|
Otwórzcie serca
Rozmowa z o. Conradem de Meester, flamandzkim karmelitą bosym, wybitnym znawcą
duchowości karmelitańskiej.
Czy mógłby Ojciec opowiedzieć nam o swoim odkryciu św. Teresy od Dzieciątka
Jezus i bł. Elżbiety od Trójcy Przenajświętszej?
Teresę z Lisieux znałem już w mojej młodości, ponieważ wstąpiłem do Karmelu w
wieku 18 lat, już wcześniej czytałem jej dzieła. Uderzała mnie przede wszystkim
sławna strona z rękopisu B, gdzie mówi ona o swoim powołaniu w sercu Kościoła.
Już jako karmelita często czytałem Dzieje duszy, a później napisałem rozprawę
doktorską o tym, co nazywam dynamiką ufności. Chciałem zbadać w jaki sposób
Teresa odkryła małą drogę miłości miłosiernej Boga, która pobudza nas do
nieskończonej ufności. Ufność ta wyzwala w Bogu działanie jego Ducha, który nas
uświęca. Teresa wcześniej zrozumiała, że nie trzeba zdobywać świętości, lecz
raczej otworzyć się na działanie Ducha Bożego żyjącego w nas, i współpracować z
tym działaniem.
Jeżeli zaś chodzi o Elżbietę od Trójcy Przenajświętszej, która w świecie
nazywała się Elżbieta Catez i która praktycznie była współczesna Teresie,
urodziła się ona we Francji, w Dijon, w r. 1880 a więc 7 lat po Teresie. Miałem
okazję podjąć się wydania krytycznego wszystkich jej dzieł, i to właśnie wtedy
odkryłem całe bogactwo duchowości Elżbiety. Jest to duchowość wewnętrzna,
duchowość obecności dla Boga, który jest obecny w niebie naszej duszy, jak ona
sama mówiła. Także w tej chwili odkryłem piękno i prawość jej duszy, radykalizm
z jakim oddaje się potrójnie świętemu Bogu.
Oto więc przed nami dwie karmelitanki, dwie Francuzki, dwie młode dziewczyny,
ale, czy poza tym wszystkim jest coś, co je łączy?
Oczywiście Teresa i Elżbieta nie mogły na siebie wzajemnie wpłynąć, ponieważ
Teresa zmarła kiedy Elżbieta miała 17 lat. Jestem jednak pewien, że gdyby się
poznały, na przykład, gdyby przebywały w tym samym Karmelu, bardzo dobrze by się
zrozumiały i pokochały. Teresa na pewno bardzo kochałaby Elżbietę. Nie znała jej
jednak i wpływ mógł oddziaływać tylko w jednym kierunku. Elżbieta przeczytała
już pierwsze wydanie Dziejów duszy. Książka ta ukazała się w r. 1898, a więc rok
po śmierci Teresy, a już 6 miesięcy później, Elżbieta odkryła ją i przeczytała z
wielką radością. Do dnia dzisiejszego zachowały się 4 kopie z aktu ofiarowania
się Teresy Miłości Miłosiernej jakie sporządziła Elżbieta. Przepisała go ona
przynajmniej 4 razy, aby mieć go zawsze przy sobie. Jest to tekst, który znała
na pamięć. Widzimy więc, że Elżbieta była bardzo przywiązana do Miłości
Miłosiernej Pana, której ona także chciała się oddać na całkowitą ofiarę.
Później napisała bardzo piękną modlitwę, która rozpoczyna się od słów: "O,
mój Boże, Trójco, którą uwielbiam." Zauważamy, że struktura tej modlitwy jest
taka sama, jak struktura modlitwy Teresy, to znaczy ukazuje ona ideał, następnie
rzeczywistość słabości i prośbę: "O, mój Boże, Ty sam bądź moją świętością."
Elżbieta prosi Jezusa, aby przybrał ją w siebie samego i ona sama oddaje się
Duchowi Świętemu. Możemy powiedzieć, że modlitwa ta była dla Elżbiety aktem
ofiarowania się. Obie modlitwy są bardzo podobne, ale podkreślają co innego.
Elżbieta kładzie większy nacisk na zamieszkiwanie Trójcy Św. w niej samej, w
niebie jej duszy. Jest w pewnym sensie bardziej zafascynowana tym, że Bóg-Trójca
mieszka w nas. W pierwszej części swojej modlitwy wyjawia ona ideał świętości,
lecz także skupia się na Bogu obecnym mówiąc: "Uspokój moją duszę i stwórz z
niej swoje niebo, swoją siedzibę." Świętość dla niej, to ofiarowanie duszy
kontemplacyjnej Bogu z całkowitą gościnnością.
I tutaj ukazuje się naszym oczom obraz Betanii, o której mówił św. Łukasz w
swojej ewangelii. Jezus przychodzi z wizytą do Betanii, a Elżbieta tak jak Maria
chciałaby przyjąć go z gościnnością i pozostać u Jego stóp. Mówi: "Niech moja
dusza będzie miejscem Twojego odpoczynku, niech będzie Twoją Betanią." Jest to
wyrażenie, którego używa już w swoich młodzieńczych pismach. Ofiarować swoją
duszę jak Betanię, miejsce, w którym Jezus mógłby odpoczywać. Następnie Elżbieta
prosi: "Niech pozostanę tutaj z wiarą, niech pozostanę tutaj uważna na Twoją
obecność we mnie. Jest to serce przy sercu, obecność dla obecności. Niechaj
pozostanę tutaj adorująca. W całej istocie adorująca, otwarta na Twoje stwórcze
działanie." Nie chodzi tutaj jedynie o to, aby być obecnym dla Boga, ale żeby
rzeczywiście znajdować się w ręku Boga. Być Mu całkowicie oddaną.
Na koniec swojej modlitwy rzeczywiście odda się na ofiarę. Ideałem Elżbiety,
podobnie jak w przypadku Teresy, jest świętość. Jest to jednak świętość o
kolorycie bardziej kontemplacyjnym, świętość wewnętrzna, całkowite oddanie się
Bogu, który zamieszkuje w niebie naszej duszy, Trzem osobom, które są tam
obecne. W pierwszej części modlitwy Elżbieta mówi o swym ideale: "O, moje Trzy,
Trójco." Następnie jej ideał skupia się na Jezusie i mówi: "O mój umiłowany
Chryste, ukrzyżowany z miłości." Myślę, że mówi ona rzeczywiście do swojego
krucyfiksu, że patrzy na niego mówiąc: "Chciałabym być małżonką dla Twojego
serca." Dla niej, podobnie jak dla Teresy, jest to duchowość bardzo oblubieńcza,
duchowość oblubienicy, wiernego, całkowitego oddania się serca przy sercu.
