s. Elżbieta i m. Germana

W roku 1934 na biurku zmarłej matki Germany, wieloletniej przeoryszy Karmelu w Dijon znaleziono kopertę podpisaną "sekrety". W środku znajdowały się dwie kartki złożone na pół w ten sposób, że tworzyły maleńki ośmiostronicowy zeszycik.

o. Rafał Myszkowski OCD

Pozwól się miłować



W roku 1934 na biurku zmarłej matki Germany, wieloletniej przeoryszy Karmelu w Dijon znaleziono kopertę podpisaną „sekrety”. W środku znajdowały się dwie kartki złożone na pół w ten sposób, że tworzyły maleńki ośmiostronicowy zeszycik. Tekst pochodził od siostry Elżbiety od Trójcy Przenajświętszej, zmarłej w 1906 roku karmelitanki w Dijon, zmarłej w wieku zaledwie 26 lat. Wspomniany tekst zawiera szczególny testament. Emanuje niezwykle czułym tonem, którym Elżbieta obdarza swoją ukochaną przełożoną i zaprasza, z pewnością nie po raz pierwszy, ale prawdopodobnie ostatni na ziemi, do wniknięcia w sekrety miłości Bożej, których sama intensywnie doświadcza:

«Jesteś umiłowana w sposób nadzwyczajny, umiłowana miłością wybrania… Pan nie mówi Ci jak Piotrowi: „Czy miłujesz mnie bardziej niż ci?” Mateczko, słuchaj, co ci mówi: „Pozwól miłować się bardziej niż ci! To znaczy bez obawy, że jakaś przeszkoda stanie się nie do przejścia, ponieważ ja jestem wolny i mogę napełnić miłością, kogo chcę. Pozwól miłować się bardziej niż ci, to jest twoje powołanie i będąc mu wierna uczynisz mnie szczęśliwym, ponieważ uwielbisz moc mojej miłości. Ta miłość potrafi odbudować to, co zburzyłaś. Pozwól się miłować bardziej niż ci.”»

Temu specyficznie wyrażonemu przesłaniu towarzyszy obietnica. Elżbieta przyrzeka, że gdy umrze, nie opuści matki Germany, będzie jej towarzyszyć i w ten sposób okaże swoją wdzięczność. Odwrócą się w pewnym sensie role i teraz ona stanie się „mateczką”.

Z pewnością matka Germana niejednokrotnie powracała do przesłania zawartego na tych ubogich karteczkach. „Pozwól się miłować…” Emanujące z tych słów doświadczenie przeogromnej miłości Boga, miłości Trzech Osób Boskich, nie mogło pozostać w ukryciu. To właśnie matka Germana przyczyniła się do rozpowszechnienia dzieł, czy raczej „dziełek” swojej podwładnej.

Jest 9 października 1901 roku. Kapituła klasztoru karmelitanek w Dijon wybiera na przeoryszę matkę Germanę od Jezusa. Równocześnie pozostaje nadal mistrzynią nowicjatu. W postulacie jest Elżbieta, 21 letnia dziewczyna „z naprzeciwka”, jak można by się wyrazić, bo rzeczywiście naprzeciw Karmelu znajdował się dom, w którym mieszkała przed wstąpieniem, ze swoją mamą i siostrą. W Karmelu w Dijon jest już stałą bywalczynią od wielu lat. Gdy Elżbieta miała jedenaście lat, mama, pani Catez, w dniu pierwszej komunii przyprowadziła ją pierwszy raz do rozmównicy. Słowa ówczesnej przeoryszy odcisnęły się wtedy na duszy dziewczynki w sposób nieprzewidywalny dla otoczenia. Przeorysza podała Elżbiecie przybliżone tłumaczenie jej imienia, mówiąc, że oznacza ono „dom Boży”. Idąc za tą sugestią Elżbieta odkryła tajemnicę swojego wnętrza: „jestem zamieszkana przez Boga, jestem Jego domem, Jego świątynią!”. Ta prawda stanie się jedną z fundamentalnych prawd jej duchowości.

