Bóg nas oczarowuje

Elżbieta lubi tę pełną temperamentu, czasami trochę źle zachowującą się, ale ujmującą swoją pobożnością Franciszkę, która jej powierza, niczym starszej siostrze, wszystkie swoje zmartwienia i tęsknoty.

s. Elżbieta Peeters OCD

Bóg nas oczarowuje, porywa. Pod Jego wejrzeniem horyzont staje się taki wspaniały, szeroki i promienny!



Ta myśl pochodzi z listu Elżbiety do Franciszki de Sourdon (List 128 z 24.07.1902 r.), do najmłodszej córki zaprzyjaźnionej rodziny, z którą była bardzo związana nawet po wstąpieniu do Karmelu. Adresatka ma zaledwie 15 lat, i jak każda nastolatka, ma swoje kłopoty z dorastaniem. Cierpi stale na wybuchy zmiennych nastrojów emocjonalnych. Spotyka ją coraz częściej nagana ze strony dorosłych, bo też coraz częściej, to co robi i mówi nie odpowiada ówczesnemu wzorcowi dobrze wychowanej młodej damy. Czy jej dorosła przyjaciółka znajdzie na to jakąś radę?

Elżbieta lubi tę pełną temperamentu, czasami trochę źle zachowującą się, ale ujmującą swoją pobożnością Franciszkę, która jej powierza, niczym starszej siostrze, wszystkie swoje zmartwienia i tęsknoty. Pełna serdeczności do tej o siedem lat od siebie młodszej panienki nadaje jej przydomek: „Framboise” czyli „Malinka”. Elżbieta pragnie pomóc swojej młodej przyjaciółce w panowaniu nad zmiennymi nastrojami emocjonalnymi typowymi dla okresu dojrzewania tak, aby mogła zachowywać się bardziej statecznie i z większą równowagą. Udziela pomocy jednak na swój, całkiem sobie właściwy sposób: zamiast prawić morały i pouczać, zamiast gwałtem tłumić żywy temperament Franciszki (i w ten sposób w najlepszym razie uczynić z niej chorobliwą, neurotyczną pobożnisię) Elżbieta wprowadza dziewczynkę w głębię relacji z osobowym Bogiem. Przeczuwa, że Franciszka, którą dobrze zna, a zwłaszcza zna jej wielkie serce, potrzebuje wybitnego autorytetu. Dlatego też chce ukazać swojej małej „Malince” drogę oddania się na służbę wielkiej miłości, miłości do Boga, do którego serce Elżbiety już od dawna należy. Gdy Franciszka uświadomi sobie, że Jego kochające spojrzenie jest stale na nią skierowane, wówczas powinna nauczyć się żyć, powinna dać się ku Niemu pociągnąć i Nim zachwycić.

Gdy i my to uczynimy – a Elżbieta wie to z własnego doświadczenia – rozszerzy się niejako samorzutnie nasz horyzont i na wiele codziennych małych problemów, które grożą nam zniewoleniem, znajdziemy jakby od nowa właściwe spojrzenie. To, co pozornie wydaje się ważne, okaże się nie ważne. Poznamy nowe duchowe przestrzenie i nową głęboką radość, która nie zostanie tak łatwo zmącona przez lada jaką, małą przykrość.

„Wiesz – napisze Elżbieta parę lat później do Franciszki – głęboko współczuję ludziom, którzy nie potrafią wznieść się ponad swoje codzienne sprawy. Sądzę, że są niewolnikami. Chciałabym im powiedzieć: Zrzućcie to jarzmo!” (List z 11.09.1906).

Czy ta myśl, która miała niegdyś pomóc wziąć się w garść Franciszce, dorastającej dziewczynce, nie ma nam też coś do przekazania?

Uważam, że droga, którą Elżbieta wskazała swojej przyjaciółce, nie jest w żadnym przypadku tylko drogowskazem dla Franciszki de Sourdon. Nie jest też tylko przeznaczona dla młodych ludzi. Za większą przestrzenią duchową i rozleglejszym horyzontem wszyscy nieustannie tęsknimy, tymczasem nasz wzrok jest stale zwrócony na codzienne drobne sprawy, które ten horyzont przesłaniają.

Zapewne można by uczynić tutaj pewien zarzut: tak pociągający obraz „jasnego pięknego horyzontu” – jest prawdopodobny, ale czy nie jest on jednak trochę jednostronny? Czy nie wynika on ze sposobu patrzenia typowego dla bardzo młodej kobiety, która z ciemnymi stronami życia jeszcze się nie zetknęła? Czy przypadkiem nie jest Elżbieta zbyt mało życiowo doświadczoną osobą, czy nie jest sama za bardzo unoszona pierwszym młodzieńczym zapałem, aby mogła już wiedzieć cośkolwiek o otchłaniach cierpienia i stanach utraty sensu życia, które atakują nawet człowieka wiary i zaciemniają mu ów jasny horyzont?

Czy Elżbieta wie w ogóle, jak może z czasem destrukcyjnie oddziaływać szarość dnia codziennego nie tylko na nie znające Boga osoby, ale i na osoby wierzące? Czy wie, jak bolesne jest nieustanne doświadczanie swoich własnych ograniczeń, to ciągłe stwierdzanie, że się nic nie potrafi, choć się bardzo pragnie?

Jak bardzo trzymająca się ziemi i trzeźwa jest duchowość Elżbiety i jak bardzo jej myśl o tym „jasnym horyzoncie”, pomimo jej młodego wieku, wypływa z jej dojrzałej wiary, obfitującej w cierpienia i przeżycia z pogranicza życia i śmierci, świadczy powstała kilka lat później „Modlitwa do Trójcy Przenajświętszej”, w której m.in. czytamy:

„…poprzez wszystkie ciemności,
poprzez całą pustkę i bezsilność własną,
chcę się wpatrywać w Ciebie
i na zawsze trwać w Twojej światłości.”

Elżbieta mówi o „ciemnościach”, „pustce” i „bezsilności” bez osłody. Mówi też o wpatrywaniu się w Boga i o woli trwania w Jego światłości również wtedy, gdy nie odczuwa się, że się w tej światłości pozostaje.

To nie jest żadna egzaltacja jakiejś niedoświadczonej młodej marzycielki, lecz przeżyta i wycierpiana wiara w Boga. Jego pełne miłości spojrzenie właśnie wtedy nas obejmuje, gdy ciemności panują wokół nas lub w nas. Elżbieta wie: także pozornie negatywne doświadczenia mogą nas wprowadzić w rozległe duchowe przestrzenie objęte przez większy horyzont. Jest to możliwe, gdy tylko będziemy z odwagą trwać pod ogarniającym nas miłośnie wejrzeniem Boga.