Modlitwa jest to poufne i przyjacielskie z Bogiem obcowanie…

Troska Teresy o odnowienie swej relacji z Bogiem może mieć podstawy również w jej osobowości, gdyż sama mówi o sobie: "Miałam tę łaskę od Boga, że gdziekolwiek byłam, umiałam podobać się wszystkim i wszędzie byłam lubiana" (tamże, 2, 8). Człowiek, który wie, co to przyjaźń i sympatia, już ze swej natury czuje, że z dalekim Bogiem i z raczej formalistyczną pobożnością do niczego nie dojdzie.

o. Reinhard Körner OCD, Zamyślenia nad dziedzictwem Teresy od Jezusa



Wielu ludzi ma trudności z modlitwą. Dokucza im przede wszystkim roztargnienie, brak czasu, stres życia codziennego… Mogłoby się zdawać, że te trudności pojawiły się dopiero dzisiaj – w naszej szybko mknącej epoce pełnej zgiełku, niepokoju i nadmiaru bodźców. To jest prawdą tylko w pewnym stopniu, gdyż również modlący się z dawniejszych czasów, w tym święci pokroju Teresy od Jezusa, mieli podobne problemy. Teresa przez prawie dwadzieścia lat odczuwała swoje życie tak, jakby żyła w „burzliwym morzu, wciąż upadając, to znów podnosząc się, i to tylko słabo – i potem znowu upadając” (Księga życia, 8, 2). Bardzo cierpiała z powodu tego wewnętrznego rozdarcia i niekonsekwencji oraz roztargnienia w czasie modlitwy: „bardzo często, przez kilka lat, bardziej zajęta byłam pragnieniem, by prędzej skończyła się godzina przeznaczona na rozmyślanie i nadsłuchiwaniem, kiedy zegar wybije, niż dobrymi i pobożnymi myślami. I nieraz chętniej byłabym podjęła się surowej pokuty, którą by mi naznaczono, niż to, że miałam skupić się w duchu dla odprawienia modlitwy wewnętrznej” (tamże, 8, 7).

Często ludzie, którzy mają takie trudności na modlitwie, słyszą radę: „Musisz się jeszcze więcej starać! Więcej konsekwencji! Musisz unikać wszelkich okazji do rozproszenia i odwrócenia uwagi! Musisz codziennie odmawiać dodatkowo modlitwę do Ducha Świętego!…”. Jednakże w wielu wypadkach prowadzi to tylko do nasilenia się problemu i wzmożenia uczucia niezadowolenia, winy i lęku. Nic dziwnego, gdy potem niejeden nie chce już więcej słyszeć o religii i Kościele, o modlitwie i pobożności, i kończy z tym wszystkim, by dopiero teraz wreszcie poczuć się wolnym. U podłoża takich rad leży przekonanie, że modlitwa jest przede wszystkim codziennym obowiązkiem, który należy skrupulatnie wypełniać. I znów można zapytać, jaki obraz Boga za tym stoi. Czy Bóg naprawdę potrzebuje efektów naszych modlitw? Czy naprawdę dopiero nasze religijne ćwiczenia i ofiary muszą pobudzać go do przyjścia nam z pomocą? Czy jest On Bogiem, któremu coś musimy dać, żeby z kolei On się nam za to czymś zrewanżował? – Gdy z takim Bogiem ludzie zrywają, to dobrze robią!

Również u Teresy wyobrażenie o Bogu z biegiem życia się zmieniało. Decyzja, żeby wstąpić do klasztoru, była jeszcze silnie motywowana lękiem przed Bogiem, jednakże Teresa zawsze, jeszcze przed swoim wstąpieniem do zakonu starała się wejść w osobistą relację z Bogiem, wyobrażając sobie Jezusa jako człowieka: „Starałam się, o ile mogłam, przedstawiać sobie obecnego we mnie Jezusa Chrystusa, Pana naszego. Taki był mój sposób modlitwy” (tamże, 4, 7). Próbowała więc ona swój „obraz Boga” kształtować według Jezusa, tak jak przedstawiają Go Ewangelie, i w ten sposób odkrywała nowy rodzaj modlitwy i życia.

