|
Duchowy portret Matki Teresy Kierocińskiej
Referat wygłoszony na otwarciu w Muzeum w Sosnowcu
wystawy poświęconej Sł. B. Matce Teresie Kierocińskiej, 2.06.2005 r.
Ekscelencjo, czcigodny Księże Biskupie, szanowny Panie Prezydencie,
szanowni Państwo, drogie siostry karmelitanki Dzieciątka Jezus.
Często w informacjach lub popularnych publikacjach dotyczących postaci
Matki Teresy Kierocińskiej i jej sylwetki duchowej, przedstawia się ją przede
wszystkim jako społecznika, a więc pochylającą się nad ludzką biedą, usiłującą
poprawić los najuboższych w Sosnowcu, zaangażowaną w pracę w Towarzystwie
Dobroczynności, pochylającą się z troską się nad dziećmi i organizującą
dla nich opiekę, czy wreszcie w czasie wojny ratującą dzieci żydowskie. To
wszystko oczywiście czyniła, jednakże u źródeł tej rozległej działalności
Sługi Bożej nie stały wcale motywy filantropijne, typu doktora Judyma z powieści
Żeromskiego. U źródeł wszystkich tych dzieł czynnej miłości, jakie
podejmowała matka Kierocińska była miłość, jaką sama czerpała od Boga, z
którym więź była dla niej czymś najważniejszym. Sama o tym wielokrotnie mówi,
świadczy też o tym jej życie, a także świadectwa osób, które ją znały.
W tym przedłożeniu pragnę pokrótce zwrócić uwagę na najważniejsze
cechy jej duchowej sylwetki, które jednocześnie okazały się najgłębszym źródłem
i inspiracją do dokonania tego wszystkiego, co matka Teresa Kierocińska
rzeczywiście uczyniła w swym życiu.
Zjednoczona z Bogiem w Chrystusie
Przede wszystkim była osobą, dla której Bóg i więź z Nim, a zwłaszcza
więź, którą w życiu duchowym określamy jako zjednoczenie z Bogiem czy świętość,
były sprawą podstawową. Zjednoczenie z Bogiem oznaczało dla niej przede
wszystkim zjednoczenie jej własnej woli z wolą Bożą, czyli pragnienie i
rzeczywiście pełnienie tego, czego pragnie Bóg. W jednym z listów do sióstr
własnego zgromadzenia pisała, że „największa świętość to złączenie
naszej woli z wolą Boga”. Wszystko, cokolwiek sama czyniła, pochodziło u
niej z umiłowania Boga Jego woli. Był On odkryty przez nią przede wszystkim
jako ktoś bliski, jako Oblubieniec i Miłość, w której starała się żyć i
w której pragnęła umrzeć.
Tego Boga Oblubieńca i Miłość odkryła przede wszystkim w Chrystusie. Piała:
„Jezus to życie, to Miłość ku nam nieskończona, dla której wszystko
powinniśmy robić, chociażby nas to najwięcej kosztowało”. W notatkach z
ćwiczeń rekolekcyjnych, jakie odprawiła w 1937 roku, napisała znamienne słowa:
„O, Jezu, Ty [jesteś] moją ufnością, nadzieją, wykonaniem. Tyś dla mnie
wszystkim”. Rzeczywiście Matka Teresa promieniowała miłością Boga, o czym
świadczy wiele wypowiedzi świadków, którzy na co dzień się z nią stykali.
Jedna ze świeckich osób powiedziała: „Całe jej życie, jej działalność,
zachowanie, postawa miały swe źródło w ogromnej miłości Pana Boga. Zawsze
mówiła o Panu Bogu z radością i świątobliwością. W tym temacie czuła się
bardzo dobrze i to się udzielało innym”.
Miłość do Boga czyniła ją wrażliwą na każdą nieprawość i grzech,
które tej miłości się sprzeciwiają. W duchu wynagrodzenia Bogu za grzechy
świata wiele się modliła, najczęściej nocami, podejmowała umartwienia, pościła.
Z tego samego źródła rodziło się jej pragnienie pomocy najuboższym.
Ostatecznym celem tej pomocy było dobro duchowe tych, którym pomagała. Nie
zatrzymywała się jedynie na pomocy materialnej. Pomoc materialna stawała się
sposobnością do mówienia o Bogu i nakierowywania na Niego.