"Chciałabym być oblubienicą dla Twojego serca." Pójdzie nawet o wiele dalej:
"Chciałabym kochać Ciebie i umrzeć z miłości." Zauważamy więc jej pragnienie
całkowitego oddania się miłości. Chce uczynić swoje życie darem tak całkowitym,
na ile tylko jest to możliwe. I taka właśnie jest pierwsza część jej modlitwy,
ideał. Następnie przechodzi do rzeczywistości. "Nie mogę zrealizować mojego
ideału", mówi.
Teresa mówiła: "Po tylu latach czuję się jak małe ziarnko piasku u stóp góry
świętości. Jeszcze nie doszłam do świętości, lecz proszę Jezusa, aby podniósł
mnie w swych ramionach jak w windzie". Elżbieta wypowie tę samą myśl: "Lecz
czuję mą niemoc." Te cztery słowa tworzą drugą część jej modlitwy. "W
rzeczywistości nie mogę modlić się. Nie mogę oddawać się całkowicie kiedy
zechcę, jestem słaba." Jednak Elżbieta nie zatrzymuje się przy słabości.
Wszystko wypowiedziane jest w tych czterech słowach. Zaraz po tym znajduje ona
oparcie w Bogu, i w tym miejscu zaczyna się trzecia część modlitwy. Jest to
zarazem rozwiązanie, synteza, pomost, który tworzy ona między ideałem i
słabością. Jest to właśnie ta ślepa ufność w Boga, że to on może uczynić ją
świętą. I Elżbieta prosi: "Proszę Cię, abyś przybrał mnie w siebie." Słowa te
zostały zaczerpnięte z modlitwy Teresy, która podobnie jak Elżbieta mówiła:
"Chciałabym zostać świętą czuję jednak mą słabość i proszę Cię, abyś Ty sam był
moją świętością." Elżbieta wyraża tę samą myśl, lecz robi to słowami św. Pawła.
"Proszę Cię, abyś przybrał mnie w siebie." Św. Paweł mówi: "Przyobleczcie się w
Chrystusa." Elżbieta prosi Boga i następnie kontempluje Chrystusa mówiąc: "Nawet
w nocy mej słabości będę na ciebie patrzeć, gwiazdo słońce ukryte w nocy."
Jeżeli chcielibyśmy zanalizować jej modlitwę, zobaczylibyśmy, że gwiazda ta nie
znajduje się gdzieś na wysokościach.
Jeżeli chodzi o Teresę, wyobrażała ona sobie słońce, które jest gdzieś
wysoko. Na przykład spójrzmy na tekst z rękopisu B, gdzie mówi o słońcu, które
jest słońcem Trójcy Świętej. Jezus uosobiony jest przez orła, zstępującego na
ziemię, biorącego na swoje ramiona małego ptaszka, jakim jest Teresa, i
powracającego z nim do nieba. Jest to więc ruch zstępujący i wstępujący. Jeżeli
idzie zaś o Elżbietę, gwiazda ta nie znajduje się dla niej na niebie, które jest
gdzieś wysoko, lecz w niebie jej duszy. Zstępuje ona aż na dno swej duszy, tam
gdzie znajduje się boskie słońce. I właśnie w niebie swej duszy chce bez końca
spoglądać na tę gwiazdę. Adorować ją poprzez noce, wszystkie słabości... Ideałem
dla niej jest Chrystus, ludzki i bliski zarazem. Po to, aby Jezus mógł
zrealizować w niej samej świętość, musi ona oddać się Duchowi Świętemu, tak jak
Teresa zrobiła to na koniec swojej własnej modlitwy. "Pragnąc, aby całe moje
życie było aktem doskonałej miłości, poświęcam siebie na ofiarę całopalną twojej
miłości miłosiernej." Elżbieta w swojej modlitwie zwróci się do Ducha Świętego i
powie mu, że ofiaruje mu swe człowieczeństwo po to, aby Jezus mógł ją napełniać
i żyć w niej. Chce także modlić się, żyć w sercu Kościoła i dlatego właśnie
prosi Jezusa, aby przybył do niej jako Zbawiciel. Prosi, aby Chrystus wziął w
posiadanie jej duszę i dlatego właśnie ofiaruje się Trójcy Świętej. Postępuje
więc podobnie jak Teresa, chodzi jej jednak o poszukiwanie nieba na samym dnie
własnej duszy. Duchowość Elżbiety jest bardziej skupiona na obecności Boga
wewnętrznego, Boga Trójcy.
Jak Elżbieta odkryła swoje powołanie Karmelitanki?
Wszystko zaczęło się dla niej przez pewne doświadczenie. Była ona muzykiem,
nie otrzymała zbyt pobożnego wykształcenia, była dziewczynką taką jak wszystkie.
Kiedy była mała, uczyła się w konserwatorium muzycznym, gdzie specjalizowała się
w grze na fortepianie. Chciała pewnie zostać nauczycielką gry, i pojechać do
konserwatorium paryskiego. Kiedy była mała, w wieku dziewięciu czy dziesięciu
lat, od czasu do czasu w swoim sercu czuła pewną obecność, obecność wyższej
miłości, miłości Bożej, która przybywała, a następnie znikała. Czuła, że Bóg ją
bardzo kocha. Nie tylko wiedziała o tym, lecz czuła to. Z wielką radością
otwierała serce na tę obecność. Odczuwała wielką radość, ofiarowała tej
obecności całą swoją dziecięcą czułość. Wiedziała, że czułość ta, ta obecność
pochodziła od Boga, a ponieważ miała bardzo prawe i szczere serce, chciała w
odpowiedzi na tę miłość Boga, oddać się jej całkowicie i w ten sposób właśnie
rozwinęła w sobie potrzebę wielkiej, wzajemnej miłości, a także potrzebę
obecności Bożej w swym sercu. Obecność tę pojmowała jako przyjście Jezusa,
działanie Jezusa i właśnie dlatego w czasie swej pierwszej komunii, którą
przyjęła w wieku prawie jedenastu lat, oddała się całkowicie Jezusowi. Lubiła
się modlić, a modliła się bardzo głęboko, ponieważ także głęboko doświadczała
tego uczucia miłości i obecności, którą otrzymywała jako bardzo osobisty
prezent, i chciała odpowiedzieć na tę miłość. Pragnęła oddać się całkowicie
Jezusowi w życiu kontemplacyjnym. Później, kiedy była już karmelitanką jej
przeorysza często powtarzała, że to Duch Święty nauczył ją tego wszystkiego. Nie
żadna książka, lecz Duch Święty.
