Podziękowania za łaski
otrzymane przez wstawiennictwo Matki Teresy Kierocińskiej

Na sarkofagu Matki Teresy Kierocińskiej składane są liczne prośby i podziękowania za otrzymane łaski za wstawiennictwem Sługi Bożej. Wielu czcicieli przysyła listownie swoje podziękowania. Archiwum Matki Teresy Kierocińskiej gromadzi i przechowuje wszystkie te dowody pośrednictwa. Oto niektóre z nich:

* * *

A. K., Łódź, 12.07.2000

Myślę, że nadszedł czas, aby podzielić się wdzięcznością którą noszę w sercu, wdzięcznością za otrzymane łaski wyproszone za wstawiennictwem Matki Teresy Kierocińskiej. Wszystkie one, pomimo iż z pozoru wydają się mało znaczące, dla mnie są znakiem opieki Matki Teresy. Spróbuję je pokrótce opisać.

Wszystko zaczęło się pół roku temu, kiedy to na półrocze czwartej klasy Liceum byłam zagrożona z matematyki. Ocena niedostateczna na semestr byłaby z pewnością nieopisanym szokiem – nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla moich rodziców. Ludzkimi siłami niewiele mogłam zdziałać i wtedy to po raz pierwszy zaczęłam prosić za Jej wstawiennictwem, żebym z kolejnej klasówki dostała choć najniższą pozytywna ocenę. Otrzymałam więcej niż odważyłam się prosić. Kolejne dwa zmagania w których Nasza Matka mi pomogła to matura i powiedzenie rodzicom o zamiarze wstąpienia do Zakonu. Oba po ludzku mnie przerażały. Bardzo modliłam się za Jej wstawiennictwem i myślę, że mogę to tak ująć. Czułam się jak nienarodzone jeszcze dziecko, otoczone Jej matczyna opieką. Dobry Bóg pozwolił Jej, aby usuwała wszystkie przeszkody, które mogłyby stanąć na mojej drodze dla narodzenia się dla Karmelu Dzieciątka Jezus. Tak więc, nie dość, że zdałam maturę, to powiedziawszy rodzicom, wstąpiłam do Zgromadzenia w czerwcu (o czym nawet nie śmiałam marzyć – gdyż wydawało się to tak mało realne).

Jest też wielką łaską dla mnie, że to świadectwo, które od jakiegoś czasu noszę w swoim sercu, mogłam spisać właśnie dziś, w rocznicę śmierci Naszej Matki.

* * *

M. A. Łotwa 1999

Jesienią 1998 r. wstawiennictwu Sługi Bożej Siostrze Teresie od św. Józefa powierzyłam sprawę odnowienia pewnej parafialnej szkoły niedzielnej. Kiedy proboszcz wyznaczył datę pierwszego zajęcia i wybrał katechetkę, prosiłam Boga, żeby do I Komunii św. przygotowało się przynajmniej 12 osób, co w tych warunkach było rzeczą prawie niemożliwą i ludzkimi siłami mało realną. Tu prosiłam o wstawiennictwo S. Teresy od św. Józefa. Obiecałam, że jako znak wdzięczności wyślę list do Sióstr Karmelitanek, w którym opowiem o otrzymanej łasce. 15 maja 1999 r. w tej parafii odbyła się I Komunią św., którą przyjęło 20 osób. Jeszcze jedna osoba I Komunię przyjęła trochę wcześniej. Jestem wdzięczna Bogu i Jego wiernej Służebnicy od św. Józefa, że 21 osób mogło w Komunii św. połączyć się z Panem Jezusem Chrystusem, żeby Go kochać już na zawsze. To mogę wytłumaczyć jedynie tym, że Sługa Boża jest zjednoczona ze Święta Trójcą w niebie.

* * *

M. i M. B., Sosnowiec 2.05.1999

Kochana Matko Tereso dziękujemy Ci za pośrednictwo łask uzdrowienia z bardzo ciężkiego stanu zdrowia męża Mariana z wypadku. W trudnych chwilach byłaś z nami i wypraszałaś nam zdroje łask i mąż powrócił do zdrowia. Nie opuszczaj nas, bądź naszą pośredniczką łask u Boga w Trójcy Jedynego i Matki Najświętszej.

