|
Śmierć brata Franciszka
Wiesław Kiwior OCD
Początek dnia nie wyróżniał się zewnętrznie
niczym od innych dni, ale wewnętrznie Franciszek przeżywał go nieco inaczej.
Wprawdzie podczas porannej medytacji odczuwał trudności w skupieniu swych myśli
na Bogu, ale późniejsza Msza św. i Komunia św. sprawiły, że przedpołudniowa
pracę przeżywał w obecności Chrystusa, co jeszcze przed dwoma dniami sprawiało
mu wielkie trudności. Zmiana, za którą dziękował Jezusowi, nastąpiła za
sprawą wczorajszego sakramentu pokuty i pojednania. Sam przyznaje, że odbyta
spowiedź wlała w niego, jak zwykle, nowego ducha, a skutkiem tego było
postanowienie i ćwiczenie się w tym, "by ciągle przebywać w obecności Bożej"
oraz gorliwie kontynuować zachowywanie skromności oczu. Ustawiczna pamięć o
obecności Bożej wpływała bardzo pozytywnie na jakość jego życia i dlatego
po spowiedzi i wieczornej medytacji zapisał: "W obecności Boga trudno
grzeszyć, a łatwo być cnotliwym. Na rozmyślaniu coraz wyraźniejsza obecność
Boga". Podczas lekcji, która, zgodnie z porządkiem dnia, odbyła się po
przedpołudniowej pracy, o. Rudolf zapytał go, co dla niego jest znakiem
wybrania do życia w komunii z Bogiem w wieczności. Franciszek – jak zaznacza
o. Rudolf – "ze zwykłą sobie wesołością odrzekł: Ja osobiście uważam,
że powołanie do Zakonu". Franciszek zawsze bowiem uważał, że powołanie
zakonne to sprawa szczególnej miłości Boga do osoby powoływanej, a życie po
śmierci to pełnia tej miłości.

Siedleckie lasy bukowe
Obelisk upamiętniający śmierć brata Franciszka
Po obiedzie nowicjusze wraz z o. Rudolfem, w ramach
cotygodniowej rekreacji, wybrali się – ubrani w habity zakonne – do
oddalonego o kilka kilometrów Siedlca, gdzie przy żniwach w tamtejszym
klasztornym gospodarstwie pracowali klerycy razem z o. Bazylim Jabłońskim,
magistrem. Pomagający w pracach żniwnych bracia do klasztoru w Czernej
powracali na niedzielę. Decyzja o ich czasowym pobycie w Siedlcu była
spowodowana pilnością prac żniwnych, brakiem w gospodarstwie pracowników, którzy
zostali wezwani przez władze okupacyjne do budowy fortyfikacji ziemnych – wałów,
okopów i rowów, a także faktyczne zaangażowanie kleryków do nie cierpiącej
zwłoki pracy, aby w ten sposób uchronić ich przed przymusowym udziałem w
budowie umocnień. W kaplicy, mieszczącej się we dworze, zakonnicy odmawiali
modlitwę brewiarzową, odprawiali modlitwę myślną, a o. Bazyli sprawował
dla nich codziennie Mszę św.
Franciszek bardzo się ucieszył, że pójdą do
Siedlca, ponieważ w ten sposób mógł spotkać się ze współbraćmi, których
już od paru dni nie widział, i mógł z nimi porozmawiać. Przed wyjściem dłużej
niż zwykle modlił się przed Najświętszym Sakramentem w kaplicy nowicjackiej,
a następnie razem z innymi powierzył się opiece Matki Bożej Szkaplerznej w
modlitwie "Zdrowaś Maryjo", odmówionej przed Jej łaskami słynącym
obrazem. Pamiętając o wczorajszym postanowieniu dotyczącym obecności Bożej,
poprosił o. Rudolfa o pozwolenie na zabranie z kaplicy małego dzwonka, aby w
czasie spaceru mógł przypominać sobie i współbraciom o tej rzeczywistości
i prawdzie. Wyszli z klasztoru we czterech: o. Rudolf Warzecha, br. Franciszek
Powiertowski, br. Mieczysław Woźniczka i br. Andrzej Zajdler. Podczas leśnej
wędrówki i braterskich rozmów Franciszek wyrażał swoją radość ze zbliżającego
się ze współbraćmi spotkania, co jakiś czas przypominał dzwonkiem o obecności
Boga, opowiadał swoje przygody na polowaniu, w którym brał udział razem ze
swoim wujem, był pełen wesela i humoru. Kiedy doszli na skraj lasu, natknęli
się na żołnierzy niemieckich, którzy po wylegitymowaniu ich i wypytaniu czy
w czasie spaceru nie napotkali w lesie jakichś ludzi, pozwolili im pójść
dalej. W czasie krótkiego pobytu w Siedlcu Franciszek pytał braci kleryków o
ich pracę, o zmęczenie i poprosił Magistra, a była to jego ostatnia prośba,
o pozwolenie na zobaczenie dworskich pomieszczeń, w których współbracia
mieszkają.