Jako młoda dziewczyna w wieku 14 lat spontanicznie złożyła śluby dziewictwa i
ofiarowała się po komunii Jezusowi. W tej samej chwili poczuła wzbierające w
niej słowo, które oddawało całkowicie jej aspiracje kontemplacyjne. Było to
słowo "Karmel". W tym właśnie momencie rozpoczyna się zupełnie inna, dość długa
historia. Elżbieta chciała szybko wstąpić do Karmelu, będąc jeszcze bardzo młodą
dziewczyną w wieku, szesnastu, siedemnastu lat. W tej epoce nie było to
wyjątkowe, a nawet bardziej możliwe niż dzisiaj, ale jej mama stanowczo
sprzeciwiała się temu zamiarowi, ponieważ miała tylko dwie córki, i druga z
córek, Małgorzata chciała wyjść za mąż. W tamtej opoce było całkowicie normalne,
że pani Catez pragnęła, aby Elżbieta pozostała w domu, by się nią zajmować. Nie
było domów starców, a najstarsza z córek zostawała w domu zajmując się
rodzicami. Pani Catez sprzeciwiała się więc zamiarowi córki, a w dodatku jej
zdrowie było bardzo słabe. Było możliwe, by Elżbieta z poczucia obowiązku
pozostała w domu, by zajmować się matką i żeby odczytała to jako wolę Bożą. Tak
więc jej przyszłość karmelitańską jej marzenia dotyczące życia kontemplacyjnego
były dość zagrożone. Być może nigdy nie mogłaby zrealizować swego marzenia.
Jednak w tym momencie jej życia zdarzyło się coś cudownego, a mianowicie to, że
w wieku siedemnastu lat Elżbieta przeżywa swoje nawrócenie. Wcześniej chciała
całkowicie oddać się Jezusowi w klasztorze Karmelitanek, a cała jej uwaga była
skierowana właśnie na to jutro, które będzie mogła przeżywać w klasztorze.
Jednak w obliczu sprzeciwu swojej matki, zgadza się oddać całkowicie woli Jezusa
niezależnie od tego, jaka będzie ta wola, nawet jeżeli będzie musiała pozostać w
świecie, i zgadza się kochać Jezusa ponad wszystko tu i teraz. Tak właśnie
wkracza w konkretną rzeczywistość woli Pana.
Są może jakieś odkrycia charakterystyczne dla tego okresu życia Elżbiety?
Są dwie charakterystyczne rzeczy, których Elżbieta wtedy doświadcza. Po
pierwsze - uwewnętrznia ona swoją kontemplację, chce urzeczywistniać ją już, nie
tylko w klasztorze, w środowisku klauzurowym, ale uwewnętrznia klasztor w swoim
sercu. W tym właśnie momencie odkrywa niebo swojej duszy, wewnętrzną celę,
Betanię istniejącą w jej sercu, będzie przeżywać kontemplację wewnątrz siebie.
Wtedy odkrywa wielką wagę tego, że siedziba Jezusa znajduje się w jej wnętrzu.
Drugą z rzeczy, na którą chciałbym zwrócić uwagę i która również jest bardzo
piękna i bardzo ważna, jest to, że jakby zeświecczą ona swoją kontemplację. Na
razie nie będzie ona mogła przeżywać jej w klasztorze, jako mniszka, będzie
jednak żyła w swojej wewnętrznej celi, pozostając w świecie. Elżbieta była
bardzo uważna na obecność Boga we wszystkim i oddawała się życiu konkretnemu,
życiu młodej osoby świeckiej, była wspaniałą pianistką często koncertowała dla
swoich przyjaciół, dużo tańczyła, bo znajdowała się w środowisku wojskowym i
burżuazyjnym, a także dużo podróżowała ze swoją matką. Podróżowała po całej
Francji, była też w Szwajcarii, grała w tenisa i w inne gry. Krótko mówiąc,
brała czynny udział w życiu społecznym. Lubiła bardzo dobrze się ubierać, a
jeżeli spojrzycie na jej zdjęcia z tego okresu, zauważycie na pewno, że była
bardzo elegancka, miała ładną fryzurę, bardzo piękne czarne oczy. Wszyscy
wspominają jej spojrzenie, piękne i głębokie. Zależało jej bardzo na tym, aby
być promienną, piękną, ponieważ podobnie jak Teresa z Avila: która zachowywała
się w podobny sposób, Elżbieta mówiła: "Trzeba, aby świątynia Boga była piękna."
Pragnęła promieniować pięknością Boga jak każda młoda dziewczyna swego czasu,
która brała udział w życiu konkretnym.
Czy myśli ojciec, że błogosławiona Elżbieta ma specjalne przesłanie dla
artystów?
Tak, ponieważ sama była artystką miała duszę artysty, była bardzo dobrą
pianistką. Jej siostra także studiowała muzykę, była jeszcze lepszą pianistką od
Elżbiety pod względem technicznym, jednak Elżbieta wkładała o wiele więcej ze
swojej duszy w muzykę, jaką wykonywała. Była więc wielką artystką.
Kiedy wychodząc z kościoła św. Michała w Dijon patrzyła na teatr, mówiła: "O,
jak bardzo chciałabym być aktorką, artystką." Jej otoczenie bardzo dziwiło się z
tego powodu, ponieważ w tej epoce artyści nie byli osobami dobrze postrzeganymi.
