później, 10 sierpnia, skreślił: „Zatrważające wieści o Warszawie, o pożarze i rzezi. Cała ufność moja w Bogu. Ja to bym wszystko też przeżywał, gdyby nie miłosierdzie Boże. O Jezu, Maryjo, Józefie święty ratuj[cie] ich! O Boże miłosierdzia zmiłuj się nad nami!”. Nazajutrz wyznał: „W nocy nie mogłem zasnąć, myśląc o rodzinie”. W święto Wniebowzięcia, 15 sierpnia, odnotował: „Zapał w czytaniu duchowym. Spokój, pamięć na św[ięto] N.M.P., prośby za ojczyznę, rodzinę”.

Jako kochający, dobry syn i brat, Jerzy poprosił przełożonych, aby mógł ofiarować Panu swoje życie, by tylko nie zginął, a w razie najgorszego, by nie pozostał bez łaski uświęcającej nikt z jego najbliższych. Żarliwie prosił Boga, by przyjął jego życie w zamian za ich ocalenie. I Pan Bóg wziął go za słowo. Otóż 24 sierpnia 1944 roku bracia nowicjusze wracali w swych habitach do klasztoru z pola w pobliskiej wiosce Siedlec. Szli brzegiem lasu, na co mieli pozwolenie stacjonujących tam żołnierzy niemieckich. Gdy uszli nieco drogi, Niemcy zaczęli do nich strzelać, godząc śmiertelnie br. Franciszka, który zmarł ze słowem „Jezu”, rozgrzeszony przez wychowawcę, o. Rudolfa Warzechę. Modlitwy br. Franciszka zostały wysłuchane: jego rodzina wyszła cało z wojennej pożogi. Zginął tylko on, który miał największe szanse, by przeżyć w bezpiecznie położonym, cichym klasztorze. Kula nie godziła też żadnego z innych współbraci, ale właśnie jego.

Po zakończeniu Powstania Warszawskiego przyjechali do Czernej, aby odwiedzić Jurka, wszyscy trzej jego bracia, spodziewając się, że on najbezpieczniej przebywa w zacisznym czerneńskim klasztorze. Jakież było ich zaskoczenie, gdy zaprowadzono ich na jego grób. Ale on i wtenczas, otaczając ich, jak i swych rodziców, swoją wielką miłością, wymadlał dla nich łaski Boga, bo oto jeden z braci, zobojętniały w czasie wojny w swej wierze, przystąpił w klasztorze do spowiedzi i powrócił do praktyk religijnych.

Krewni br. Franciszka są przekonani, że on wyprasza im po dziś dzień dary nieba. Świadczy o tym wspomnienie jego bratanicy, Małgorzaty Zimowskiej, córki Hieronima Powiertowskiego i chrześniaczki Jerzego, napisane w ostatnich latach. W całej rodzinie Powiertowskich istnieje ustawiczne przekonanie o skuteczności wstawiennictwa Jerzego przed Bogiem, i wszystkie trudne sprawy i problemy powierzają Opatrzności przez wstawiennictwo ich ukochanego Jurka. Z wielkim szacunkiem przechowują jego fotografie i nieliczne pozostałe po nim pamiątki, odpisy wspomnień, dzienniczek i listy.

Sługa Boży Anzelm Gądek OCD: rozmiłowany od dzieciństwa w tajemnicy Bożego Narodzenia, żył duchem Bożego dziecięctwa i stał się ojcem nowej rodziny duchowej w Karmelu

Wśród polskich karmelitów bosych, kandydatów na ołtarze, są nie tylko męczennicy, ale i wyznawcy. Pierwszym z nich jest o. Anzelm od św. Andrzeja Corsini (Maciej Józef Gądek), żyjący w latach 1884-1969. Wyznał, że jeszcze gdy był małym chłopcem i wracali po północy z pasterki do domu, już nie szli spać, ale kolędowali Dzieciątku do rana. Chyba to sprawiło, że od dziecka szczególnie rozmiłował się w tajemnicy Bożego dziecięctwa i stał się ojcem nowej rodziny duchowej w Karmelu – sióstr karmelitanek Dzieciątka Jezus, żyjących charyzmatem dziecięctwa i propagujących go w Kościele.

Był on drugim synem Antoniego Gądka i Salomei Kowal vel Kowalskiej (nazwisko pisane jest różnie w księgach kościelnych). Miał starszego brata Sylwestra, siedmioro młodszego rodzeństwa z tego samego łoża (czterech braci i trzy siostry) oraz czworo rodzeństwa przyrodniego (dwóch braci i dwie siostry), gdyż owdowiały w 1899 r. ojciec poślubił w roku następnym Petronelę Szlachtę, matkę czwórki dzieci, zmarłą w ósmym roku małżeństwa. W sumie w rodzinie Gądków było więc trzynaścioro dzieci. Wieku dojrzałego doczekało z nich tylko siedmioro. Pięcioro bowiem zmarło w wieku niemowlęcym lub młodzieńczym. Taki los spotkał też chyba jeszcze jedną z sióstr, Annę, urodzoną w 1896 r., o której śmierci brak danych w księgach kościelnych. Czterech braci założyło rodziny, Maciej i jedna z sióstr, Salomea, wstąpili do Karmelu. Najdłużej – 85 lat, żył sługa Boży; osiemdziesiątkę przekroczył też jeden brat, Tomasz: liczył sobie 83 lata; siedemdziesiątkę zaś przekroczyła Salomea – w zakonie s. Karmela, która miała 72 lata. Pozostali pomarli wcześniej.