Troska Teresy o odnowienie swej relacji z Bogiem może mieć podstawy również w jej osobowości, gdyż sama mówi o sobie: „Miałam tę łaskę od Boga, że gdziekolwiek byłam, umiałam podobać się wszystkim i wszędzie byłam lubiana” (tamże, 2, 8). Człowiek, który wie, co to przyjaźń i sympatia, już ze swej natury czuje, że z dalekim Bogiem i z raczej formalistyczną pobożnością do niczego nie dojdzie. W ten sposób Teresa doszła do przekonania, że On, „będąc Bogiem, jest także i człowiekiem, i nie dziwi się ułomności ludzkiej, bo zna nędzną naturę naszą… Choć to Pan, mogę przecież rozmawiać z Nim jak z przyjacielem” (tamże, 37, 5).

Bóg, który się nie dziwi, ale rozumie! Po tym odkryciu Teresy łatwo już zrozumieć jej definicję modlitwy, która z czasem stanie się słynna: „Modlitwa bowiem wewnętrzna jest to, zdaniem moim, poufne i przyjacielskie z Bogiem obcowanie i wylana, po wiele razy powtarzana rozmowa z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje” (tamże, 8, 5). Przed obliczem i w pobliżu takiego Boga niekonsekwencja i roztargnienie nie odgrywają już żadnej roli. U Niego nie ma już miejsca na poczucie winy i poczucie lęku. U takiego Boga może się nawet zdarzyć, że popełni się błąd i się zgrzeszy. Wówczas pewność, że się jest przez Niego akceptowanym i kochanym takim, jakim się jest, bardziej będzie się przyczyniać do unikania pomyłek i grzechów niż dobrze obmyślone rady zachęcające do tego, by być bardziej konsekwentnym i zwiększyć liczbę modlitw. Nic dziwnego, że Teresa daje następującą radę w odniesieniu do modlitwy: „Kto raz zaczął ćwiczyć się w modlitwie wewnętrznej, jakkolwiek by liczne i wielkie były jego wady i usterki, niech jej nie porzuca, bo rozmyślanie właśnie jest środkiem, za pomocą którego może się poprawić, a bez niego poprawa będzie o wiele trudniejsza. (…) Kto zaś jeszcze jej nie zaczął, tego proszę na miłość Zbawiciela, niech nie pozbawia się tak wielkiego dobra. Nie ma tu czego się lękać, wystarczy tylko chcieć” (tamże). Najważniejsze jest więc życie w przyjaźni z Bogiem, troska o przebywanie z Nim jak z przyjacielem.

Tu staje się również jasne, że nie powinno się traktować modlitwy jak jakiegoś „zatankowania”, albo też wywiązania się z jeszcze jednego z rozmaitych wymogów życia codziennego. Nie byłaby ona wówczas bezinteresowną rozmową, nie byłaby spotkaniem z Nim, „poufnym i przyjacielskim z Bogiem obcowaniem”, lecz kryłaby w sobie jakiś cel. Oczywiście, również takie pozbawione ukrytego celu i bezinteresowne przebywanie z Nim będzie zaczerpnięciem nowych sił do sprostania obowiązkom zawodowym i trudom codziennego życia, niemniej jednak tylko wolne od ukrytego celu i bezinteresowne przebywanie z Bogiem chroni przed ulegnięciem presji skuteczności i nie pozwala, by modlitwa stała się jakimś nowym, dodatkowym obowiązkiem, który bardzo szybko zacznie być odczuwany jako ciężar. Poza tym taka nasza bezinteresowność jest tylko wyrazem prawdziwej przyjaźni; wszystko inne oznacza, że modlitwa, a pośrednio również Bóg, są podporządkowane celom człowieka.

Tak rozumiana modlitwa działa wyzwalająco i pozwala człowiekowi być naprawdę sobą, bez wypierania żadnych składników osobowości; taka modlitwa prowadzi do zintegrowanej ossobowości; taka modlitwa prowadzi do zintegrowanej osobowości. Ona czyni prawdziwym to, co Pan powiedział: „Ja przyszedłem po to, abyście mieli życie i mieli je w obfitości” (J 10, 10).