Między innymi z tego powodu, że trzeba było grać wszystkie role. Elżbieta
mówiła: " Tak bardzo chciałabym być artystką, aby sprawić, że Bóg będzie obecny
w tym środowisku. Być artystką aktorką grając Boga, pokazując Boga, sprawiając,
że Bóg będzie obecny w mojej grze na scenie, za pośrednictwem całej mojej
istoty." Mówiła także do jednej z przyjaciółek: "Dziś wieczorem wybieram się na
wieczorek tańcujący, módl się za mnie, aby kiedy ktoś zbliży się do mnie, poczuł
on we mnie obecność Boga." Chciała być ikoną, obrazem Boga. Miała także głębokie
wyczucie piękna. Spotkałem bardzo wielu artystów, bardzo wyczulonych na tę
stronę jej osoby. Tak więc widzimy, że przez swoje życie chciała ona stworzyć
dzieło sztuki. Dzieło, które nie byłoby jakimś utworem muzycznym, dziełem
materialnym, czy też jakimś wyrazem plastycznym, ale dzieło, którym byłoby jej
własne życie. Jej życie będzie więc dziełem sztuki, dziełem pięknym, które
zostanie pokazane Bogu i w końcu zrozumie ona, podobnie jak Teresa, tylko na
swój własny sposób, że to Bóg jest Boskim artystą, który powinien ukształtować
jej duszę i że w rzeczywistości Duch Święty jest największym artystą jej życia.
Czy można by powiedzieć, że Elżbieta żyła głębokim życiem duchowym,
pozostając w świecie?
Wielkim odkryciem Elżbiety było to, że głęboka kontemplacja możliwa jest
także w świecie, że możliwa jest także dla osób świeckich, pod warunkiem, że
podobnie jak ona, oddadzą się one całkowicie Bogu, oddadzą się jego konkretnej
woli i będą jej wierne. Kiedy zrozumiała, że Bóg jest miłością, oddaje się
całkowicie tej miłości. Ma bardzo prawe i zarazem bardzo radykalne serce.
Pragnęła jak najczęściej być obecna dla Boga, obecnego w niej. Powiedziałbym, że
znajdujemy u niej ciągłą kontynuację modlitwy, często powraca do obecności
Jezusa w niej samej. Bardzo często wchodzi do swej wewnętrznej celi znajdującej
się w jej sercu, w której spotyka Trójcę. Kiedy będzie już Karmelitanką, w
swoich pismach jakże często będzie powtarzać przyjaciołom pozostałym w świecie:
"Także i wy możecie żyć moim ideałem życia kontemplacyjnego, ponieważ wy także
posiadacie własne niebo, jest to niebo waszych dusz i mieszka w nim Trójca
Święta, mieszka w was łaska chrztu, obecność Boga. Dlatego także w świecie
możecie żyć tą głęboką duchowością." Widzimy więc, że Elżbieta przeszła całą tę
drogę, bardzo głęboką, bardzo wewnętrzną ważną drogę świętości zanim miała
jakikolwiek kontakt z literaturą duchową.
Gdzie Elżbieta szukała "duchowego pokarmu"?
Kiedy przeczytała Dzieje duszy w pierwszym wydaniu, miała dziewiętnaście lat
i bardzo zafascynowała ją ta płomienna miłość, którą widziała u Teresy. Później
w Karmelu przeczytała dzieła św. Jana od Krzyża. Od niego zapożyczyła mistyczne
słownictwo, którym będzie się posługiwać w swoich pismach. Św. Jan od Krzyża
dodał jej odwagi, aby postępowała zgodnie ze swoim ideałem. Należy jednak
podkreślić, że to nie św. Jan utwierdził ją w jej ideale, ponieważ już dużo
wcześniej sam Bóg utwierdził ją w tym, że jest na dobrej drodze. Rozwinęła całą
duchowość zjednoczenia z Bogiem, duchowość życia kontemplacyjnego, duchowość
miłosnej uwagi jaką otaczała Boga. W Karmelu Elżbieta przeczytała Nowy
Testament, znała oczywiście wcześniej ewangelię, ale w Karmelu odkryła listy św.
Pawła. W nich także odkryła swe imię zakonne. Imieniem tym była "Chwała łaski".
Oczywiście jej imieniem karmelitanki było imię: Elżbieta od Trójcy
Przenajświętszej, ale jako osobisty duchowy przydomek wybrała sobie ten, który
pochodził z listu apostoła. Słów tych używa św. Paweł mówiąc, że przed
założeniem świata Bóg przeznaczył nas ku chwale majestatu swej łaski (por. Ef 1,
4-6).
Elżbieta, która zajmowała się muzyką była zafascynowana pięknem. Często
podkreślała piękno, świętość potrójnie świętego Boga. Cała jej dusza posiadała
wielkie piękno psychologiczne, a także w swoim życiu duchowym pragnęła być
bardzo piękną dla Boga, uczynić swe życie czymś wspaniałym, czymś co działałoby
na chwałę Boga.
Co Elżbieta mówi o swoim miejscu w Karmelu i w Kościele?
W Karmelu Elżbieta odnalazła środowisko bardzo radykalne, oddane modlitwie.
Żyła z siostrami, które posiadały ten sam co ona ideał. Widziała swoją wspólnotę
jako karawanę, która razem maszeruje po pustyni, aby modlić się do Boga,
wychwalać Go, zwracać całą swą uwagę na Jego miłość, na Jego obecność, a
wszystko to dla Kościoła. Elżbieta nie mówiła o tym, być może, tak często jak
Teresa, która zwykła była mawiać o sobie, że żyje dla dusz. Jednak mówiąc o tym,
używała bardzo pięknego obrazu zawartego w słowach: "Ja będę ciągle trwać przy
źródle, jak małe naczynie, które pozwala się wypełniać wodą żywą, pochodzącą ze
źródła i które następnie wylewa tę wodę na dusze." Używając tego obrazu Elżbieta
mówi o tym samym o czym mówi Teresa, która pragnęła być miłością w sercu
Kościoła, ponieważ to miłość sprawia, że wszystkie członki Ciała mistycznego
mogą działać. Dalej Elżbieta mówi: "Małe naczynie, z którego woda się przelewa,
także działa dla dobra wszystkich dusz." W tekście, który napisała trzy lata po
wstąpieniu do Karmelu, i który ponadto powstał po całym dniu modlitwy, oddaje
się całkowicie Chrystusowi, aby on mógł ją przeobrazić. Nie jest to jeszcze jej
ostatnia modlitwa. Swej ostatniej modlitwy Elżbieta nie spisała na papierze, ale
spisała ją swoim życiem.