Antoni Gądek, ojciec rodziny, bezrolny mieszkaniec podkrakowskich Marszowic w parafii Niegowić, był zarządcą majątków dworskich. O swojej pierwszej żonie – która zmarła gdy sługa Boży miał 15 lat – mówił, że była „aniołem pokoju i miłości”. To właśnie od niej najstarsze dzieci otrzymały pierwszą formację religijną i nauczyły się pobożności, zwłaszcza do Matki Bożej i głębokiej modlitwy. W 1965 r., osiemdziesięciojednoletni o. Anzelm, tłumacząc czym jest formacja do modlitwy w Karmelu, powoływał się na swoją matkę i mówił: „Co to jest modlitwa? Uczyła mama dość zuchwałego Maciusia modlitwy: klęknij, złóż ręce, spuść oczy, nie rozglądaj się, mów pacierz głośno, słowa dobrze wypowiadaj. A kiedy zaprowadziła do kościoła, przykazywała: Uważaj, tam jest Bozia, bądź uważny, grzeczny, bo Bóg na ciebie patrzy. Myślę, że i wy mieliście, a może jeszcze macie taką świętą mamusię”.

Ojciec, zajęty pracą, poświęcał dzieciom dużo czasu zwłaszcza w niedziele, kiedy to czytał z nimi książki religijne, opowiadał życiorysy świętych i przepytywał ile zapamiętały z niedzielnego kazania.

Obfitość informacji nt. atmosfery w domu Gądków ofiaruje nam w swoim wspomnieniu o słudze Bożym jego dużo, bo o 22 lata młodsza siostra, karmelitanka bosa. Już w pierwszych zdaniach wyznaje ona, że o. Anzelm był dla niej „naprawdę nie tylko ojcem, wychowawcą, ale najlepszą matką”, że „Pan Jezus dał jej wszystko w naszym Ojcu Anzelmie”. Od s. Karmeli wiemy, że matka „jeszcze przed urodzeniem ofiarowała swoje nowe dzieciątko (czy to będzie synek czy córka) Matce Najświętszej. Widocznie mile Matka Boża przyjęła tę ofiarę, kiedy w tak młodym wieku zabrała sobie małego Maciusia do swego świętego zakonu”. Wiemy też od s. Karmeli, że w domu Gądków „każda niedziela i święto były uroczystością całej rodziny. Razem z rodzicami szliśmy do kościoła. Tam trzeba było pilnie słuchać kazania, bo tatuś po powrocie lubił nas pytać, co ksiądz mówił i co nam z tego zostało w głowie. Podobnie pytali nas dziadzio i babcia”.

Więzy rodzinne nie ustały, gdy Maciej, zwany w domu Maciusiem, w jedenastym roku życia wyjechał do wadowickiego internatu. „Przez pierwsze dni spędzone w Wadowicach – pisze zawsze s. Karmela – trochę tęsknił za domem, rodzicami i rodzeństwem, ale w niedługim czasie na dobre się u ojców [karmelitów] zadomowił. (…) Często pisywał do domu, przesyłał (…) swoje fotografie robione wspólnie – chłopców z ojcem prefektem.

We wspomnieniach s. Karmeli znajdujemy też opis wstąpienia Maciusia do nowicjatu. Cytuje ona to, co opowiedział jej sam zainteresowany: „Powiedziałem [o swym zamiarze] tatusiowi [matka już wtenczas nie żyła]. (…) Kochany tatuś się nie sprzeciwiał. Pytał tylko, czym się dobrze zastanowił nad tym wyborem. Powiedziałem, że tak. Z radością w duszy powiedział mi, że się nie sprzeciwia i całym sercem mi błogosławił. Był bardzo wzruszony tym, że Bóg mnie wybiera na kapłana”. „Nasz kochany tatuś – dodaje autorka wspomnienia – całe życie był bardzo wdzięczny Bogu za tę łaskę. Jeszcze w ostatniej chorobie przed samą śmiercią mówił nam, że się tak bardzo cieszy i dziękuje Bogu, że mu dał syna kapłana”.

Święcenia kapłańskie o. Anzelma odbyły się w Rzymie 25 lipca 1907 r. Rodzina uczestniczyła w nich tylko duchowo. Za to jego prymicje, odprawione rok później w Niegowici, wszyscy bardzo uroczyście przeżyli, wylewając łzy radości.

Kolejne spotkanie rodzinne było natomiast bardzo smutne, bo wiązało się z pogrzebem kochanego tatusia. W czasie choroby o. Anzelm dwukrotnie go odwiedził i długo ze sobą rozmawiali.