Ufająca Bogu
Doświadczenie Bożej miłości i Bożego prowadzenia rodziło w Słudze Bożej
bezgraniczną ufność wobec Boga, która jest kolejną cechą charakterystyczną
jej duchowej drogi. W Bogu widziała Stworzyciela, który powołuje wszystko do
istnienia i podtrzymuje w istnieniu, Oblubieńca kochającego dusze aż do szaleństwa
krzyża. Uważała Go za Mistrza, który prowadzi i oświeca. Często w listach
mówiła o Jezusie jak o Lekarzu, który współczuje, dopuszcza wiele rzeczy,
ale kieruje wszystkim jak dobry Ojciec i jest zawsze obok jak najlepszy
Przyjaciel. Często powtarzała siostrom: „Kto zaufał Bogu, nigdy nie będzie
zawiedziony”, ponieważ „On będzie się sam troszczył o Wasze potrzeby do
życia”.
Dominowało w niej głębokie przekonanie o tym, że dla Boga nie ma nic
niemożliwego. W najtrudniejszych nawet chwilach potrafiła innym dodawać
otuchy i uciszać ich zalęknione serca swoim opanowaniem i zaufaniem do Boga.
„Niektóre siostry dały się ponosić zwątpieniu, zwłaszcza w czasie wojny
- zeznaje jedna z sióstr. - Matka zawsze umiała im dodać ducha, zawsze oddziaływała
wielkim spokojem”. Całe dzieło, którego dokonała, jest bez wątpienia
owocem jej bezgranicznego zawierzenia Bogu.
Wystarczy przypomnieć niektóre fakty z jej życia związane z pokonywaniem
przeszkód jakimi były: brak środków do życia po opuszczeniu zakładów
Towarzystwa Dobroczynności, spłata długu na kupno domu, brak zaufania ze
strony kapłanów diecezjalnych, ze strony karmelitów bosych, niektórych sióstr,
a nawet samego Ojca Założyciela (Anzelma Gądka), liczne choroby sióstr,
skrajne ubóstwo, niebezpieczeństwa wojny, prowadzenie działalności
apostolskiej bez odpowiednich środków i z narażeniem własnego życia, aby
zrozumieć, jak kolosalną rolę odgrywało to niezachwiane zawierzenie Bogu.
Wielkiej wagi w tym miejscu nabierają słowa jednej z sióstr: „We wszystkich
trudnościach związanych ze swym urzędem [Matka] kierowała się duchem żywej
wiary: myśl jedna, że to wola Boża, wystarczała jej, by w największych
cierpieniach pozostać pełną pokoju. I nie tylko sama była spokojna, ale
przelewała go na innych”.
Człowiek modlitwy
Wzrastając duchowo w tradycji karmelitańskiej, dla której modlitwa jest
drogą do zjednoczenia z Bogiem i świętości, Sługa Boża bardzo szybko w
swym życiu odkryła wartość modlitwy jako osobistego, miłosnego spotkania z
Bogiem i – wzrastając w niej – doszła do tego, że modlitwa przenikała całe
jej życie i podejmowane prace. Modlitwę uważała za swoiste zwierciadło, w
którym dusza ogląda samą siebie w Bogu, poznając swoje wady i słabości.
Dobre modlitewne rozmyślanie staje się źródłem pokoju, gdyż – jak pisała
– „Duch Święty zajmuje w niej miejsce, a nie świat i jego sprawy” i
prowadzi do nabywania cnót takich jak: posłuszeństwo, pokora, cierpliwość,
cichość. Zachęcała siostry do spotykania się z Bogiem we własnej duszy,
aby On sam mógł w nich działać.
Modlitwa jej wzmagała się zwłaszcza w sytuacjach trudnych. Często w
kaplicy widywano ją leżącą krzyżem, co świadczyło o ogromie trudności,
jakie przechodziła. Jeden ze świadków w procesie beatyfikacyjnym matki Teresy
stwierdza o niej, że „im bardziej cierpiała, tym mocniej jednoczyła się z
Bogiem w modlitwie”. Często zastawano ją na modlitwie w chórze zakonnym późno
nocy, nawet o trzeciej nad ranem. Stąd czerpała siłę do dźwigania
odpowiedzialności za powstające zgromadzenie oraz siłę do całkowitego poświęcenia
się ludziom, którym zgromadzenie służyło.
Kochająca własne powołanie
Matka Teresa bardzo ceniła sobie własne powołanie zakonne. Wiemy, że długo
trwało, zanim rozpoznała drogę własnego życia: drogę osoby konsekrowanej,
ale i drogę fundatorki i przełożonej nowego zgromadzenia w Kościele. Sam
fakt powołania zakonnego był przez nią rozpoznany dosyć wcześnie,
jakkolwiek długo trwało rozpoznanie, w jakiej konkretnej formie to powołanie
ma przeżywać.