Jak Elżbieta przeżywała ostatnie chwile swego życia?
W tych czasach umierało na gruźlicę bardzo dużo młodych ludzi zarówno w
klasztorach, jak i w świecie. W Lisieux co tydzień grzebano dwie osoby, które
były ofiarami gruźlicy. Elżbieta także padła ofiarą tej choroby, będącej plagą
tamtych czasów, a kiedy poczuła, że jest chora i że na pewno umrze, postanowiła
zrealizować swoje ostatnie pragnienie: "Pragnę być przeobrażona już nie w
Chrystusa, ale w Chrystusa ukrzyżowanego." W swoim życiu pragnęła przeżywać na
nowo cierpienia Chrystusa. Tak jak Zbawiciel, ofiarowała je za dusze. Ponieważ
wiele cierpiała, była także bardzo szczęśliwa. Była niewyobrażalnie silna, nigdy
się nie skarżyła, a kiedy spoglądamy na jej ostatnie zdjęcie, które zostało
zrobione trzy tygodnie przed śmiercią możemy zauważyć, że trzyma się jeszcze
prosto, i w swej postawie wygląda na osobę bardzo dumną.
Ostatni tekst jaki napisała, nazywamy jej ostatnimi rekolekcjami, ponieważ są
to notatki z jej ostatnich rekolekcji. Możemy w nim zauważyć wiele akcentów
osobistych. Mówi o sobie, że jest królową która jest dumna i szczęśliwa,
ponieważ razem ze swym poniżonym i ukrzyżowanym Królem, może podążać drogą
Kalwarii. Znajduje się po jego prawicy, jest wierna aż do końca. Jest wierna
zanim nie zostanie przeobrażona w Chrystusa chwalebnego, wstępującego w chwałę.
Co Elżbieta i Teresa mogłyby powiedzieć współczesnemu człowiekowi?
Myślę, że razem mówią o wielkości i pięknie miłości Boga, obie także mówią,
czy raczej krzyczą do współczesnych ludzi: "Prosimy was, nie zapominajcie o Bogu
i nie zapominajcie o Chrystusie, który jest ikoną Bożej miłości, wyrażają i jest
miłością oddającego się nam Boga". Dlatego myślę, że zarówno Teresa, jak i
Elżbieta w sposób bardzo wyraźny podkreślają miłość i wagę Boga, wagę pierwszego
przykazania, którym jest kochać Boga ponad wszystko. Teresa i Elżbieta to dwie
osoby, które w sposób całkowity oddały się miłości. Widzieliśmy to już w
analizie tekstów ich modlitw. Są to dwie osoby, które całkowicie otworzyły się
na Boga żyjącego. Dla nich Bóg nie jest jakimś abstrakcyjnym wyobrażeniem, nie
jest to Bóg daleki i martwy, zagubiony gdzieś w chmurach.
Jest to Bóg, który mieszka w nas samych. Bóg jest Duchem, a one oddają się
Duchowi Bożemu. Duch Święty pragnie działać i dzisiaj we mnie, w moim życiu, w
tej chwili. Jeżeli pozwolimy Mu na to działanie, wejdzie w posiadanie naszego
życia, przemieni je, stworzy z nas prawdziwych uczniów Jezusa, narzędzia Jego
miłości w świecie, prawdziwych misjonarzy Boga, a także i wielkich mistyków,
osoby całkowicie oddane Bogu. Coś takiego może się zdarzyć w każdych
okolicznościach, np. w życiu konsekrowanym, ale również i w życiu świeckim.
Wszędzie, w każdych okolicznościach można być uczniem Jezusa, wszędzie możemy
być chrześcijanami, żyjącymi we właściwym sobie powołaniu, czy to będzie
powołanie matki lub ojca rodziny, powołanie studenta, sportowca, polityka,
artysty, osoby żyjącej życiem kontemplacyjnym, księdza, osoby młodej czy
starszej. Duch Święty został dany wszystkim i należy się na Niego otworzyć. Jest
to wielkie przesłanie Teresy i Elżbiety. Jest to krzyk, który mówi nam, że Bóg
istnieje. Kochajcie Go! On pragnie działać w was, jest darem samym z siebie,
jest działaniem. Przyjmijcie Go, otwórzcie drzwi waszego serca.
Uważam, że jest także trzeci aspekt, który jest dla nich wspólny, jest
wspólny w ich przesłaniu, a jest nim doświadczenie Boga w bardzo młodym wieku.
Obie przystąpiły do pierwszej Komunii św. w dość młodym wieku, ponieważ taki był
zwyczaj w tamtych czasach. Teresa miała wówczas dokładnie jedenaście lat i pięć
miesięcy, a Elżbieta dziesięć lat i dziewięć miesięcy. Obie przeżyły tę pierwszą
Komunię św., to pierwsze spotkanie eucharystyczne z Jezusem jako bardzo wielką
łaskę. W przypadku Teresy i Elżbiety trzeba się przyzwyczaić do tego, aby
patrzeć na nie jako na młode święte. Duch Święty działa w nich, w ich
dziecięcych sercach, w ich dziecięcej psychologii, w psychologii młodych
dziewcząt. Tym właśnie jest młodość, i w przypadku Elżbiety i Teresy
najpiękniejsze jest to, że możemy zauważyć, jak potrafiły one, w bardzo młodym
wieku, oddać się całkowicie miłości Boga, ofiarować się obecności Jezusa.
Pozwoliły kształtować się Jezusowi, a im wcześniej zaczynamy oddawać się w
szczery, w poważny sposób Jezusowi, tym większe ma to znaczenie dla późniejszego
życia.
Jakie zagadnienia są charakterystyczne dla Teresy, a jakie dla Elżbiety?
Teresa z Lisieux będzie mówiła nam o miłosierdziu Bożym, będzie mówiła o tym
przede wszystkim, ponieważ jest to jej wielki charyzmat. Będzie mówiła o
miłosierdziu, bez granic, ponieważ nasza niemoc nie może być granicą dla Boga,
nasza słabość nie może być granicą, nawet nasz grzech nie jest granicą dla Boga,
nie jest dla Niego żadną przeszkodą. Teresa mówiła: "Jeżeli popełniłabym
wszystkie możliwe grzechy, wszystkie możliwe zbrodnie, zawsze będę miała tę samą
ufność i czuję, że będzie to tylko kropla wody która wpada w Boski ogień, i
natychmiast wyparowuje." W ten właśnie sposób działa w nas miłosierdzie Boże.