„Przy śmierci tatusia – wspomina s. Karmela – nie wszystkie dzieci były obecne. Dwóch braci było w wojsku austriackim, jeden już był wzięty do niewoli rosyjskiej. On nie był ani przy chorobie, ani śmierci tatusia. Najstarszy brat był w Berlinie. Tam założył swoją rodzinę, miał dom i pracował. Bracia z wojska dostali zwolnienie i mogli przyjechać na krótko do domu, by się jeszcze zobaczyć z tatusiem. Tatuś czuł, że odchodzi. Toteż cieszył się tą krótką chwilą spędzoną z nimi. Każdemu z nas dawał jeszcze ostatnie rady i wskazówki. Każde dziecko błogosławił swoją dobrą ojcowską ręką. Każde z nas przeżywało głęboko te chwile pożegnania. Tatuś kochany był dobrze przygotowany na to spotkanie z Panem Jezusem. Spokojnie oddał swoją duszę Bogu.

Najstarszy brat – ten z Berlina – już nie zdążył. Właśnie, gdy pociąg stanął na stacji, uderzyły dzwony w kościele parafialnym w Niegowici. Biedny mój braciszek powiedział sobie: pewno dzwonią na pogrzeb mojego ojca. I rzeczywiście nie pomylił się. Na stacji nie było żadnego wozu, więc całą drogę biegł co sił prosto na cmentarz. Zdążył jeszcze przed zasypaniem trumny, którą już wpuszczono do grobu. O. Anzelm poprosił wtedy ks. proboszcza, żeby pozwolił wydostać trumnę i otworzyć, żeby brat miał tę pociechę i jeszcze raz ujrzał tatusia. Ksiądz proboszcz chętnie się zgodził. Była to dla nas bardzo wzruszająca chwila. Brat pocałował dłonie ojca oddając przez to swój wyraz ogromnej miłości i synowskiej wdzięczności. Powiedział mi, że w tym ostatnim pocałunku chciał złożyć całą swoją miłość dla ojca. Była to dla nas bardzo wzruszająca chwila. Tatuś nasz był zawsze wierny Bogu całe swoje życie i nas tego uczył słowami, a bardziej przykładem”.

  1. Anzelm bardzo przeżył śmierć ojca. Gdy przyjechał na pogrzeb – wspomina jeszcze s. Karmela –„zbliżył się do mnie, ucałował, a po chwili wziął mnie za rękę, przyprowadził do trumny tatusia i powiedział: pożegnaj tatusia i ucałuj Mu ręce. Była to chwila tak wielka i pełna, że nigdy jej nie zapomnę. W tym bólu, który razem przeżywaliśmy, nasze serca się zrozumiały i złączyły podwójnym węzłem miłości: rodzinnym i duchowym przez nasz św[ięty] zakon”.
  2. Anzelm nie rzadko mówił o instytucji rodziny w swoich konferencjach i naukach duchowych, stwierdzając, że jest ona podstawową komórką zarówno państwa, jak i Kościoła; co więcej, był przekonany, że czym korzeń jest dla drzewa, czym źródło dla rzeki, tym rodzina dla Kościoła. Ona jest bowiem Kościołem domowym, w którym „kapłanami są rodzice, wiernymi dzieci”, a życie „oparte jest na miłości”. W rodzinie miłość jest najważniejsza, ona jest prawdziwym bogactwem rodziny i „ucztę gotuje”. Rodzinę „uświęca modlitwa”; każda rodzina ma swoje skarby: imię, mienie i największe dobro, tj. dzieci, ma swoje radości, ale ma też bóle i cierpienia. Najważniejszym zadaniem rodziny jest wychowanie dzieci i rodzina, która się ceni, wychowuje je „w karności domowej, uczy, napomina, karci”. Wzorem życia rodzinnego jest Święta Rodzina z Nazaretu.

Po raz pierwszy do klasztoru karmelitów bosych zaprowadziła go ciotka, a ojcowskie błogosławieństwo na drogę do kapłaństwa wyprosiła mu najmłodsza siostrzyczka: o. Rudolf Warzecha OCD (1919-1999)

Najbliższym nam w czasie spośród karmelitańskich kandydatów na ołtarze, bo zmarłym zaledwie trzynaście lat temu, jest o. Rudolf od Przebicia Serca św. Teresy, Stanisław Warzecha. Pochodził on z Bachowic, gmina Spytkowice w powiecie wadowickim. Urodził się w liturgiczną uroczystość Wszystkich Świętych Zakonu Karmelitańskiego, 14 listopada 1919 roku. Był synem Wojciecha i Stefanii z Momotów, przedsiębiorczych gospodarzy bachowickich. W latach trzydziestych ub. wieku Wojciech Warzecha był dyrektorem miejscowej kasy Stefczyka i prowadził ją tak dobrze, że miejscowy proboszcz, ks. Franciszek Gołba, był przekonany, że to dzięki jego pracowitości i wytrwałości kasa zawdzięczała utrzymanie [się] na wysokości społecznego zadania.