* * *

M. D., Szczecin, 22.02.1999

Przesyłam stokrotne dzięki za modlitwy w intencji mojego syna Michała. Operacja oka była bardzo skomplikowana, ale konwalescencja trwała prawie do tej pory, dlatego tak długo, ponieważ wbrew zaleceniom lekarza poszedł do pracy z obawy przed jej utratą. Obecnie wszystko już w porządku, niebezpieczeństwo minęło i wzrok odzyskał. Jestem ogromnie wdzięczna Bogu za tę łaskę i Wam Kochane Siostry, że Boga o nią prosiłyście. Do Matki Teresy Kierocińskiej modlę się i wiele spraw Jej powierzam.

* * *

B. H., Zamość 7.10.1998

Pragnę złożyć świadectwo nawrócenia mego syna Pawła za wstawiennictwem Sługi Bożej Matki Teresy . Prosiłam w październiku 1997 r. w Kałkowie-Godowie Matkę Teresę o wstawiennictwo do Boga za moim synem Pawłem, który przestał chodzić do kościoła, rzucił studia, nie trzymał się żadnej pracy a do tego zaczął popijać. W dniu 12 VII 1998 r. jadąc do Częstochowy wstąpiłam do Kałkowa i w grocie Matki Teresy ponowiłam prośbę polecając jej opiekę nad moim synem.

Po powrocie do domu okazała się, że syn podczas mojej nieobecności zaprosił kolegów i urządzili w domu pijaństwo. Następnie wziął samochód (a nie ma prawa jazdy, bo zostało mu zabrane), ale daleko nie dojechał, bo wjechał w słupki przy torach. Mąż zrobił wielką awanturę i z pretensja do mnie, że to wszystko przez moje modlitwy. Ja mu odpowiedziałam, że Matka Boża wie co robi i czuwa nad nim, bo jakby wyjechał na szosę i kogoś potrącił to wtedy rozpacz. Syn po tym wyjechał do Warszawy, brat pomógł mu poszukać pracę.

Obecnie pracuje, zdał na studia i przestał reagować gdy go błogosławię, pozwolił założyć sobie cudowny medalik. Uważam, że te wszystkie zmiany u mojego syna nastąpiły za wstawiennictwem Matki Teresy Kierocińskiej.

Za wszystko niech będą Bogu dzięki.

* * *

Z. K., Lublin, 6.09.1998

Pragnę podzielić się z Siostrami wiadomością o wysłuchanej modlitwie za wstawiennictwem Służebnicy Bożej Matki Teresy.

We wsi-osadzie Lipa (14 km od Stalowej Woli) przebywała w sierpniu moja córka Ewa z wnuczką Marzeną i jej roczną córeczką Zosią. Druga moja wnuczka Agnieszka, ponieważ ma pracę terenową dowiozła im swoje pociechy: 9-letnią Kasię i 7-letnią Hanię, a na soboty i niedziele przyjeżdżała w odwiedziny.

Wakacje się kończyły i 22 sierpnia w sobotę przyjechał do Lipy Wojtek, mąż Marzeny ażeby zabrać swoje pociechy do domu, do Warszawy. Tegoż dnia Agnieszka miała odwiedzić dziewczynki i zaproponowała mi abym skorzystała ze zwolnionego pokoju i pozostała parę dni, aż do powrotu do Lublina. A więc 22 VIII umówiłam się z Agnieszką aby przyjechała po mnie około 9-tej rano, bo o 7-mej byłam na Mszy św. dziękczynnej za pozytywny wynik badań (...). W Lipie był już Wojtek. Pakowanie, bieganie, rozgardiasz, jak to zwykle bywa...

Wojtek dowiedział się, że Zosia paluszkiem odłupała okleinę krawędzi biurka. Chcąc naprawić usterkę, wziął nową tubkę kleju, natychmiast działającego, "Kropelka" przedziurawił otwór, z którego trysnął klej. W tym momencie podbiegła Zosia i nie wiemy, czy klej kapnął na buzię, czy na powiekę, bo Zosia pocierając rączką oko zaczęła strasznie krzyczeć. Ojciec wziął ją na ręce i pod kranem usiłował zmyć klej, ale powieka nie otworzyła się. Marzena straciła głowę. Na szczęście Ewa wpadła do sąsiadki z pytaniem o najbliższy szpital. Dowiedziała się, że w Stalowej Woli dokąd natychmiast wszyscy troje z Zosią pojechali.