Przywołane zdarzenie gubi się w powodzi codziennych sytuacji, które oko światowe ceni o wiele bardziej. Elżbieta jest bowiem dziewczynką o mocnym temperamencie. „Mała złośnica”, „diabełek”, to określenia, które przypisuje jej matka w chwilach bezradności wobec swojego dziecka. Jest całkowitym przeciwieństwem swojej siostry Małgorzaty. Wchodząc jednak w wiek młodzieńczy ten niezwykły temperament znajduje dwa podstawowe ujścia. Pierwsze to muzyka. Elżbieta okazuje się niezwykle utalentowana w grze na fortepianie. Drugie jest ledwie dostrzegalne dla otoczenia, a jednak zaczyna pochłaniać Elżbietę totalnie: miłość do „jej Trzech”, jak zwykła określać tajemnicę Trójcy Przenajświętszej. Te dwie sprawy staną się jak dwa klucze. Jeden otwarł Elżbiecie drogę do salonów jej rodzinnego miasteczka i zapewnił jej w nich specjalne poważanie, zwłaszcza wśród męskiej części towarzystwa. Trzeba dodać, że Elżbieta to dziewczyna o subtelnych rysach i zgrabnej figurze, co przy niezwykłej muzykalności czyni z niej zjawisko nie lada jakie. Jest jednak drugi klucz, ukryty w głębi serca zjawiskowej pianistki, klucz do innego Towarzystwa, które okazuje się pociągać dziewczynę stokroć bardziej niż to salonowe. W poezji tak wyraża swe przeżycia:

„Albowiem moje serce jest zawsze z Nim
nocą i dniem myśli ono bez przerwy
o niebieski i boskim swym przyjacielu
któremu chciałoby dać dowód swej miłości”.

Elżbieta jest świadoma swoich zalet i wad. Posiada zdrowy dystans do swojej osoby wyrażony z humorem, a zarazem z realizmem w jednym z wypracowań.

«Oddać swój własny portret fizyczny i moralny jest sprawą naprawdę delikatną, lecz wziąwszy moją odwagę w obie ręce, przykładam się do dzieła i zaczynam!…

Bez pychy sądzę, że moja osoba, biorąc w całości, nie robi wrażenia nieprzyjemnego. Jestem brunetką i, mówią, dosyć wysoką na mój wiek. Mam czarne błyszczące oczy, lecz gęste brwi nadają mi wygląd poważny. Reszta dotycząca mojej osoby nie ma znaczenia. Moje kształtne nogi mogłyby pozwolić na nazywanie mnie Elżbietą o długich nogach, jak królowa Berta!… Oto mój portret fizyczny.

Co do strony moralnej powiem, że mam charakter dosyć dobry. Jestem wesoła i, mogę to wyznać, trochę roztrzepana. Mam dobre serce. Jestem z natury trochę kokietką. Mówi się: „trzeba nią być trochę”. Nie jestem leniwa: „wiem, że praca czyni człowieka szczęśliwym”. Wcale nie będąc wzorem cierpliwości, na ogół potrafię się powściągać. Nie ma we mnie urazu. Oto mój portret moralny. Mam swoje braki, niestety mało zalet!… Mam nadzieję je zdobyć! Oto wreszcie skończone tak nudne zadanie, ale jestem z niego dosyć zadowolona!»

W duszy klaruje się powoli życiowa decyzja. Karmel z naprzeciwka pociąga ją coraz bardziej. Ale decyzja ta wiąże się nie tylko z opuszczeniem salonów. To także opuszczenie ukochanej mamy, która marzy o wspaniałej partii dla swojej córki i nie zaniedbuje podejmowania odpowiednich działań w tym kierunku. Do konfrontacji dochodzi, gdy Elżbieta ma dziewiętnaście lat. Matka nie chce się zgodzić na zamiar córki. Darzące się czułą miłością, obie o mocnym charakterze wypracowują kompromis: za dwa lata.