Dwa tygodnie po przyjściu na świat chłopczyk został ochrzczony w kościele parafialnym w Spytkowicach, przyjmując imię Stanisława, swego brata, który zmarł jako niemowlę w 1915 r. Miał starszą siostrę Marię (1906-1974) i brata Franciszka (1909-1996). Młodszymi od niego byli: brat Józef (1922-1967) i dwie siostry: Rozalia (ur. 1926, zmarła niedługo po urodze­niu) i Zofia (ur. 1929). Troskliwa jego matka zmarła, gdy miał zaledwie 13 lat. Było to 27 marca 1932 r. Rolę gospodyni przejęła w domu najstarsza córka, Maria, która o sześć lat odroczyła swoje zamążpójście, by wspomagać ojca w wychowaniu młodszego rodzeństwa. Stanisław, późniejszy o. Rudolf, był jej za to zawsze bardzo wdzięczny. Jesienią tego samego 1932 r. opuścił on dom rodzinny, aby rozpocząć naukę w niższym seminarium karmelitów bosych w Wadowicach. Był wtenczas dobrze uformowanym nastolatkiem, bo zarówno w domu jak i w szkole otrzymał staranne wychowanie. Jego katechetą był światły ks. Gołba, a nadto ciotki Anna i Aniela, niewiasty szczególnej pobożności, nauczyły go umiłowania modlitwy, dobroci i szczerości wobec Boga i ludzi. Co więcej, ciotka Anna, gdy był już wystarczająco rosły, zaprowadziła go na odpust Matki Bożej Szkaplerznej do wadowickich karmelitów bosych. Nie przypuszczał, że kiedyś zostanie jednym z nich, i że w tym samym klasztorze dopełni swego świątobliwego żywota. W samym zaś uzyskaniu ojcowskiego pozwolenia na rozpoczęcie nauki w kierunku kapłaństwa i udaniu się do internatu dopomogło mu rodzeństwo: brat Franciszek towarzyszył mu w podróży, a siostrzyczka Zosia, wówczas niespełna czteroletnia, wyprosiła ojcowskie pozwolenie. Owdowiały Wojciech Warzecha obawiał się bowiem, czy podoła finansowo, by opłacać kształcenie syna. Stasiu ubiegł się więc do pośrednictwa najmłodszej siostrzyczki, której tato nie był zdolny niczego odmówić. Pewnego dnia, wożąc ją tragarzem, przystanął, kazał jej wysiąść, iść do taty i przedstawić jego pragnienie, stwierdzając, że jeśli nie zrobi tego dla niego, nie będę cię woził. Prośba Zosi poskutkowała. Tatuś wyraził zgodę. Gdy pracowali  przy żniwach, w stodole, ściągając kapelusz z głowy, rzekł do Stasia: „Jak już tak chcesz synu, to idź, musimy sobie jakoś poradzić”. I uczynił mu na czole krzyżyk w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

 Stanisław Warzecha ze środowiska domowego wyniósł ogromny szacunek dla rodziców i rodzeństwa, co potwierdzał całym życiem i co okazywał także na zewnątrz. „Pamiętam dobrze – wspomina jedna z jego późniejszych wychowanek – jak ojciec Rudolf zabrał naszą grupę do Wadowic. Przed klasztorem zobaczyliśmy starszego człowieka, do którego ojciec Rudolf był bardzo podobny. Człowiek ten uklęknął przed ojcem, ucałował jego ręce – ręce kapłana, a ojciec Rudolf pochylił się przed tym człowiekiem i ucałował jego rękę, bo był to jego ojciec. Przedstawił go nam. Był to bardzo wzruszający dla nas moment”.

Jako wychowanek wadowickiego alumnatu karmelitańskiego, czas wakacji Stanisław spędzał w domu rodzinnym, gdzie pomagał, jak tylko potrafił. „Kiedy siostra Maria z rodziną wychodziła do pracy w polu, zawsze zostawał w domu. Z własnej inicjatywy najpierw sprzątał mieszkanie, a potem gotował obiad. Lubił przyrządzać zacierkę makową i naleśniki z serem. Potem szedł na łąkę zbierać kwiaty na ołtarzyk Matki Bożej. Gdy w południe wracali z pola i zmęczeni wchodzili do domu, widok uradowanego Stasia, pięknie wysprzątanego mieszkania i ciepły obiad na stole, a do popijania zimny kompot, przywracały im siły” – czytamy w jednym ze wspomnień.

Gdy wstąpił do nowicjatu, przyjął habit Karmelu, już w trzecim dniu po obłóczynach pisał do najbliższych w Bachowicach, wyrażając wdzięczność ojcu, nieżyjącej już mamie, a także rodzeństwu za trud wychowawczy. Przedstawił swoje nowe imię i dał do zrozumienia, że w klasztorze czuje się jak u siebie, ponieważ za domem mu nie tęskno, a życie zakonne, pomimo oczywistych niedogodności, posiada sporo uroku dla tych, którzy zostali powołani, by w Karmelu być synami Matki Bożej.

Do napisania kolejnego listu natchnął go rodzinny klimat świąt Bożego Narodzenia. Skorygował w nim wobec swoich obiegowe opinie o życiu zakonnym pojmowanym jako dożywotnie więzienie z tym, co sam zobaczył i czego doświadczył, tj. z radosnym postępowaniem za Jezusem i otwarciem na wyższe wartości, których nigdy nie zastąpią przelotne radości świata.