Zostałam z płaczącą Agnieszką i dwiema prawnuczkami. Zaczęłam głośno odmawiać różaniec – zapłakane powtarzały za mną. Przypomniałam sobie, żeby o ocalenie oczka Zosi modlić się za przyczyną Matki Teresy – powiedziałam im o tym, Skończyłyśmy różaniec a oni wrócili ze szpitala. Na szczęście zastali lekarza okulistę, który zmył powiekę specjalną benzyną, obejrzał gałkę oczną nienaruszoną. Tę diagnozę potwierdzili dwaj okuliści warszawscy. Agnieszka stwierdziła: "nasza modlitwa pomogła".

Jeszcze raz składam podziękowanie Panu Bogu, że nasze modlitwy za przyczyną Sługi Bożej Matki Teresy Kierocińskiej raczył wysłuchać.

* * *

M. K., Gliwice, 17.07.1998

Sługo Boża Kochana Matko Tereso!

Proszę podziękuj Dzieciątku Jezus za wysłuchanie nas – za okazanie nam Jego Miłosierdzia. O, jak Bóg łatwo nas wysłuchuje, gdy ufnie i cierpliwie prosimy.

W ten sposób również zechciał wsławić Twoje wstawiennictwo Czcigodna Matko Tereso.

Nasz Henryk, ojciec dwojga małych dzieci 6 lat temu zapadł na poważną wadę oczu tzw. stożkowe zniekształcenie rogówki obydwu oczu. To jest wada, która rozwija się stopniowo i w okresie ok. 10 lat, można stracić możliwość pracy zarobkowej. Obecnie wada ta została powstrzymana a dalszym rozwoju, mimo intensywnej Henryka pracy oczami przy komputerze. Tak orzekł lekarz.

Prosiliśmy o tę łaskę powstrzymania rozwoju tej choroby za pośrednictwem Twoim Sługo Boża Matko Tereso i zostaliśmy wysłuchani. Niech Bóg będzie uwielbiony i dziękujemy Ci Matko za Twoje wstawiennictwo.

* * *

A. Ż., Lublin, 6.05.1998

Pragnę powiadomić Siostry o łasce, którą otrzymałam od Boga za pośrednictwem Matki Teresy od św. Józefa, Janiny Kierocińskiej.

Mam 41 lat jestem wdową, mam dwoje dzieci: starszą córkę Agnieszkę i młodszego syna Pawła. Paweł będąc u Sióstr Karmelitanek w Czernej w ubiegłym roku przywiózł mi obrazek M. Teresy od św. Józefa z jej bardzo krótkim życiorysem. Nie od razu rozpoczęłam modlitwę. Z woli Bożej studiuję zaocznie pedagogikę opiekuńczo wychowawczą, ponieważ pragnę w przyszłości poświęcić się pracy nad dziećmi z rodzin patologicznych. Nauka sprawiała mi wiele trudu, ponieważ ilekroć zbliżała się sesja rodziło się we mnie bardzo duże napięcie nerwowe, w głowie miałam chaos, nie mogłam uczyć się w pokoju serca, wewnątrz siebie czułam jakiś sztuczny pośpiech, natłok myśli. Jeszcze gorzej było z egzaminami. Wiedzę, którą sobie przyswoiłam nie mogłam odtworzyć, ogarniało mnie coś w rodzaju amnezji chwilowej. Dopiero po wyjściu z egzaminu wiedziałam wszystko. Było to dla mnie wielkim dramatem. W ubiegłym roku dwa egzaminy poprawiałam. W grudniu przed sesją byłam już gotowa zrezygnować z tych studiów. Mój syn widząc moje załamanie podał mi obrazek Siostry i powiedział: "poproś ja o pomoc". Z niechęcią odwróciłam obrazek na drugą stronę i doznałam olśnienia. Ja tak, jak M. Teresa od św. Józefa chcę poświęcić się pracy opiekuńczo-wychowawczej. Przez kilka dni za jej pośrednictwem modliłam się o mądrość i o to, aby Bóg zabrał moje napięcie i rozproszenie. Po kilkudniowych modlitwach odczułam wielki pokój, napięcie ustąpiło, wszystkie egzaminy zaliczyłam na 4 i 5. Nauka nie jest dla mnie ciężarem, ale radością. Modle się nadal o beatyfikację M. Teresy od św. Józefa dziękując Bogu, że za jej wstawiennictwem otrzymałam tyle dobra. M. Teresa od św. Józefa jest towarzyszką moich studiów, czuje jej opiekę na co dzień. Bogu niech będą dzięki za jej życie.