Teresa jest oczywiście doktorem miłości miłosiernej i dlatego przekazuje nam
swoje przesłanie nadziei.
W naszych czasach jest wielu ludzi, którzy często z powodu zamykania się na
obecność Boga, bardzo łatwo tracą nadzieję i radość, tym bardziej kiedy
przychodzą jakieś trudne momenty, próby, samotność, kiedy jest się pozostawionym
samemu sobie, kiedy nie ma się pracy... Teresa przekazuje nam swoje przesłanie
nadziei. Najważniejsze w tym przesłaniu jest to, że ona sama przeżyła wiele prób
psychicznych, wiemy, czym była dla niej strata matki i osób, które jej matkę
zastępowały. Przez to stała się nadzwyczaj wrażliwa, a trwało to u niej, aż do
czternastego roku życia. Mogłaby pogrążyć się w depresji, jednak ciągle miała
nadzieję, ciągle modliła się, ponawiała wysiłki, i w końcu, dzięki "łasce Bożego
Narodzenia" w roku 1886, odnalazła całą siłę swej duszy.
Teresa uczy nas, że nigdy nie trzeba tracić nadziei, że każdy może mieć swą
"łaskę Bożego Narodzenia". Przesłanie Teresy jest więc, przede wszystkim
przesłaniem nadziei i przesłaniem miłości miłosiernej. Mógłbym jeszcze
powiedzieć bardzo dużo chcąc podkreślić jej "szerokie jak świat serce".
Posiadała ona ducha misyjnego, była bardzo solidarna, modlitwą swoją otaczała
cały świat. Chciałbym jednak podkreślić coś, co jest bardzo ważne, a mianowicie
to, że pod koniec swojego życia przeżyła bardzo głęboką noc wiary i doświadczyła
wszystkich pytań, jakie rozum może postawić wierze, wszystkich wątpliwości na
temat nieba i istnienia Boga. Sama przeżyła dramat współczesnego człowieka,
borykającego się z wieloma pytaniami, z licznymi wątpliwościami, i często
żyjącego w środowisku ludzi niewierzących. Wspaniałe w życiu Teresy jest to, że
odkrywa ona odpowiedzi zawsze w trudnych momentach. Ucieka się wtedy do Jezusa i
mówi: "Kiedy przychodzi pokusa przeciwko wierze, biegnę do mojego Jezusa." W ten
sposób pogłębia jeszcze swoją wiarę w Jezusa. Teresa posuwa się naprzód w nocy,
lecz w ręce trzyma zapaloną lampę wiary. Jak sama mówi: "błyszczącą pochodnię
wiary." Myślę, że jest to przesłanie głębokiej wiary, i dlatego właśnie Teresa
jest osobą bardzo nowoczesną. Współczesny człowiek stawia sobie wiele pytań, i
Teresa jest mu bliska, ponieważ na te wszystkie pytania znajduje odpowiedź.
Odpowiedzią tą jest Jezus i jego ewangelia - pochodnia wiary. Teresa była bardzo
solidarna ze wszystkimi, zarówno z osobami niewierzącymi, jak i wierzącymi, z
grzesznikami i ze świętymi. Siedzi przy stole grzeszników, choć sama tak go nie
nazywa. Dla niej jest to stół cierpienia, stół goryczy, przy którym siedzą
grzesznicy, przy którym siedzą wszyscy ludzie. Teresa była bardzo solidarna ze
wszystkimi cierpiącymi, a szczególnie z cierpiącymi osobami niewierzącymi.
Elżbieta natomiast ma dla nas bardzo piękne przesłanie, które jest przesłaniem
obecności Boga. Przypomina nam ona, że nie jesteśmy puści, że mieszka w nas Bóg.
Bóg, który jest żywy, i który nas kocha. Często mówi o Bogu, który jest tylko
miłością. Piękne jest, że ukazuje nam ona duchowość obecności dla Boga,
otaczania Go coraz większą uwagą i to wszędzie, w każdym środowisku w którym się
żyje. Elżbieta przeżyła swoje doświadczenie, swoje zjednoczenie z Bogiem,
kontemplację w wewnętrznej celi swojego serca jako młoda, świecka dziewczyna. A
wszystko to przeżywała w świecie podróżując i tańcząc. Chciała, by Bóg przez nią
promieniował. Często powtarza nam ona, że to co jest najważniejsze, to nie
fizyczna samotność, ale w samotności fizycznej np. w samotności karmelitanek,
rzeczą najważniejszą jest wewnętrzny spokój, wewnętrzna uwaga, miłość
odpowiadająca na miłość Boga. Pozwolić, aby Bóg zamieszkał w nas. Oddać się
miłości. Elżbieta mówi o wzajemności miłości i wzajemności obecności dla Boga,
który jest obecny wszędzie. Bóg jest obecny w taki sam sposób w samotnej celi
karmelitanki, czy też w celi pustelnika, jak w pociągu lub w miejscu pracy.
Zawsze możemy odnaleźć Boga pod warunkiem, że sami pozwolimy mu się wypełnić
jego obecnością.
Dodałbym jeszcze coś, co jest bardzo piękne u Elżbiety. Mianowicie to, że
miała ona wielu przyjaciół i w ostatnich wersach listu, jaki napisała do swojego
wielkiego przyjaciela Karola, pisze: "Mój kochany Karolu, mój Braciszku, jeszcze
bardziej będę Cię kochać w niebie niż na ziemi." Jest to ostatnie zdanie
napisane przez Elżbietę. Miała ona także wiele przyjaciółek, które posiadały
inne niż ona powołanie, wyszły za mąż, urodziły dzieci. Elżbieta pisywała do
nich. Koresponduje także ze swoją siostrą Małgorzatą, przyszłą matką
dziewięciorga dzieci. Do tych wszystkich młodych mam odnoszą się słowa:
"Jesteście sakramentami Boga i musicie nauczyć swoje dzieci, aby kochały Jezusa,
aby modliły się do Jezusa i do Maryi. To właśnie wy jesteście narzędziami Boga."