W latach następnych dzielił się z rodziną radością z otrzymania niższych święceń, a przed przyjęciem kapłaństwa, wyczerpany studiami i egzaminami, osłabiony i wybiedzony w okupowanym przez Niemców Krakowie, nie wstydził się pisać do swoich rodzonych braci: „Wiesz co Józiu, mam do Ciebie, razem z Frankiem, małą prośbę. Ojciec magister obawia się bym mu nie zasłabł przed prymicjami, robi sobie nadzieję, że może by Ci się udało odstąpić kartki na cukier. Bo on najlepiej jeszcze wzmacnia siły. U nas cena dość wygórowana. Oczywiście, nie wiem jak teraz u was ułożyły się warunki, więc proszę mi nie brać za złe i wybaczyć, jeśliby nie na czasie były takie prośby... Tatusiowi jednak i najbliższym wszystko można zwierzyć”. Cukier wnet otrzymał i niezwłocznie dziękował: „Całuję serdecznie najpierw rękę drogiemu Tatusiowi, że tak bardzo jeszcze się troszczy o dawnego Stasia. Tylko, najdrożsi, nie będzie mi miło, jeśli Wy herbatkę może gorzką popijacie”.

Oczywiście jako wierny, kochający syn i brat zaprosił swoich najbliższych na święcenia kapłańskie. Odbyły się one w Czernej 24 czerwca 1944 r. Skupiony, rozmodlony, nie zauważył podczas ceremonii, że nie było na niej nikogo z Bachowic. Niemieckie władze okupacyjne nie dały bowiem Warzechom przepustki na wyjazd z Reichu. Neoprezbitera szczególnie pocieszał sam biskup, co o. Rudolf wyznał w liście do najstarszej siostry: „Ja, droga Marysiu, tylko duże łzy z oczu wylałem, gdy po święceniach ks. biskup uściskał mię serdecznie na wiadomość, iż na moją uroczystość nikt nie przybył”. Informował też, że pierwszą Mszę św. swego życia odprawił za całą rodzinę, i że czuł podczas niej duchową obecność swej matki: „Mamusia, Stasia, Rózia i obydwie ciotki były wtedy przy mnie, czułem to dobrze”.

Jako kapłan o. Rudolf często przywoził „na kwaśnie mleko” do Bachowic braci kleryków, gdy był ich wychowawcą, a także swoją rodzinę duchową, tj. osoby, które poznawał w swoim apostolstwie, i którymi potem się opiekował, często od dziecka, poprzez studia, wybory zawodu, błogosławienie małżeństw, chrzty dzieci, udzielnie sakramentu chorym. Narzędziem łączności pomiędzy tymi osobami był m.in. miesięcznik poświęcony tematyce rodzinnej „Pod opieką św. Józefa”, zniesiony przez komunistów w 1952 r. Liczne artykuły o. Rudolfa na jego łamach, poświęcone dzieciom, młodzieży i dorosłym, tworzyły całokształt jego apostolatu na rzecz rodziny. To swoje „środowisko” sługa Boży zapraszał regularnie na dni skupienia do Czernej. Łączył rodziny rozbite, bronił życia poczętego, śpieszył z duchową pomocą rodzinom dotkniętym cierpieniem swoich członków. Szczególnie pocieszał rodziców i braci męczennika – sługi Bożego Franciszka Powiertowskiego, który godzony kulą prześladowcy, umierał na jego rękach, pokrzepiony pierwszym rozgrzeszeniem, jakiego udzielił w swym życiu kapłańskim. Nadal też uczestniczył w radosnych i smutnych wydarzeniach rodzinnych i często zaglądał do Bachowic. Dlatego też na jego pogrzebie, bratanek, ks. Wojciech Warzecha, mógł powiedzieć: „Skupiał na rodzinie tyle życzliwości i miło­ści... Potrafił nas, jakże licznych i rozproszonych w rodzi­nie skupiać razem... Bogu dziękujemy za jego żarliwą wiarę, za świadectwo wiary. Tym świadectwem, moż­na powiedzieć, karmiły się trzy pokolenia. Dziękujemy za jego modlitwy wstawiennicze, jakże skuteczne i owocne. Każdy z nas tu obecnych może powiedzieć, że owoców tej modlitwy do­świadczał... Był obecny, gdy udzie­lał sakramentu chrztu, gdy za­wierane były związki małżeń­skie, towarzyszył tym, którzy odchodzili z na­szej rodziny do wieczności”.

Ks. bp Adolf Piotr Szelążek (1865-1950): ojciec udzielił mu błogosławieństwa i prosił Ducha Świętego, aby kierował jego sercem i rozumem, by był godnym obranego stanu

Jest nam miło, że pośród kandydatów na ołtarze, o których mówimy, znajduję się także biskup. Chcemy przywołać również jego doświadczenie rodziny i naukę o rodzinie, a jak zobaczymy, będzie ona bardzo bogata. Czynimy to w ostatnim punkcie naszego przedłożenia bynajmniej nie z braku szacunku dla hierarchii kościelnej, ale tylko ze względu na to, że chronologicznie rzecz biorąc, proces beatyfikacyjny kandydata na ołtarze dopiero się rozpoczyna i formalnie nie został on jeszcze zainaugurowany.