* * *

T. K., Siemianowice Śl., 12.01.1998

Od kilku lat jesteśmy z mężem uczestnikami comiesięcznej Mszy św. o beatyfikację Matki Teresy od św. Józefa. Prosząc Pana Boga o wyniesienie Jej na ołtarze, prosimy jednocześnie Ją o wstawiennictwo w sprawach trudnych a nieraz beznadziejnych w rodzinie bliższej i dalszej.. Polecałam Jej wstawiennictwu bliźnich uwikłanych w różne niepowodzenia życiowe a także cierpienia cielesne lub duchowe. Jedyną sprawą, o którą nigdy nie prosiłam, pozostawiając Panu Bogu odnośnie mojej osoby "bądź wola Twoja" to moje zdrowie.

W sierpniu ub. roku dowiedziałam się o swojej chorobie nowotworowej w stadium zaawansowanym. Oświadczenie lekarza przyjęłam z dziwnym pokojem wewnętrznym, który towarzyszy mi do chwili obecnej. Poczytałam to jako daną mi łaskę i za to Chwała Panu.

12 sierpnia ub. r. kiedy to ostatni raz przed pójściem do szpitala uczestniczyłam w Karmelu we Mszy św. powiedziałam Matce Teresie, że ja modlę się, aby Ona dostąpiła chwały świętych, a ja proszę Ją o orędownictwo o pomyślny przebieg operacji, która miała być jedną wielką niewiadomą, mając jednak na względzie przede wszystkim Wole Bożą.

12 września ub. r. kiedy znów w Karmelu proszono o rychłą beatyfikację Matki Założycielki, ja poddana zostałam operacji, która przebiegła nadspodziewanie dobrze. Pierwotnie operację wyznaczono na 10 lub 11 września, lecz faktyczny dzień t.j. 12 września był dla mnie niezbitym dowodem ingerencji Matki Teresy, za co nie omieszkałam Jej podziękować osobiście 12 grudnia ub. r. kiedy to po dłuższej przerwie Pan Bóg pozwolił mi znów przybyć do Karmelu.

Obecnie przechodzę następny etap swojej choroby, w którym co trzy tygodnie poddawana jestem w klinice chemioterapii. Nie jest mi znany czas i wyniki tego leczenia. Pozostawiam to Panu Bogu zdając się wyłącznie na Jego Wolę. Moim zaś życzeniem jest to, aby przeżywane przez mnie cierpienia chociaż w maleńkim stopniu przyczyniły się do beatyfikacji Matki Teresy od św. Józefa.

* * *

A. K., Katowice, 4.04.1997

Chciałam poinformować, że modlitwa do Matki Teresy bardzo mi pomaga. Z każdym dniem czuję jak działa we mnie ta modlitwa. To o co prosiłam w modlitwie otrzymałam, choć często zdarzało się, że wątpiłam, stawałam się duchowo coraz słabsza i nie potrafiłam się modlić. Często zdarza się w moim życiu tak, że moja wiara słabnie, nieraz staje się coraz bardziej martwa i wtedy już nic nie potrafię ze sobą zrobić.

Gdy zapoznałam w zeszłym roku w październiku na Dniu skupienia w katedrze jedną z sióstr karmelitanek, która ofiarowała mi modlitwę do Matki Teresy, to zrozumiałam, że nie warto się poddawać. Nawet w chwilach dla mnie niemożliwych, gdy prosiłam Matkę Teresę, pomogła mi. Wiem, ze wówczas była przy mnie. I za to bardzo ją kocham i dziękuję, a jednocześnie proszę by wciąż była obok mnie i nie opuszczała moich próśb, nawet i tych trudnych do spełnienia.

* * *

R. P., Radostów, 5.02.1997

Wszystko zaczęło się w pewne popołudnie niedzielne. Było to w maju lub czerwcu, pamiętam że zabrałam różaniec i wyruszyłam szukać jakiegoś pięknego i cichego miejsca wśród drzew i kwiatów. Mieszkam w małej i malowniczej wsi. "Modlę się do świętej wciąż bezdomnej w niebie..." – przyszedł mi na myśl wiersz ks. Twardowskiego. Poprosiłam wtedy na modlitwie różańcowej o patronkę dla siebie. Wydawało mi się wtedy, że będzie to jakaś bezimienna święta. Po jakimś czasie całkiem o tej prośbie zapomniałam.