Do swojej siostry Małgorzaty wypowiedziała to sławne zdanie: "Działając w tobie,
Bóg pragnie sprawiać, aby Go kochano." I takie jest właśnie nasze powołanie w
świecie. Mamy nieść miłość Boga, Bóg ma działać w nas, w naszym życiu. Wtedy
właśnie jesteśmy wypełnieni Jego obecnością. Elżbieta postrzegała to jako łaskę
mistyczną.
Chce oddać tę obecność tak wielu ludziom na całym świecie. Elżbieta mówiła:
"Trzeba wychować nasze serce do modlitwy. A do tego trzeba powracać świadomością
o obecności Boga wiele razy w ciągu dnia." Twierdzi także: "Istnieje niebo w
waszej duszy, istnieje wasza wewnętrzna cela, to wewnętrzne sanktuarium. W tym
sanktuarium znajduje się Trójca Święta. A więc po prostu podczas paru chwil
spójrzcie na Boga obecnego w was, spotkajcie się spojrzeniem z tym Bogiem,
powiedzcie Mu, że Go kochacie, powiedzcie Mu, że jesteście szczęśliwi ponieważ
On was kocha i powtarzajcie to po kilka razy dziennie. Właśnie w ten sposób
staniecie się kontemplatykami, osobami modlitewnymi. W sposób jakby automatyczny
i na pewno po jakimś czasie odczujecie także, ze to nie wy szukacie Boga, ale
Bóg sam was szuka i chce się z wami spotkać. Odkryjecie, że Bóg was kocha,
odczujecie to wcześniej, jeszcze niż zaczniecie o Nim myśleć. Obudzi się w was
łaska, obecność Boga, która wytworzy w was potrzebę wzajemnej obecności."
Dlaczego Bóg miałby ograniczyć ten dar do Teresy czy do Elżbiety? Przecież
istnieją miliardy ludzi, miliardy kobiet i mężczyzn, którzy tak bardzo Go
potrzebują. A jeżeli otworzymy drzwi naszego serca i naszej duszy, to Bóg na
pewno w nich zagości.
Wiem, że w dzisiejszych czasach wielu młodych fascynuje się osobą Teresy z
Lisieux. Myślę, że bliska im jest jej koncepcja słabości. Czy mógłby ojciec
przedstawić ją bliżej?
Słabość Teresy jest bardzo rzeczywista. Często nie sądzilibyśmy w ten sposób,
ale Teresa sama przyznaje, szczególnie na koniec Rękopisu B, w długim liście do
swojej siostry Marii, z września 1896 r., w którym zwraca się do Jezusa i
wypowiada to znane zdanie: "O Jezu! Gdybyś znalazł duszę mniejszą i bardziej
słabą od mojej, ale nie jest to możliwe, wypełniłbyś tę duszę jeszcze większymi
łaskami niż napełniłeś mnie, pod warunkiem, że otworzyłaby się ona na Ciebie z
nieskończoną ufnością"
Teresa była przekonana, iż była najsłabszą duszą, i myślę, że miała taką
świadomość, ponieważ jako dziecko przez dziesięć lat musiała zmagać się ze swoją
słabością która nie wynikała z błędów moralnych, ale była to przede wszystkim
słabość psychiczna. Cierpiała bardzo z tego powodu, była nadwrażliwa, pragnęła
przezwyciężyć samą siebie, walczyła z własnymi słabościami, jednak często nie
udawało jej się powstrzymać łez, bardzo dużo płakała. Te łzy były dla niej
powodem do smutku, żalu. Były oznaką własnej słabości. Mówiła potem: "Byłam
jeszcze w powijakach dzieciństwa." W pewnym momencie swojego życia rozchorowała
się, ponieważ została rozdzielona z Paulina. Paulina była dla niej drugą mamą.
Po wstąpieniu do Karmelu, Teresa poczuła się sama, biedna, opuszczona. Wielu
rzeczy się obawiała. Dlatego już wcześniej mówiłem, że mogła pogrążyć się w
depresji, w chorobie nerwowej. Świadomość tego, że pomagało jej Boże
miłosierdzie, utwierdziła ją w przekonaniu, iż powinna być siostrą dla
wszystkich tych, którzy są słabi.
W liście, który napisała na Wielkanoc 1896 r. do o. Roulland mówi, że gdyby
nie otrzymała tej łaski i siły, "łaski Bożego narodzenia" nigdy nie mogłaby
wstąpić do Karmelu. Bardzo dobrze znała swoją psychiczną słabość. Teresa, jak
sama mówi, miała bardzo wrażliwe i kochające serce. Powtarza to dwa razy w
swojej autobiografii. Było to więc serce, które bardzo łatwo wibruje razem z
tym, co jest piękne, bogate, przyjemne, pozytywne, a zarazem serce bardzo
kochające, serce, które potrafi się ofiarowywać. Czujemy tutaj, że Teresa dobrze
wiedziała jakie są możliwości jej własnego serca. Zarówno te pozytywne - skłonne
do miłości, do tego, aby posunąć się w niej daleko, ale także możliwości serca,
które mogłoby ją w tej miłości zgubić. Często powtarza, że na dnie serca jest
podobna do Marii Magdaleny. Mówi także, że byłaby w stanie przejść jak Maria
Magdalena całą drogę, która jest przede wszystkim drogą miłości Chrystusa i
drogą kontemplacji, ale jest także drogą grzechu. Teresa mówiła: "Czuję, że
posiadając taką naturę jaką mam, mogłabym upaść tak nisko, jak Maria Magdalena."
Ma więc całkowitą świadomość możliwości swojego serca.
Wszyscy na dnie naszych serc jesteśmy bardzo słabi. Jesteśmy osobami słabymi,
grzesznikami. Odczuwamy to. Możemy wszyscy zwracać się do Matki Bożej mówiąc:
"Módl się za nami grzesznymi." Teresa poznała te możliwości serca i mówi o nich
w bardzo piękny, obrazowy sposób: "To prawda, że nigdy nie upadłam w grzechu
śmiertelnym, ale stało się to jedynie za sprawą łaski Bożej, dlatego, że Bóg
usunął wszystkie kamienie, wszystkie głazy z mojej drogi, a więc teraz powinnam
kochać Pana podwójnie. Ponieważ nie wybaczył mi wiele, podnosząc mnie po upadku,
ale wybaczył mi wszystko, z góry usuwając głazy, na których mogłabym upaść. A
więc nie powinnam kochać Go bardzo, ale powinnam kochać Go w sposób
nieskończony." Teresa ma więc świadomość, że jest podobna do Marii Magdaleny, i
dlatego widzimy, że zna ona bardzo dobrze ludzkie serce. Zna także ludzkie
słabości. I tacy są właśnie najwięksi święci, którzy sami być może nigdy ciężko
nie zgrzeszyli, ale doskonale znają słabość człowieka.