Adolf Piotr Szelążek urodził się 30 lipca 1865 roku w Stoczku Łukowskim na ziemi podlaskiej. Pochodził z rodziny drobnoszlacheckiej. Jego ojcem był Stanisław Szelążek, matką zaś Marianna Gregoriew. Miał starszego o dwa lata brata Władysława. Młodszy jego brat, Julian, zmarł w lutym 1867 r. Wtedy też odeszła do wieczności jego matka. Nie znamy przyczyn przedwczesnej śmierci obojga, która z pewnością była dużym cierpieniem dla niespełna dwuletniego Adolfa Piotra.

Pochowawszy żonę i najmłodszego syna, ojciec przeprowadził się do Węgrowa. Tam poślubił drugą żonę, Eleonorę Dobraczyńską, która stała się serdeczną, przybraną matką dla jego synów. Tam też obaj chłopcy ukończyli katolicką szkołę powszechną.

Z domu rodzinnego Adolf Piotr wyniósł ideały patriotyczne i religijne, ze szczególnym nabożeństwem maryjnym i eucharystycznym. Lubił uczestnictwo w roratach i w majówkach, na które zapraszał do kościoła także swoich kolegów. Modlitwa różańcowa pozostała jego ulubioną modlitwą do końca życia.

Myśl o kapłaństwie – służbie pełnej poświęcenia dla Boga i drugiego człowieka pojawiła się w czasie nauki gimnazjalnej Adolfa Piotra w Siedlcach. Był pilny w nauce, otwarty na potrzeby bliźnich i zaangażowany w pogłębianie swej religijności. Jesienią 1883 roku zgłosił się do seminarium duchownego w Płocku. Jego ojciec napisał wówczas do ks. rektora, że nie tylko zezwala synowi „na obiór stanu duchownego”, ale udziela mu także „swego rodzicielskiego błogosławieństwa i prosi Ducha świętego, aby raczył kierować jego sercem i rozumem tak, żeby stał się godnym obranego stanu”.

Ojcowskie błogosławieństwo było owocne, a modlitwa wysłuchana. Syn został nie tylko wiernym kapłanem, ale i bohaterskim biskupem, pasterzem i wygnańcem, a nadto założycielem nowej rodziny zakonnej w Kościele. Był człowiekiem o nieprzeciętnych zaletach charakteru. Jako kapłan i biskup wiele czasu poświęcał na działalność społeczno-charytatywną. Wychodził naprzeciw ludzkim potrzebom, dostrzegał ubóstwo całych rodzin, troszczył się o dobre wychowanie dzieci i młodzieży. Zawsze utrzymywał kontakt z ojcem, przybraną matką, którą kochał jak rodzoną oraz bratem i krewnymi. Zachował się bardzo serdeczny list rodziców do syna biskupa z 6 stycznia 1925 r., adresowany do Rzymu, gdzie wówczas przebywał przez kilka tygodni w związku z poszukiwaniami naukowymi i pracami nad przygotowaniem konkordatu pomiędzy Stolicą Apostolską i Polska. List jest odpowiedzią na list biskupa do rodziców. Adresat nazwany jest „najukochańszym Adolkiem” i „drogim synem”. Rodzice życzą mu, aby jego praca w Rzymie „wyszła świetnie z wielkim pożytkiem dla naszego kochanego drogiego Kościoła świętego i dla naszej umiłowanej Ojczyzny”. Rodzice dziękują synowi za błogosławieństwo apostolskie, jakie podczas audiencji wyprosił u papieża „dla nich, dla cioci Włodkowskiej i dla Władzia” oraz „przyciskają go do swych serc i całują”.

O miłości biskupa do rodziców świadczy też fakt, że nawiedzał ich grób, co dokumentuje zachowana fotografia, a nadto w swych modlitwach wypraszał dla nich życie wieczne.

Biskup Szelążek zafascynował się szczególnie drogą duchowego dziecięctwa św. Teresy od Dzieciątka Jezus i swą posługę pasterską oparł na fundamencie bezgranicznej miłości, ufności i całkowitym zdaniu się na wolę Bożą. Pod patronat świętej poddał swoją diecezję łucką na Wołyniu, a założonym przez siebie siostrom terezjankom polecił, by angażowały się w dzieło wychowawcze dzieci i młodzieży w duchu św. Teresy od Dzieciątka Jezus, tak, by miłość Boża szerzona była w sercach wszystkich ludzi.