Dwa miesiące później, sprzątając w jednej z szuflad znalazłam starą książeczkę do nabożeństwa, którą odłożono ze względu na drobny druk. W tejże książeczce znalazłam obrazek. Siostra karmelitanka trzyma za rękę dziewczynkę, w oddali Pan Jezus w cierniowej koronie i szyb kopalni i wklejony chyba :rąbek szaty”. Odwróciłam obrazek i przeczytałam modlitwę i bardzo nieuważnie to co było pod modlitwa. Pomyślałam, że to jest św. Tereska od Dzieciątka Jezus lub św. Teresa z Avila. Obrazek sobie przywłaszczyłam. Codziennie przy wieczornej modlitwie brałam do rak obrazek, prosząc o opiekę i wstawiennictwo u Boga. W miarę jak czas tej znajomości się wydłużał czułam obecność, jakąś dziwną bliskość, "mojej Kochanej Tereski" (tak się zwracałam do Matki Teresy). Modląc się pewnego wieczora, uderzyła mnie dojrzałość spojrzenia i powaga postaci – pomyślałam – to nie może być "Mały Kwiateczek" i może nie św. Teresa z Avila. Więc kto? Zaczęłam więc prosić: "powiedz kim jesteś, daj mi się poznać...?"

W grudniu moja przyjaciółka dała mi do przeczytania "Rycerz Niepokalanej". Rozmawiając z przyjaciółką zaczęłam odruchowo przeglądać czasopismo. W pewnym momencie mój wzrok przykuło zdjęcie z podpisem "Sł. B. Teresa od św. Józefa" Na pierwszy rzut oka nic mi nie mówiło, "ale te oczy i nos dobrze znane". Gdy wróciłam do domu i przeczytałam kim jest "tajemnicza nieznajoma" wszystko wydało mi się jasne, jak słońce. Nawet to co było napisane na obrazku pod modlitwą, a na co – to dziwne – wcale nie zwracałam uwagi. Również miłą niespodzianką było dla mnie i to, że moja Patronka pochodzi z Wielunia. Mieszkam 24 kilometry od tego miasta i również w Wieluniu przyszłam na świat. "Moja Kochana Tereska" wiele razy pomagała mi w codziennych ludzkich zawiłościach. Dziękuję Dobremu Panu za tak piękny dar, jakim jest jej obecność w moim prostym życiu.

* * *

J. C., Kowalków, 16.02.1996

Dziękuję Trójcy Przenajświętszej i Maryi, że za pośrednictwem Sł. Bożej Matki Teresy Kierocińskiej otrzymałam łaskę uzdrowienia syna Antoniego z nałogu pijaństwa.

Była to dla mnie klęska patrzeć na syna nużącego się w pijaństwie. Gospodarka powierzona w jego ręce pustoszała. Ja natomiast mam już 70 lat, jestem niesprawna ze względu na zwyrodnienie kręgosłupa, w dodatku opiekuję się starszą siostrą sparaliżowaną od urodzenia. Wyczerpanie moje fizyczne i psychiczne było już u kresu sił. W tym to czasie przebywając w sanatorium w Busku Zdroju, spotkałam panią Honoratę, z którą nawiązałam przyjaźń. W utrzymywanej korespondencji zwierzyłam się z moich kłopotów. Jako lek mej umęczonej duszy p. Honorata przysłała modlitwę do Sł. B. Matki Teresy polecając tę modlitwę. Modliłam się więc gorąco przez jej wstawiennictwo do Matki Najśw. i Jej Syna Jezusa Chrystusa, aby zlitował się nad moją nędzą, a zwłaszcza nad moim synem. Prośba moja została wysłuchana, dziękczynienie będę składać do końca moich dni, modląc się dalej za tę wieś, zanurzoną w pijaństwie, w której przyszło mi żyć.

Jeszcze raz składam dziękczynienie prosząc o Beatyfikację M. Teresy, aby jako święta mogła wypraszać łaski wszystkim owieczkom błądzącym po manowcach.