Pasją stało się dla niej naśladowanie Jezusa w tym sposobie życia, jaki
obrał na ziemi, a więc życia czystego, ubogiego i posłusznego Ojcu. To samo
ona chciała czynić. Bardzo ceniła czystość, aż po najgłębsze poruszenia
serca. Pisała w jednym z listów: „Jezus szuka czystego serca i tylko w takim
sercu woli mieszkać, zjednoczyć je ze sobą i odkryć tajemnicę własnego
serca”. Odnośnie ubóstwa, wiadomo w jakich warunkach założone przez nią
zgromadzenie żyło, zwłaszcza w początkach jego istnienia. Mówiła wtedy:
„miłe jest Panu Jezusowi nasze ubóstwo, kiedy nam je daje. A że nam na
chleb brakuje, to i Rodzina Święta nie zawsze chleb miała”. Szczególnym
pragnieniem jej serca było być posłusznym i we wszystkim wypełnić wolę Bożą.
Przejawem tego jest choćby wierność i wytrwałość w poszukiwaniu Bożej
woli odnośnie jej własnego powołania i życia.
Przejawem jej ducha posłuszeństwa była także wierność i posłuszeństwo
Kościołowi. Jedna z sióstr oświadczyła o niej w czasie procesu
beatyfikacyjnego: „Kościół prawdziwie kochała. Dziecięco przywiązana do
Stolicy Apostolskiej modliła się często w intencji Ojca Świętego… Także
do biskupa diecezjalnego odnosiła się z należną, wielką czcią… Szanowała
kapłanów niezależnie od wieku”. „Z wielką życzliwością odnosiła się
również do tych kapłanów, ze strony których doznawała przykrości”.
W przypadku Matki Teresy niejako częścią jej powołania zakonnego było
powołanie fundatorki przełożonej nowo założonego zgromadzenia. Urząd przełożonej
generalnej pełniła aż do swej śmierci. W świadomości sióstr pozostała
przełożoną kochającą i zachęcającą do wzajemnej miłości. „Czynem,
czynem pokażmy, że Go [Jezusa] kochamy”. Tłumaczyła wiele razy: „miłość,
która daje, znosi cichutko przeciwności, cierpienia, choroby, trudy, dolegliwości,
niewygody, braki, odrębne, zmienne, szorstkie, niedelikatne, uparte
charaktery”. Wymagając czynu od sióstr, sam dawała jego przykład. Na
pierwszym miejscu stawiała duchowe dobro sióstr i wielką wagę przywiązywała
do tego, aby mimo nawału pracy zapewnić im czas na modlitwę, kierownictwo
duchowe, a także możliwość pogłębiania życia duchowego przez udział w
sakramentach świętych, konferencjach, rekolekcjach.
Kiedy upominała siostry, czyniła to z miłością i delikatnie, kierując
się przy tym powinnością, jaka przysługiwała jej z racji piastowanego urzędu,
a nie z pobudek czysto ludzkich, np. pokazania swojej władzy. W szczególny
sposób poświęcała wiele troski siostrom, które stawiały pierwsze kroki w
Zgromadzeniu, a także siostrom chorym, którym często sama się opiekowała.
Matka Teresa miała głęboką świadomość, że Bóg powołał ją do tego,
aby być Matką nowego zgromadzenia i każdej z sióstr, które Bóg do niego
przyprowadził. Na krótko przed śmiercią powiedziała: „Dzieci, teraz, gdy
nastąpią wybory, nie będziecie już mieć matki, tylko generalną, lecz ja
zostanę wam zawsze matką”. Rzeczywiście, słowa te były prorocze, ponieważ
jest faktem niepodważalnym, że Matka Teresa była, jest i pozostanie Założycielką
Zgromadzenia i matką duchową wszystkich pokoleń karmelitanek Dzieciątka
Jezus.
Jak wiadomo, w bieżącym roku obchodzimy 120-tą rocznicę urodzin Matki
Teresy, a w przyszłym roku minie 60 lat od jej śmierci. Pomimo upływu czasu
postać ta wcale nie „blednie” w mrokach historii, ale przeciwnie, jeszcze
bardziej zdaje się zyskiwać na wyrazistości. Nie tylko dlatego, że żyją
jeszcze osoby, które ją osobiście znały i doświadczały dobroci jej serca
czy też czuły się pociągnięte jej przykładem do szukania i odkrywania najgłębszego
swego powołania do miłości Boga i bezinteresownej miłości bliźniego. O
wielkości jej ducha świadczą także dzieła, którym dała początek, a zwłaszcza
Zgromadzenie, którego założycielką i matką jest uznawana, a które bardzo
licznie rozwinęło się nie tylko w Polsce, ale i w Europie, czy nawet na
innych kontynentach. Kościół również dostrzega wielkość i świętość
matki Teresy, czego wyrazem jest rozpoczęty i kontynuowany już w Rzymie proces
beatyfikacyjny, który – jak ufamy – w nieodległej przyszłości zakończy
się oficjalnym zaliczeniem jej w poczet błogosławionych. |