Jako teolog, wykładowca i rektor seminarium duchownego w Płocku, ks. Szelążek w swoich publikacjach poruszał m.in. problematykę rodziny. Uczynił to nader całościowo w artykułach: O społeczności rodzinnej i domowej i Walka o duszę dziecka. Problematyka rodziny obecna jest też w wielu jego listach pasterskich i wypowiedziach jako biskupa ordynariusza łuckiego.  Zagadnienie to, podobnie jak i wiele innych, przedstawił obszernie w swej rozprawie doktorskiej Leszek Zygner, autor kilku późniejszych opracowań o biskupie Szelążku. Syntetyzując to nauczanie należy stwierdzić, że Adolf Piotr Szelążek rodzinę uważał za podstawową i najważniejszą spośród wszystkich rzeczywistości ziemskich. Sufragan płocki, a następnie pasterz Kościoła łuckiego przypominał, że to nie Chrystus stworzył rodzinę, On jednak nadał jej doskonałość według zamysłu Bożego, która polega na sakramentalności i nierozerwalności małżeństwa. Biskup Szelążek stawał też w obronie życia poczętego i godności kobiety oraz występował przeciwko ograniczaniu liczby potomstwa. Zachęcał rodziny, aby upodabniały się do ideału każdego ogniska rodzinnego, tj. do Świętej [biskup używa określenia „Najświętszej”] Rodziny. Podkreślał nadto potrzebę kładzenia nacisku na wartości religijne w wychowaniu dzieci i młodzieży, za co odpowiedzialni są rodzice, katecheci, nauczyciele i wychowawcy. Szkoła według biskupa Szelążka powinna być ogniskiem patriotyzmu, ducha poświęcenia dla najwyższych ideałów wszechludzkich, sprawiedliwości i braterskiej miłości. Duch rodzinności powinien rozciągać się w domach także na służbę, a istota życia rodzinnego winna opierać się na silnej więzi miłości pomiędzy członkami rodziny, która to miłość powinna emanować na inne społeczności.

W adhortacji apostolskiej Ecclesia in Europa Jan Paweł II stwierdził, że w dzisiejszym społeczeństwie „dominuje poczucie osamotnienia (...), zauważa się niebezpieczne zjawisko kryzysów rodzinnych i słabości samej koncepcji rodziny”, co powodują liczne czynniki kulturowe, społeczne i polityczne, poddające w wątpliwość i wypaczające samą ideę rodziny, gdyż nie tylko kwestionują wartość nierozerwalności małżeństwa, ale nawet próbują akceptować wzorce związku dwóch osób, w których różnica płci nie odgrywa istotnej roli.

Diagnozę jeszcze bardziej uszczegółowioną, bo odnoszącą się do Polski i odzwierciedlającą sytuację kryzysu wartości rodzinnych i więzów miłości pomiędzy najbliższymi w naszej ojczyźnie podaje nam II Polski Synod Plenarny. Zacytujmy: „Nierzadko zarówno rodzice, jak i dzieci bezkrytycznie przyjmują przedstawiane przez media błędne wzorce życia rodzinnego. W tzw. prasie młodzieżowej, ra­diu, telewizji, filmach i tekstach popularnych piosenek nader często propaguje się postawy hedonistyczne i pozbawione wszelkiej odpowiedzialności. Współżycie przedślubne, antykoncepcja, zabijanie nie narodzonych, małżeństwa na próbę, „bezpieczny seks”, to wszystko stanowi ofertę, którą dzisiejszy świat przedstawia młodym ludziom. Wiąże się ona z cynicznym wyśmiewaniem modelu rodziny opartego na nierozerwalnym związku małżonków, na szacunku dzieci wobec rodzi­ców i poszanowaniu ludzkiego życia od chwili jego poczęcia”.

Wobec takiego obrazu rzeczy – czytamy w Ecclesia in Europa – „trzeba przypominać prawdę o rodzinie jako głębokiej wspólnocie życia i miłości” i czynić wszystko, aby jak najliczniejsze rodziny w swej codziennej egzystencji przeżywanej w miłości były widzialnymi świadkami obecności Jezusa. Szczególną uwagę należy pod tym względem zwrócić w procesie formowania młodszego pokolenia, wychowując je do ofiarnej miłości.

Wzorem tak właśnie rozumianego życia rodzinnego, wzorem miłości i szacunku względem rodziców i rodzeństwa, wzorem zatroskania o ich los, aż do ofiarowania za ich ocalenie własnego życia, są – jak to widzieliśmy powyżej – karmelitańscy kandydaci do chwały ołtarzy. W ich doświadczeniu życia rodzinnego znajdujemy kompletny obraz rodziny chrześcijańskiej, podstawowej komórki społeczeństwa i Kościoła. Znajdujemy bowiem wszystkie elementy składowe życia rodzinnego, od chwili poczęcia dzieci, ich życia pod sercem matki, narodzin, przyjęcia sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego. Dostrzegamy wyraźnie dbałość o właściwe wychowanie i życie zgodne z wymogami wiary chrześcijańskiej, naukę modlitwy, miłości bliźniego i ojczyzny. Widzimy przykłady wspomagania w chwilach życiowych doświadczeń, przykłady wielkiego szacunku dzieci wobec rodziców, opieki dzieci nad chorymi rodzicami, towarzyszenia im przy rozstawaniu się z tym światem, zadbania o pociechę sakramentalną i godny pochówek, a później przykłady nawiedzania mogił rodziców i modlitwy o ich zbawienie oraz wielopokoleniowej pamięci o krewnych. Budujące są przykłady, że nie wolno realizować swego powołania bez pozwolenia rodziców i należy na nie oczekiwać nawet bardzo długo; trzeba cenić rodzicielskie błogosławieństwo na obieraną drogę życia. Trzeba kochać rodzeństwo, mieć z nim poprawne relacje, rezygnować z własnego egoizmu, wspomagać i – jeśli trzeba – pośredniczyć u rodziców dla dobra rodzeństwa, a nawet być gotowymi ponieść śmierć, by ocalić życie najbliższych. Nie wolno odcinać się od problemów rodziny, trzeba mieć śmiałość prosić spontanicznie o przysługi czy drobne rzeczy, należy tworzyć poprawne relacje z dziadkami i dalszymi krewnymi, którzy często są pomocą i pośrednikami dla dobra wspólnej sprawy. Trzeba wspomagać inne rodziny, gdy tego potrzebują, umieć – jeśli są takie możliwości – ofiarować majątek na cele dobroczynne oraz potrafić tworzyć rodziny duchowe, niekoniecznie zinstytucjonalizowane, jak zgromadzenia zakonne, ale chociażby „środowiska” czy „grupy modlitewne” lub inne..