* * *

S. S., Musongati, 30.04.1989

To było 29 i 30 kwietnia 1989 r. w Musongati-Burundi (Afryka). Przyniesiono kobietę do porodu 29 kwietnia br. – lat 27. Sprawa była skomplikowana i obawiano się, że będzie potrzebny zabieg lekarski. Gdy w niedzielę 30 kwietnia okazało się, że sprawa nagli i trzeba ją zawieźć do Gitega do szpitala, nie znalazł się żaden kierowca, który by ją odwiózł. Wtedy s. Scholastyka zabrała jej męża – chociaż jeszcze poganin – na drugą Mszę św. o godz. 10.30 i zachęcała do modlitwy. Sama też gorliwie się modliła za przyczyną Naszej Matki Założycielki Teresy od św. Józefa. Zorganizowała także wspólna modlitwę w szpitalu – modlili się więc w kaplicy szpitalnej ludzie i personel będący na dyżurze. Około godz. 14-tej wszystko dobrze się odbyło, bez niczyjej interwencji, i przyszły na świat bliźnięta – dwóch chłopców. Ludzie śpiewali i tańczyli z radości i głośno wołali: cud!

Widziałam te dzieci jakieś 2 godziny po urodzeniu i nie mogłam się nadziwić jakie są ładne i jedno z nich patrzyło otwartymi ładnymi oczkami, jakby już żyło na świecie co najmniej klika dni.

* * *

S. R.

Będąc w białym Nowicjacie trzy miesiące po obłóczynach rozbolało mnie prawe kolano, utworzyła się w nim woda, która później zamieniła się w galaretę. Jedna z naszych Sióstr, która wtedy zajmowała się chorymi orzekła, że konieczna jest operacja kolana, gdyż za bardzo daleko posunięty jest stan. Ponieważ był to Wielki Czwartek, nie chcąc sprawiać mi przykrości na święta pozostawiono mnie w domu, gdzie całe święta spędziłam w łóżku, w oczekiwaniu by po świętach pójść na operację. Siostra opiekująca się mną zachęcała mnie do modlitwy, bym prosiła Naszą Matkę Założycielkę o zdrowie. Początkowo nie wiem z jakiego powodu nie miałam ochoty prosić. Razu jednego przyśniła mi się i że chce mi to kolano wyleczyć. Zaraz też rozpoczęłam krótką swoimi słowami nowennę, tak że stopniowo kolano zaczęło mięknąć i wielkość zmniejszać się tak, że w ciągu tej nowenny kolano wróciło do normalnego stanu. Widząc to Siostra bardzo była zaskoczona, że to coś nadzwyczajnego.

Upłynęło już cztery lata i nie odczuwam w kolanie najmniejszej dolegliwości, choć drugie czasem coś niedomaga. Widzę w tym od początku łaskę udzieloną mi za wstawiennictwem Naszej Matki Założycielki.

* * *

S. G., Polanka Wielka

Kiedy byłam sparaliżowana ... wyglądałam okropnie. Całą głowę miałam silnie wykręconą. Oko wysadzone, na pół przytomna, przejęta byłam tym bardzo, bo po ludzku sądząc zdawało mi się beznadziejne uleczenie. Co mi przyniesiono coś do picia, czy jedzenia, nic nie mogłam przyjąć, wszystko mi się wylewało z powrotem. Siostry były bezradne.

Ja ufałam mocno, że to mogę być tylko cudownie uleczona. Siostry nie namyślając się wiele, zaprowadziły mnie do Naszej Matki Założycielki, ponieważ wtedy była chora i nie mogła przyjść do mnie. Ucieszyłam się z tego bardzo. Wchodząc do celi Naszej Matki uklękłam przy Jej łóżku, cała zbolała, nie mogłam wymówić słowa, kiedy spojrzałam na Naszą Matkę Założycielkę, oczy pełne błogiego pokoju i ufności miała wzniesione w górę, po chwili tuli mnie do siebie i mówi: "Siostro bądź spokojna!" Potem poprosiła jedną z sióstr o przyniesienie cudownej wody z Lourdes i czyniąc nią na mej twarzy krzyżyki i uspakajając mnie, że wszystko będzie dobrze i tak było.

Na prośbę Naszej Matki Założycielki przyniesiono jeszcze cudowne Oblicze Pana Jezusa z chóru. Klęcząc sama dotykała oczu Pana Jezusa i tym palcem pocierała moje oczy, nos, usta i całą głowę. Chwila ta była dla mnie wzruszająca, z wiarą odeszłam do mej celi.