W drogę powrotną do Czernej, w grupie pięciu osób,
gdyż dołączył do nich kleryk – br. Tadeusz Cholewa, wybrali się – według
relacji o. Rudolfa – około godz. 15.00 i zamierzali iść tą samą drogą,
którą przyszli. Na skraju lasu natknęli się jednak na patrol niemieckich żołnierzy,
którzy im zabronili wchodzić do lasu i na pytanie którędy mogą wracać do
klasztoru w Czernej, jeden z żołnierzy oświadczył, iż mogą iść ścieżką
obok lasu, na Czatkowice. Idąc wskazaną drogą po pewnym czasie natknęli się
na drugi patrol żołnierzy niemieckich, których br. Franciszek i br. Tadeusz
zapytali, czy mogą iść dalej brzegiem lasu, na co otrzymali pozytywną
odpowiedź. Dostosowując się do otrzymanego polecenia dalej szli jeden za
drugim, a br. Franciszek, który szedł jako pierwszy lub drugi, dał znak
dzwonkiem, aby współbracia pamiętali o obecności Boga. Tak doszli do miejsca
zwanego Dzwonek nad Żbikiem, a ponieważ ścieżka rozwidlała się, dlatego
przez chwilę zastanawiali się, którędy iść dalej. Wybrali
najprawdopodobniej krótszą drogę, aby szybciej powrócić do klasztoru i w
tym właśnie momencie padły strzały z broni palnej, z których jeden ugodził
śmiertelnie najstarszego nowicjusza – br. Franciszka Powiertowskiego.
Wypowiadając słowo "Jezu" upadł na ziemię, wydawał ciche jęki bólu i
stracił przytomność. O. Rudolf odnotowuje, że była godz. 15.23. Pozostali
zakonnicy rzucili się na ziemię, chowając się w rosnące przy ścieżce
paprocie. Strzały nie ustawały. O. Rudolf zbliżył się do br. Franciszka i
nad jego uchem wyszeptał formułę rozgrzeszenia. Pozostali bracia, ogarnięci
strachem, zaczęli odmawiać litanię do św. Józefa. Br. Franciszek po kilku
minutach nie dawał już znaków życia. O. Rudolf przyjął wyznanie grzechów
pozostałych współbraci i udzielił im rozgrzeszenia, a następnie wszyscy,
nadal leżąc ukryci w paprociach, zaczęli odmawiać różaniec. Po upływie
ponad pół godziny lub prawie jednej godziny, w obawie, że żołnierze
niemieccy podejdą do nich i będą rzucać granatami, br. Andrzej Zajdler odważył
się podnieść i z białym materiałem na kiju oddalił się od leżących współbraci
i skierował w stronę lasu, gdzie zauważył kolejny patrol żołnierzy
niemieckich. Po dojściu do nich wytłumaczył, kim są i co się stało z br.
Franciszkiem, a następnie, po wylegitymowaniu go, pod eskortą dwóch lub
trzech żołnierzy powrócił do pozostałych współbraci, aby razem z nimi
zabrać ciało Zmarłego i stawić się przed dowódcą oddziału. Bracia
zabrali ciało br. Franciszka i stawili się przed dowódcą, a po udzieleniu
odpowiedzi na postawione im pytania i po okazaniu dokumentów dowódca dokonał
oględzin zwłok stwierdzając, że kula trafiła w kręgosłup i dalej przeszła
przez jamę brzuszną. Oświadczył również, że żołnierze uznali idących
skrajem lasu zakonników za przebranych partyzantów, na których wojsko
niemieckie prowadziło w tym czasie obławę, i dlatego do nich strzelali. Z
relacji świadków wynika, że strzelający nie należeli do drugiego spotkanego
przez nich patrolu niemieckiego. Ze strony niemieckiej pojawiło się również
stwierdzenie o mistrzowskim trafieniu, a zakonnicy odnieśli wrażenie, że żołnierze
hitlerowscy potraktowali zastrzelenie br. Franciszka jako wyczyn sportowy. Na
koniec polecili zabrać ciało Zmarłego i odejść – "fort gehen".
Współbracia zanieśli ciało br. Franciszka do najbliższego
gospodarstwa (Sawina), ułożyli je tam w pobliżu domu, a mieszkańcy tegoż
domu oraz sąsiednich gospodarstw zebrali się przy Zmarłym i w cichej
modlitwie polecali go Bogu. Niektórzy z nich głośno płakali. Około godz.
19.00 przyjechała furmanka wraz z o. Alfonsem Mazurkiem, przeorem klasztoru
czerneńskiego, i po modlitwie zabrano ciało br. Franciszka, i przez
Krzeszowice, w towarzystwie współbraci, przewieziono je do klasztoru w Czernej.
Na miejsce dotarli około godz. 21.00. Przed kościół wyszli pozostali współbracia
wspólnoty czerneńskiej i w milczeniu przyjęli Zmarłego. Jego ciało do
pogrzebu przygotował br. Witalis Naruk, który stwierdził bardzo dużą ranę
na wysokości żołądka. Br. Franciszek został trafiony od tyłu w kręgosłup
pociskiem ekrazytowym, który spowodował bardzo duże obrażenia wewnątrz jamy
brzusznej.
W piątek, 25 sierpnia 1944 roku, ciało br.
Franciszka Powiertowskiego było złożone w ozdobionej zielenią i kwiatami
kaplicy św. Jana od Krzyża, a bracia nowicjusze i klerycy czuwali przy nim po
dwóch na modlitwie. Przygotowali także dla niego wieniec z liści dębowych
jako znak chrześcijańskiej nadziei.
Pogrzeb br. Franciszka Powiertowskiego odbył się w sobotę rano, 26
sierpnia 1944 roku. Około godz. 9.00 współbracia w białych płaszczach i ze
świecami w ręku oraz dzieci z Zakładu Ks. Siemaszki i wierni świeccy
odprowadzili ciało Zmarłego na przyklasztorny cmentarz i złożyli w grobie,
obok którego zaledwie cztery dni później złożono również ciało jednego z
uczestników uroczystości pogrzebowej - o. Alfonsa Mazurka, przeora. |