Wszystkie składowe elementy dotyczące rodziny znajdujemy także w nauczaniu naszych sług Bożych. Tematyka rodziny – jak to widzieliśmy – przebija z wielu nadprzyrodzonych oświeceń Kunegundy Siwiec, była ona obecna w przepowiadaniu o. Anzelma Gądka i o. Rudolfa Warzechy, w publikacjach, listach pasterskich i kaznodziejstwie bp. Adolfa Piotra Szelążka.

Spróbujmy sprowadzić te treści do wspólnego mianownika: rodzina jest więc podstawową i najważniejszą spośród wszystkich rzeczywistości ziemskich, jest podstawową komórką zarówno państwa, jak i Kościoła. Ona jest Kościołem domowym, w którym kapłanami są rodzice, wiernymi dzieci, a życie oparte jest na miłości. Rodziny powinny upodabniać się do ideału każdego ogniska rodzinnego, tj. do Świętej Rodziny. Głównym zadaniem rodziny jest wychowanie dzieci, za co odpowiedzialni są rodzice, których powinni wspierać katecheci, nauczyciele i wychowawcy. Rodzinę uświęca modlitwa, małżeństwo zaś jest sakramentem i jest ono nierozerwalne. Trzeba stawać w obronie życia poczętego i godności kobiety – matki. Czynniki zewnętrzne nie mogą ograniczać rodzinom liczby potomstwa. W relacjach rodzinnych trzeba przejawiać prostotę i szczerość na wzór dzieci. Rodzice powinni ufać Panu Bogu, tak jak dzieci ufają im, i powinni kochać Boga na wzór spontanicznej miłości dzieci wobec nich. Co więcej, tak jak dzieci tęsknią za rodzicami, tak rodzice winni tęsknić za Bogiem. Z domu rodzinnego dzieci powinny też wynosić poczucie patriotyzmu i miłości do ojczyzny, powinny być nauczone ducha wyrzeczenia, solidarności i altruizmu.

Czyż nauczanie to nie stanowi niejako prawdziwego kodeksu życia rodzinnego? Czyż nie należało go przywołać? II Polski Synod Plenarny zachęcał do tego, by promować wzorce autentycznego życia rodzinnego. I zawierzając polskie rodziny Maryi, Matce pięknej Miłości i Królowej Rodzin, oraz św. Józefowi, Opiekunowi Kościoła domowego, prosił, aby w refleksji dotyczącej rodziny nie zabrakło wątku miłości dzieci względem rodziców, zwłaszcza gdy ci ostatni wkraczają w wiek starości, a także wątku wzajemnych, przesyconych miłością relacji rodzinnych pomiędzy rodzeństwem i przyjaznych relacji sąsiedzkich. Rodzina bowiem – uczył Synod – powinna być „szkołą komunii, czyli coraz głębszej więzi na płaszczyźnie związku ciał i dusz, charakterów, serc, umysłów i dążeń poszczególnych osób. Wszyscy członkowie rodziny, każdy według własnego daru, otrzymują łaskę i odpowiedzialny obowiązek budowania wspólnoty osób przez miłość wyrażoną w służbie, dzieleniu się dobrami, radościami i cierpieniami. (...) Podstawowym celem rodziny jest bowiem komunia osób i pokoleń, a więc matki, ojca, dzieci i krewnych”.

Cieszymy się, że z przesłania karmelitańskich kandydatów do chwały ołtarzy wynikają te same wątki. Przywołując to przesłanie zadośćuczyniliśmy prośbie synodu, promując w naszych sługach i służebnicach Bożych wzorce autentycznego życia rodzinnego. Niech nam będzie wolno wyrazić nadzieję, że rychło z wzorców tych będą mogli czerpać liczni nasi bracia i siostry w wierze, oddając im cześć na ołtarzach Kościoła, tj. rodziny dzieci Bożych, której głową jest Chrystus.