Nie wiem, nie pamiętam dobrze, co się ze mną stało. Doznałam tak silnego bólu głowy, że zdawało mi się, że już koniec ze mną. Wieczorem przyniesiono jeszcze do mnie w procesji cudowne Oblicze Pana Jezusa. Modląc się to samo trzykrotnie. Potem na chwilę zasnęłam. Kiedy się zbudziłam, czułam, że jestem uzdrowiona, mogłam bez trudności mówić, uśmiechać się, nic mi już nie przeszkadzało. Oczy, nos, usta i cała głowa normalnie przyszło na swoje miejsce. Od tej chwili dwadzieścia lat upłynęło, choroba ta już więcej nie powtórzyła się.

Czuję się zdrową dzięki Naszej Matce Założycielce, która z taką wiarą i ufnością poleciła moje uzdrowienie cudownemu Obliczu Pana Jezusa. Przy każdym zetknięciu się z Naszą Matką Założycielką czułam wpływ łaski Bożej na moją duszę.

* * *

S. A., Gorzyce, 28.12.1976

Od kilku miesięcy, bo prawie od czerwca miałam ciągłą walkę wewnętrzną, by wrócić do klauzury. Przez cały czas bardzo wiele się modliłam, a nawet i radziłam. Kiedy przyjechałam do Gorzyc zdecydowałam się, by powiedzieć Matce Mistrzyni. Nie przyszło mi łatwo, zaraz powiedzieć. Czułam dziwne wewnętrzne opory i wtedy gdy było milczenie to już bym szła, ale kiedy mogłam mówić, to nie miałam siły. Zdecydowałam się wreszcie i powiedziałam. Matka Mistrzyni poleciła mi odprawić nowennę za przyczyną Naszej Matki. W ciągu trwania nowenny chwilami płakałam, ale błagałam o jedno bym jasno poznała i zrozumiała swoje miejsce. Kiedy skończyłam nowennę mogłam Matce Mistrzyni powiedzieć, że zostałam wysłuchana. Po ciągłej szarpaninie, czuję dziwny spokój, a wiem, że sama sobie tego nie zrobiłam, ani nie wymyśliłam, ponieważ przez tak długi czas nie miałam tego spokoju. Dlatego z całą radością pragnę donieść o tej dla mnie tak wielkiej łasce.

* * *

S. K., Sosnowiec, 28.06.1976

Od kilkunastu lat dotkliwie odczuwałam cierpienia z powodu stałego bólu nerwu trójdzielnego – stałego, nieprzerwanego ogromnego zmęczenia głowy, co bardzo utrudniało a często uniemożliwiało pracę. Najmniejszy wysiłek wzmagał zmęczenie, musiałam przerywać pracę i pozostawać jakiś czas w całkowitej bezczynności, co przynosiło mi nieco ulgi.

We wrześniu 1973 r. w Czernej w czasie rekolekcji dla przełożonych, w których brałam udział, rozpoczęłam nowennę, prosząc za przyczyną Naszej Matki Założycielki o zdrowie. Świadomie wyłączyłam w czasie tej nowenny wstawiennictwo innych świętych – modliłam się tylko za przyczyną M. Założycielki.

Bezpośrednio po zakończeniu nowenny zasadniczy ból głowy zniknął, poczułam wyraźną poprawę mojej umęczonej głowy. Zaznaczam, że lekarze nic mi nie pomogli.

W poczuciu wielkiej wdzięczności dla Naszej Matki Założycielki opisuję tę łaskę. Wiedziała o niej N. Matka Cecylia i razem ze mną dziękowała Bogu za Jego dobroć.

* * *

Helena R. Miesięcznik dla Rodzin Katolickich "Pod opieką św. Józefa" 3 (1948)

Składam publiczne podziękowanie Matce Teresie od św. Józefa, karmelitance Dz. J. ze Sosnowca, za nadprzyrodzoną pomoc w chorobie.

W czerwcu ub. roku zachorowałam na różę. Pomimo zabiegów lekarskich, choroba nie ustępowała. Po orzeczeniu lekarskim że trzeba iść do szpitala, rozpoczęłam nowennę za przyczyną śp. Matki Teresy, przykładając zarazem na chorą nogę kawałek materii pocieranej o Jej zwłoki. Już następnego dnia nastąpiło polepszenie, a 12 lipca, w rocznicę śmierci Matki Teresy, w którym kończyłam nowennę, czułam się zupełnie zdrową, tak, że o własnych siłach mogłam udać się do kościoła. Za tę łaskę najserdeczniej dziękuję Matce Teresie.

All rights reserved. Publication or distribution of any content from this site is possible only with our permission
© Zgromadzenie Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus - Sosnowiec
© Krakowska Prowincja Karmelitów Bosych 1998-