Zauważmy, że Niepokalaną Dziewicę nazywamy Matką, ucieczką grzeszników. A
Jezusa, który nigdy nie zgrzeszył, nazywano przyjacielem grzeszników i
Zbawicielem grzeszników. Nikt lepiej od niego nie rozumiał głębi ludzkiej
słabości. Teresa także czuje się bardzo bliska grzesznikom. Możemy odnaleźć u
niej bardzo piękne słowa na ten temat, które napisała po odkryciu Miłości
Miłosiernej Boga. Mówi: "Z całą naszą słabością jaka by ona nie była, a jest ona
nieskończona, zawsze możemy pójść do Boga, zwrócić się do niego." Nawet jeżeli
Teresa nigdy ciężko nie zgrzeszyła, miała bardzo głębokie wyczucie grzechu. Po
słabości psychicznej, po słabości jaką Teresa odkrywa w swoim sercu,
możliwościach upadku jakie są w nas, możliwościach grzechu, jest jeszcze trzecia
rzecz, o której chciałbym powiedzieć, mianowicie to, że Teresa jest mistyczką.
Im bardziej zbliża się ona do Boga, tym lepiej widzi, że nie daje mu jeszcze tej
miłości jaką pragnęłaby Mu ofiarować. Im bardziej zbliża się do Boskiego słońca,
tym lepiej widzi wszystkie najmniejsze plamki, najmniejsze ziarnka kurzu, jakie
są w jej życiu, a więc im bardziej staje się mistyczką im bardziej jest bliska
Bogu, tym ma większe poczucie słabości. Nigdy nie będzie taką jaką chciałaby być
dla Boga, nie stanie się taką jeżeli Bóg sam nie będzie kochał w jej własnym
sercu. Teresa uznaje się za małą siostrę najbiedniejszych. Uważam, że to osoby
pod każdym względem najbiedniejsze, najbardziej zagubione, mogą czuć się
najlepiej w Jej towarzystwie. Święta odkrywa Jezusa miłosiernego. Często cytuje
to zdanie z Ewangelii, które mówi o tym, że Jezus przyszedł do grzeszników. A
więc jest to miłość, poszukująca grzeszników, poszukująca ubogich, poszukująca
maluczkiego, właśnie dlatego, że jest biedny. Obrazem tego jest Jezus, który
bierze na swoje ramiona zagubioną owcę. Jakże piękny gest. Jak dobrze jest
spoczywać na ramionach Jezusa.
Czy Elżbieta przeżywa swą słabość w sposób podobny do Teresy?
U Elżbiety sprawa przedstawia się w zupełnie inny sposób. Nie jest ona typem
małej duszy. Wszyscy jesteśmy małymi duszami, ale Elżbieta nie jest duszą słabą
jest dusza silną. Posiadała bardzo dużą siłę woli, prawość i przejrzystość.
Miała "żelazną" wolę. Nie możemy więc powiedzieć, że jest to mała dusza osoby
nadwrażliwej, łatwo popadającej w depresję. Choć była bardzo wrażliwa, to jednak
potrafiła nad tym zapanować, czując jednocześnie, że jej serce zdolne jest do
wszystkiego. W swoim dzienniczku mówi, że bez miłosierdzia Boga byłaby zdolna do
wszystkiego co dobre i złe. Każdy jest zdolny do wszystkiego. Być może nie do
wszystkiego, ale do wielu rzeczy. Do rzeczy tak najlepszych, jak i najgorszych.
Uważam, że poczucie słabości u Elżbiety, jest poczuciem oddalenia.
Rozumie, że im bardziej kocha się Boga, tym bardziej odczuwa się potrzebę
otwarcia się na jego działanie, na jego łaskę, na jego miłosierdzie. Sama często
podąża za Teresą mówiąc, że trzeba oddać się Bogu jak dziecko, jak dziecko w
ramionach matki. Kiedy widzimy nasze błędy i nasze zapominanie się, musimy po
prostu potrafić rzucić to wszystko w ogień miłości Bożej, który jest naszym
miłosierdziem, który jest ogniem miłosiernym, spalającym wszystko płomieniem,
który jest naszym czyśćcem. To właśnie miłość jest naszym czyśćcem. Elżbieta
oddaje się Bogu, i w swej wielkiej wierze mówi: "Wiem, że Bóg pragnie pomóc mi,
i teraz, umocniona jego łaską, pewna jego miłości, pewna jego pomocy idę
naprzód." W swej modlitwie mówi: "Chciałabym, chciałabym, chciałabym Cię kochać,
chciałabym być oblubienicą dla twojego serca. Ale czuję moją niemoc i proszę
Cię, abyś przyoblekł mnie w siebie." Następnie trzy razy powtarza: "Chcę ciągle
na ciebie patrzeć, chcę oddać ci się, chcę..."
Kiedy była bardzo chora (Wielkanoc, roku 1906) uważano, że niedługo umrze.
Rzeczywiście zmarła 9 listopada, tego samego roku. Mówiła: "Tak bardzo byłabym
szczęśliwa, gdybym zmarła w dzień Wielkanocy, ale kiedy znajduję się przed
Bogiem, czuję się tak mała, i z tak bardzo z pustymi rękami". Elżbieta zwraca
się do wszystkich podobnie jak Teresa, znajdujemy u niej jednak szczególną nutkę
siły. Każda z nich przeżywa świętość na swój własny sposób, według miary łaski
Bożej. We wszystkich nas mieszka Bóg, mieszka w wewnętrznej celi naszego serca,
w niebie naszej duszy. Dlatego Święte mówią do nas: "Otwórzcie je Chrystusowi".
Rozmawiali: Joanna Pakulska i Maciej Jaworski OCD
Tłumaczyła Joanna Pakulska
Karmel, 1/1999 |