Pani Catez ma nadzieję, że to tylko młodzieńczy kaprys Elżbiety, a ta ze swej strony nie uchyla się od obecności na balach i przyjęciach, oraz od wakacyjnych podróży, sercem będąc już gdzie indziej. Jej taniec jest tak samo harmonijny a uczesanie bez zarzutu, przykuwa męskie spojrzenia, jednak młodzieńcy posiadający niejakie wyczucie mówią o niej: „ona nie jest dla nas, popatrz, jakie ma spojrzenie”. Podczas pewnego tanecznego wieczoru jednej z przyjaciółek wyrywa się okrzyk: „Elżbieto, ty widzisz Boga!”. Nic dziwnego, że głębokie życie duchowe przebłyskuje mimowolnie w spojrzeniu Elżbiety. A oto, co się dzieje w jej duszy:

„… daj mi samotność serca. Niech żyję w głębokiej jedności z Tobą, niech już nic, tak zupełnie nic mnie od Ciebie ni oddala, i niech moje życie będzie jedną nieustanną modlitwą! Ty wiesz, mój Mistrzu, że moją pociechą, gdy uczestniczę w tych przyjęciach, w tych uroczystościach, moją pociechą jest móc się skupić i radować Twoją obecnością, gdyż tak dobrze czuję Cię we mnie, o moje Dobro najwyższe. Na tych spotkaniach wcale o Tobie się nie myśli, i wydaje mi się, że jesteś zadowolony, iż jedno serce, nawet tak ubogie i nędzne jak moje, nie zapomina Ciebie!…

Niech żyję na świecie, nie będąc z tego świata: mogę być karmelitanką wewnątrz i chcę nią być. O mój Jezu, ja Ci już od dawna wszystko dałam; dziś ponawiam tę ofiarę, jestem Twoją małą ofiarą całopalną. Ach! Niech Elżbieta zniknie i niech pozostanie tylko jej Jezus!”

Gdy Elżbieta osiąga wiek 21 lat, nadchodzi wreszcie upragniona chwila wstąpienia do Karmelu. Fizyczna odległość to zaledwie kilka kroków, dla Elżbiety jest to jednak wejście do ziemi obiecanej i upragnionej. Tu dokona się to, czego od dawna pragnęła, dopełnienie całopalnej ofiary w ogniu Miłości Trynitarnej. Elżbieta odkryje tu swój własny sposób bycia w Boskich salonach. Być „chwałą majestatu, wdzięczną lirą Chrystusową” wygrywającą dźwięki miłości, a przede wszystkim „mieszkaniem” i zarazem „mieszkanką” Trójcy Przenajświętszej.

Matka Germana nałoży jej habit i biały welon, będzie świadkiem jej duchowego wzrastania i korespondencyjnego oddziaływania na krewnych i przyjaciół, będzie bezradnym widzem cielesnego spalania przez nieuleczalną wówczas chorobę Adissona, będzie w końcu adresatką tego szczególnego wspomnianego na początku listu, który dziś w zbiorze pism świętej występuje pod tytułem „Pozwól się miłować” i jedną z pierwszych, którzy doświadczyli jej pośmiertnego oddziaływania.

„Życie jest listem, czytaj go”. Tak śpiewa Antonina Krzysztoń. Bywają osoby, których życie staje się listem specjalnym, czytanym przez wielu. Takim listem stało się życie Elżbiety, podobnie jak życie innych osób, które w sposób intensywny przeżywały swoją komunię z Bogiem, będąc jednocześnie świadomym darem dla ludzi. Czytajmy życiorysy świętych, zwłaszcza te napisane przez nich samych, zapalajmy się do ideału ewangelicznej świętości. „Pozwól się miłować” – przesłanie Elżbiety dla matki Germany, lub świadectwo życia innej świętej czy świętego może stać się także dla ciebie drogowskazem w codziennym poszukiwaniu oblicza Boga.